Kariera Dilmy Rousseff jest skrótem dziejów współczesnej Brazylii. Córka bułgarskiego emigranta komunisty, który w latach 30. osiedlił się najpierw w Argentynie, a potem w Brazylii, przeżyła ciałem i duszą lewicowo-rewolucyjne zawieruchy lat 60., w których gorące miłości splatały się z polityczną pasją urządzenia sprawiedliwego świata. Przeszła przez podziemie zbrojne, tortury w więzieniach dyktatury wojskowej, zdobyła wykształcenie ekonomiczne, została wziętym technokratą, ministrem, potem szefem gabinetu prezydenta Luli. Teraz staje na jego miejscu. Obejmuje przywództwo Brazylii w jej najlepszym w dziejach czasie, gdy postkolonialny kolos o długo niespełnionych nadziejach na prawdziwy rozkwit właśnie staje się regionalnym, a wkrótce światowym mocarstwem. Nastały czasy, że posłami, ministrami, przywódcami krajów Ameryki Łacińskiej zostają byli lewicowi wywrotowcy, dawni wrogowie publiczni, więźniowie polityczni dyktatur, uchodźcy. Niczym w Europie postsowieckiej po 1989 roku.
Życie Dilmy Rousseff to też świadectwo przemian na 'samczym' kontynencie, gdzie do niedawna kobietom przypadała tylko rola erotycznych kusicielek, a potem matek oraz opiekunek domu rodzinnego, ewentualnie kochanek. Nie przypadkiem w ostatnich latach zaroiło się w Ameryce Łacińskiej od kobiet, które z woli wyborców stają na czele swoich krajów. Kolejno władzę prezydencką obejmowały: Violetta Chamorro w Nikaragui, Mireya Moscoso w Panamie, Michelle Bachelet w Chile, Cristina Fernandez de Kirchner w Argentynie, Laura Chinchilla w Kostaryce i teraz Dilma Rousseff w Brazylii. Każda z nich jest pierwszą kobietą prezydentem w historii swojego kraju.
Ojciec Dilmy Petar Ruzew, dwumetrowy chłop na schwał, uciekał z zaczadzonej narodowym socjalizmem Europy i wylądował w tropikalnym porcie Salvador, pierwszej stolicy Brazylii. Było mu tu za gorąco, więc pojechał szukać szczęścia do Buenos Aires, skąd po kilku latach wrócił z pieniędzmi i osiadł w S~ao Paulo. Głowę do interesów miał, pracował dla wielkiego koncernu, budował domy i handlował nieruchomościami, szybko się dorobił, wszedł do klasy średniej, zaczął się pisać Pedro Rousseff, chociaż do śmierci kaleczył portugalski. Ożenił się z Dilmą Jane Silvą, nauczycielką z ziemiańskiej rodziny. Młodzi przeprowadzili się do Belo Horizonte, gdzie urodziło im się troje dzieci. Ojciec grał w karty w klubach i kasynie, palił nałogowo, w towarzystwie chętnie popijał, ale małżeństwo było udane. Dom był obszerny i dostatni z trojgiem służby. Rodzina jeździła na wakacje do Rio de Janeiro albo Guarapari, gdzie mieszkała w eleganckich nadmorskich hotelach. Ojciec kazał dzieciom czytać książki, dbał o porządne europejskie wykształcenie, w domu było pianino i prywatne lekcje muzyki. Dilma poszła do szkoły prowadzonej przez siostry zakonne, ale w domu wychowanie było świeckie. Brat Igor pamięta ją zawsze z książką w ręku. 'Germinal' Zoli przeczytała, mając 14 lat, potem autorów starożytnych, Prousta, Dostojewskiego, Sartre'a. Pedro Rousseff zamierzał odwiedzić rodzinną Bułgarię, gdzie zostawił syna z pierwszego małżeństwa, ale Dilma ojczyzny ojca nie poznała, bo pewnego dnia w 1962 roku po powrocie z klubu Pedro poczuł się źle i zmarł w nocy. Odszedł nagle, ale zostawił rodzinę dobrze urządzoną. 15 nieruchomości do dziś daje wdowie spory dochód.
W liceum, głównej stanowej szkole publicznej w Belo Horizonte, Dilma od razu wpadła w środowisko lewicującej młodzieży. W tym samym 1964 roku, kiedy się tam dostała, nastąpił wojskowy zamach stanu. - Wtedy po raz pierwszy usłyszałam, że można pójść do więzienia za poglądy - mówi. Pierwszą 'klasową' lekturą Dilmy był rozdział 'Kapitału' Marksa o pierwotnej akumulacji. - Nic nie zrozumiałam. Pytałam kolegów, czy ten Marks jest za robotnikami, czy nie - mówiła po latach. Ale już dwa lata później wstąpiła do organizacji Polop (Marksistowska Rewolucyjna Organizacja Polityki Robotniczej, w skrócie Polityka Robotnicza), która zawzięcie spierała się, czy dążyć do obalenia dyktatury, rewolucji i socjalizmu poprzez zgromadzenie ludowe, czy z bronią w ręku. Dilma okularnica, poznawszy starszego o sześć lat Claudia Galeno Linharesa, który wolał się bić, niż czytać, wybrała walkę zbrojną we frakcji Colina (Komando Wyzwolenia Narodowego). Claudio był weteranem, w Rio próbował poderwać marynarzy przeciw zamachowi wojskowych, zdążył przesiedzieć ponad pół roku oskarżony o fabrykowanie bomb. Na ich ślubie w 1967 roku było około 40 osób, w tym wiele poszukiwanych przez policję. Dilma miała 19 lat i właśnie zaczęła studia ekonomiczne. Młoda para zamieszkała w rodzinnym domu Dilmy, który zamieniła w kwaterę grup Polop-Colina.
Jej rewolucyjna paczka mieściła się w jednym volkswagenie kolegi, któremu tato sprezentował auto z okazji przyjęcia na uczelnię. - My z Polop-Colina byliśmy superintelektualni. Czytaliśmy Marksa, Lenina, Różę Luksemburg i Trockiego. Byliśmy oświeceni. Katolicy tylko się modlili cały dzień. A komuniści czytali tylko Mao Zedonga - wspomina ówczesny prowodyr studencki Apolo Heringer. Przełomem pokoleniowym była publikacja w 1967 'Rewolucji w rewolucji' Régisa Debraya, który najpierw pojechał na Kubę uczyć się rewolucji, a potem do Boliwii uczyć jej innych, razem z najważniejszym profesorem Ernesto Che Guevarą. - Ta książka wznieciła pożar, Dilma też zapłonęła - wspomina Heringer.
Ale teoria obalenia burżuazji i zniszczenia kolonializmu przez uzbrojone kolumny zawodowych rewolucjonistów błyskawicznie uderzające z gór i lasów na garnizony i miasta, krok po kroku wygrywające potyczki z nieruchawym i zdemoralizowanym wojskiem regularnym, wzniecające rewolucyjny zapał robotników i chłopów nie sprawdziła się nigdzie. Ani w Wenezueli, gdzie za poduszczeniem Fidela Castro próbował ją organizować m.in. inny sławny dziś syn bułgarskiego komunisty Teodor Petkoff, ani w Argentynie, ani w Boliwii, gdzie nikt nie chciał pójść za samym Che Guevarą. - W Brazylii też to nie miało żadnych szans - ciągnie Heringer, dziś pacyfista i działacz ochrony środowiska.
Ale rewolucyjny żar aż dymił z głów, bo w maju '68 w Paryżu przeciw burżuazji powstali studenci, a w Wietnamie Wietkong ruszył na Sajgon. Zapaleńcy z Coliny cztery razy napadli na banki, dwa razy rzucili bomby na budynki publiczne, mieli sześć skradzionych samochodów. Dilma w akcjach zbrojnych nie brała udziału, redagowała rewolucyjne pisemko.
Aż żarty się skończyły. W styczniu 1969 roku w napadzie na bank wpadli koledzy z Coliny. Kiedy siedmioosobowa grupka naradzała się w wynajętym mieszkaniu, jak ich odbić z więzienia, wpadła policja. W strzelaninie zginęło dwóch policjantów, jeden został ranny. Policjanci skatowali napadniętych, a ich dowódca cudem powstrzymał swoich ludzi od rozstrzelania ich na miejscu. Dilma i Claudio wyprowadzili się z domu, co noc spali gdzie indziej. Dowiedzieli się jednak, że w ich mieszkaniu któryś z towarzyszy ukrył mikrofilmy ze zdjęciami obozów szkoleniowych, gdzie uczyli się strzelać. Pojechali pod dom - był obstawiony przez policję. Do mieszkania dostali się przez garaż i całą noc w kompletnej ciszy i ciemności niszczyli kompromitujące dokumenty. Przedpokój zastawili łóżkami i materacami, żeby powstrzymać pierwszy impet napastników. Gdy policja przeszukała dom, znalazła tylko kilka książek, m.in. 'Historię rewolucji rosyjskiej' Lwa Trockiego, Lenina i Fidela Castro. Dilma pojechała do Rio de Janeiro, gdzie mieszkała po organizacyjnych dziuplach jako Marta, Luiza, Lucia, Estela, Marina, Wanda, Maria. Krążyła między komórkami partyzantów, nosiła broń i meldunki. Claudio udał się na południe do Rio Grande do Sul. Rzadko się widywali. W styczniu 1970 roku Claudio porwał w Montevideo w Urugwaju samolot i odleciał na Kubę.
W Rio w podziemiu Dilma poznała kolejnego kochanka rewolucjonistę Carlosa Araujo, starszego od niej o 10 lat komunistę dysydenta, który był w Związku Sowieckim, Polsce i Czechosłowacji. Pasja od pierwszego wejrzenia, zamieszkali razem. Przyjaciele z tamtych lat uważają, że małżeństwo z Galeno i tak nie miało szans, bo Dilma górowała nad nim intelektualnie. Araujo, wykształcony, prawnik, był dla niej autorytetem. Dilma pojechała na południe do Porto Alegre, żeby oświadczyć mężowi, że kocha innego. - Powiedziała: 'Jestem z Carlosem' - opowiada dzisiaj Claudio Galeno. - Nie uznawała wykrętów. Ja zresztą też miałem kochankę. Ale to Dilma była odważniejsza i pierwsza powiedziała, jak się rzeczy mają. Nie było dramatu, nie zostały blizny. Do dzisiaj jesteśmy przyjaciółmi. Carlos o rękę Dilmy poprosił nie jej matkę, ale jej konspiracyjnego przełożonego, szefa z Coliny Juareza Brito. - To było takie ładne - jeszcze dzisiaj wzrusza się Dilma w wywiadzie dla 'Folha de S~ao Paulo'. W 1969 roku Carlos Araujo doprowadził do połączenia kilku grup rewolucyjnych, w tym Coliny, i utworzenia Rewolucyjno-Ludowej Awangardy Palmares (VPR). Dilma wzięła w zjednoczeniu żywy udział. Uważała, że walkę zbrojną trzeba łączyć z pracą organiczną wśród robotników. Statut głosił: VPR jest organizacją polityczno-
-wojskową o charakterze partii marksistowsko-leninowskiej, która stawia sobie za cel wojnę rewolucyjną i budowę partii klasy robotniczej w celu przejęcia władzy i zbudowania socjalizmu.
VPR zaprowadził wewnętrzny rygor. Najwyższą karą za pogwałcenie zasad była śmierć z wyroku trybunału rewolucyjnego.
Armia patrzyła rewolucjonistom na ręce. Według akt śledztwa VPR miała na początku 312 członków, 94 karabiny, 20 karabinów maszynowych, cztery pistolety, broń zrabowaną z garnizonu w S~ao Paulo, wielką liczbę małokalibrowej broni osobistej, wiele bomb, materiały wybuchowe, samochody i 25 tys. cruzeiro w gotówce. Armia patrzyła, ale nie zapobiegła największej akcji VPR, kiedy w lipcu 1969 roku komando zrabowało 2,5 mln dol. w gotówce z prywatnego sejfu kochanki byłego gubernatora S~ao Paulo. Dilma w napadzie nie wzięła udziału, ale w jego przygotowaniu - tak, a Carlos sprowadził fachowca, który palnikiem otworzył sejf. W tym czasie Dilma odbyła przeszkolenie militarne na farmie w sąsiednim Urugwaju. Do niedawna zaprzeczała temu; przyznała się, dopiero gdy prezydentem Urugwaju został były partyzant José Mujica. - Celnie nie strzelałam. Miałam słaby wzrok i bardzo grube okulary - mówi.
VPR rozpadła się na zwolenników przemocy rewolucyjnej i pracy politycznej. Dilmę wysłano do S~ao Paulo, gdzie miała zaopiekować się arsenałem broni. Z koleżanką, dziś asystentką Marią Celeste Martins chowały wór z pistoletami maszynowymi, bombami i amunicją pod łóżkiem na podłej pensji, gdzie mieszkały. - Tyle tego było, że łóżko się wypiętrzało i kiepsko się spało. Dziś nie chce mi się wierzyć, że robiłam takie rzeczy - wspomina Dilma. W lutym przygoda rewolucyjna dobiegła końca. Dilma wpadła w kocioł w barze w S~ao Paulo. Przesłuchiwano ją przez 45 dni, bito i torturowano, także prądem. Nie wydała ani męża, którego szukali, ani Marii Celeste. Grała na zwłokę, zwodziła śledczych, udając, że wyda im kogoś na mieście, ale nikt ku wściekłości śledczych nigdy się nie zjawiał. Kiedyś wpadł w łapy szpicli przypadkowy przechodzień, któremu Dilma wpadła w oko, więc się do niej przysiadł na ławce w parku. Ciężko się napracował, zanim przekonał policję, że to pomyłka. Akta śledztwa z tamtego czasu mówią: długoletnia bojowniczka organizacji wywrotowych, jedna ze sprężyn i mózgów organizacji rewolucyjnych radykalnej lewicy. Jest osobą o znacznych zdolnościach intelektualnych. Administruje sporymi kwotami VAR-Palmares. Niekiedy określa się ją nawet jako 'Joannę d'Arc' lub 'papieżycę wywrotowców', innym razem po prostu jako 'polityczną kryminalistkę'. O przejściach w śledztwie mówi dziś oszczędnie. - Nikt z tego nie wychodzi bez szwanku. Ludzie nie mają pojęcia, jaką ilość wydzielin wydala organizm człowieka, kiedy go torturują. Krew, mocz i ekskrementy mają wówczas swoją najbardziej ludzką postać - mówiła rok temu dziennikarzowi 'Folha de S~ao Paulo'.
Wyszła po trzech latach o 10 kg chudsza, z chorą tarczycą. Jej mąż wpadł w sierpniu tego samego roku. Po pierwszych sesjach tortur zrozumiał, że nie wytrzyma, i postanowił popełnić samobójstwo. W czasie sfingowanego na własne życzenie kotła na ulicy rzucił się pod samochód, ale tylko się poturbował. Wrócił do więzienia i po dwóch miesiącach zeznał, że to on sam zarządzał połową łupu zrabowanego rok wcześniej z prywatnego sejfu. Carlos i Dilma spotkali się w tym samym więzieniu Tiradentes w S~ao Paulo. Dilma wybaczyła mu zdradę - jeszcze na wolności wdał się w romans ze sławną aktorką telewizyjną - i obiecali sobie wrócić do siebie po odsiedzeniu kary. Dilma wyszła w 1972 roku, Carlos rok później. Najpierw pojechała do rodziny do Belo Horizonte wydobrzeć. Potem przeniosła się do domu rodzinnego Carlosa w Porto Alegre, żeby być bliżej męża przeniesionego na ostatni rok odsiadki do więzienia na wyspie Pedras Brancas. Reżim więzienny nie był ostry. Dilma nosiła mężowi papierosy, gazety, jedzenie, książki, żeby mógł uruchomić więzienną bibliotekę, a nawet dawała współwięźniom wykłady. Postanowili mieć dziecko. Po wyjściu męża na wolność w 1976 roku urodziła im się córka Paula. Carlos i Dilma zaangażowali się w politykę, tym razem legalną, w szeregach lewicowej Demokratycznej Partii Pracy. Dilma wróciła też na studia ekonomiczne. Ukończyła je, ale dyplomu nie zrobiła. Zaczęła z ramienia partii pracować w administracji miejskiej w Porto Alegre i stanowej Rio Grande do Sul. Carlos był trzykrotnie posłem do stanowego parlamentu.
Rozpoczęła karierę eksperta ekonomicznego, urzędnika i polityka zmieniającego rzeczywistość od środka. Była pracowita, kompetentna, systematyczna i uparta. Wspinała się stopniowo. Na początku lat 90. została ministrem energii w rządzie stanowym Rio Grande do Sul. Rozstała się z dogmatami teorii socjalistycznych, m.in. z ideą, że własność prywatna jest do niczego i musi ją zastąpić własność państwowa. Broniła tezy, że również w sektorze energetycznym, którego stała się wybitnym znawcą, państwo powinno współdziałać z prywatnymi przedsiębiorcami. Wtedy też jej małżeństwo przeżyło kolejny kryzys - jej mąż począł syna z inną kobietą. Dilma spakowała jego rzeczy i wyrzuciła go z domu. Pogodzili się raz jeszcze, ale ostatecznie rozstali się w 2000 roku. Bez złości i żółci. Dilma ma dobre stosunki nie tylko z nim, ale i z jego dwojgiem dzieci. Pod koniec dekady Dilma przystała do lewicowej Partii Pracujących. Wtedy poznała Inacio Lulę da Silvę, przywódcę PT, który po przywróceniu demokracji w 1988 roku już trzy razy przegrywał wybory prezydenckie. Lula, prosty robotnik, związkowiec, człowiek o niezwykłej ambicji i darze zjednywania sobie ludzi, szykował się właśnie do czwartej kampanii w 2002 roku i kompletował gabinet cieni. Dilma została w nim ministrem, a po zwycięstwie w wyborach ministrem rzeczywistym. Lula był pod wrażeniem jej niezwykłych kompetencji. Na ministerialnych naradach zawsze była obkuta, jej pamięć i podręczny komputer nie miały dna, swojego zdania broniła nieustępliwie i błyskotliwie, przed nikim nie gięła się wpół.
Trzy lata później rząd stanął na krawędzi upadku - wyszło na jaw, że jego najważniejsi ministrowie i bonzowie partyjni kupowali systematycznie głosy posłów opozycji w parlamencie. Odszedł najważniejszy współpracownik prezydenta, jego szef gabinetu José Dirceu, dawny trockista i partyzant, więzień polityczny, emigrant na Kubie. Lula mianował na jego miejsce Dilmę Rousseff. Na obiekcje najbliższych doradców zareagował stanowczo: - Polityczną stroną rządzenia ja się zajmuję. Dilma stała się cieniem prezydenta, jego zderzakiem w najważniejszych sporach i kampaniach. Przez cztery lata spotykała się z nim co najmniej raz dziennie, w sumie 1100 razy. Jeździła z nim za granicę i po kraju. Obdzwaniała ministrów jednego po drugim, wiedziała, co który robi, rozwiązywała spory kompetencyjne, jak trzeba, uderzała do prezydenta. Pewien minister mówi: - Byli jak ojciec i córka. On dumny z jej zdolności, ona go podziwia i jest absolutnie lojalna. Prezydent, który nie może kandydować po raz trzeci w 2010 roku, zaczął przebąkiwać, że jego następczynią powinna być Dilma. Dwa lata temu zachorowała na raka. Do ostatniej chwili nikomu nic nie mówiła. Poszła na chemioterapię, straciła włosy, ale wygrała. Wtedy Lula ogłosił oficjalnie, że chce, by jego partia wystawiła ją na prezydenta. Znowu były kwękania, ale postawił na swoim.
Jeszcze na wiosnę wyglądało na to, że nie będzie miała szans. Miała kilkanaście procent mniej niż były gubernator S~ao Paulo José Serra. Dilma nie potrafi jak Lula uwodzić ludzi płomiennym słowem. To on ją wyciągnął jak asa z rękawa i zaprowadził na linę startu. Ale Lula jest prezydentem wielkiego sukcesu Brazylii i odchodzi w chwale, uwielbiany przez Brazylijczyków, z ponad 70-proc. poparciem. Kiedy więc rzucił na szalę swój autorytet i zaangażował się w jej kampanię, Dilma w kilka miesięcy odrobiła straty w sondażach i wyprzedziła przeciwnika o niemal 20 proc. Na konwencji partyjnej na wiosnę zatwierdzono ją przez aklamację. Obiecała utrzymać 'błogosławione dziedzictwo i wielkie dzieło' poprzednika i protektora, któremu złożyła hołd i przysięgła wierność jako 'przywódcy, który pokazał nam drogę'. Drogą jest 'wzrost gospodarczy nie wbrew ludowi, ale dla ludu', czyli ustrój gospodarczy, który 'stawia 191 mln Brazylijczyków w centrum uwagi'.
- Gdybyśmy uwierzyli, że położenie ludu poprawi wyłącznie rynek, to pewnie bylibyśmy już zbawieni - kpiła. - Polityki, która poprawi los całego społeczeństwa, nie da się prowadzić bez państwa. Zamierza zwiększyć inwestycje państwa w edukację i ochronę zdrowia. I ostatecznie w 10 lat skończyć z nędzą. Chce godzić wzrost gospodarczy z podziałem dochodu, rynek i konkurencję z państwem pomagającym wydźwignąć się z biedy ludziom i zacofanym regionom. - Dowiedliśmy, że kraj rośnie, gdy dochód jest dzielony równiej - mówiła. Będzie pilnować równowagi makroekonomicznej, niskiej inflacji, rezerw walutowych. - Zachowamy to, co w rządach Luli było najważniejsze - jego społeczne spojrzenie. Chcemy Brazylii dla wszystkich Brazylijczyków. To jasne, że z początku gwiazda pani prezydent Dilmy Rousseff będzie świecić światłem odbitym. Największym zadaniem, jakie jej w życiu pozostało, kiedy w wieku 62 lat osiągnęła już niemal wszystko, będzie zaświecić własną wielkością.