http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Pani Ania rządzi Panią Teresą

Krystyna Naszkowska
23.08.2010 , aktualizacja: 19.08.2010 17:10
A A A Drukuj
Anna Sobkowiak, 
przewodnicząca rady nadzorczej spółki Pani Teresa Medica SA, w siedzibie firmy w Gutowie Małym, marzec 2010 r. Fot. Wojciech Olkuśnik Anna Sobkowiak, przewodnicząca rady nadzorczej spółki Pani Teresa Medica SA, w siedzibie firmy w Gutowie Małym, marzec 2010 r.
Stworzyłyśmy matriarchat, ale faceci nam na to pozwolili. Tata mógł zostać na początku prezesem, ale nie miał pary. Mój mąż też się kulił gdzieś na tyłach - rozmowa z Anną Sobkowiak, przewodniczącą rady nadzorczej spółki Pani Teresa Medica SA
ZOBACZ TAKŻE
Kiedy w 2007 roku Anna Sobkowiak wprowadzała na warszawską giełdę swoją firmę, analitycy mówili między sobą, że na giełdę wchodzi 'ciekawa babka'. Ciekawa była już nazwa firmy - Pani Teresa. Ciekawa była produkcja - wszystko, co potrzebne jest pacjentom po operacjach lub co tym operacjom może zapobiegać: pasy pooperacyjne, pończochy antyżylakowe, różnego rodzaju ortezy, bielizna przeciwreumatyczna itd. No i ciekawe rzeczy opowiadano sobie o Annie Sobkowiak.

Marzyła, by projektować biżuterię, a skończyła technikum rolnicze. Wprowadziła na giełdę najmniejszą pod względem obrotów firmę. Większość akcji zachowała dla siebie i stała się jedną z nielicznych osób i chyba jedyną kobietą, która ma pełną kontrolę nad spółką giełdową. Rządziła firmą żelazną ręką, jednocześnie zachowując niemal koleżeńskie stosunki z pracownikami. Mówi o sobie, że nie jest feministką, za to jest wielką zwolenniczką małżeństwa. Ale w praktyce wygląda to tak, że trzech synów z dwóch różnych związków wychowuje sama, w prowadzeniu firmy pomagały jej mama i siostra, większość prawie stuosobowej załogi Pani Teresy stanowią kobiety, także wśród kadry kierowniczej. A nawet ten kontrolny pakiet akcji zachowała, bo tak radziła jej jedna z trzech firm doradczych, które pomagały jej w wejściu na giełdę - tę akurat firmę prowadziła kobieta. Nie jeździ na zakupy do Paryża, bo wystarczają jej butiki poznańskie, a poza tym 'chłopców', czyli synów, nudzi robienie zakupów. A jak już wyjeżdża, to z nimi. Kolekcjonuje malarstwo współczesne, zwłaszcza artystów pochodzących ze Wschodu, a zamieszkałych w Polsce. Ma już ok. 200 obrazów i grafik.

Bardzo przepraszam, ale ile pani ma lat? Tak młodo pani wygląda.

Skończyłam 40. Wcześnie zaczęłam pracować, bo siedzę w biznesie od początku nowej Polski. Kiedy zaczynałam w 1990, miałam 20 lat. Młody wiek przeszkadza w biznesie, dlatego marzyłam od zawsze, by mieć przynajmniej 40 lat. Jestem jedyną znaną mi 40-latką, która cieszy się ze swojego wieku!

20-latka nie chciała studiować?

Chciała. W 1989 roku wybierałam się na Akademię Rolniczą do Poznania. Ale wtedy nagle wszystko zaczęło się w Polsce zmieniać i dziadek mi powiedział, że pociąg rusza. I jak teraz ktoś wskoczy do tego pociągu, to daleko może zajechać. Tak to mi zobrazował, że postanowiłam wskoczyć.

Ale dlaczego to był wagon z dziedziną medyczną, najtrudniejszą?

Latem 1989 roku brat mamy miał operację brzucha. Kiedy mama poszła do szpitala go odwiedzić, to szedł do niej powoli długim korytarzem, trzymając się za brzuch. Powiedział, że ma wrażenie, iż zaraz mu się szwy rozejdą, i bardzo się boi, ale lekarze kazali chodzić, więc chodzi. Mama pomyślała, że lepiej by się poczuł, gdyby miał brzuch jakoś opasany. I to był błysk. Tak zrodziła się idea firmy.

Lekarzom się pomysł podobał?

To było najtrudniejszą barierą do pokonania - zmienić spojrzenie lekarzy na problem komfortu pacjenta po operacji.

Z całym szacunkiem, ale po jednej stronie lekarze, a po drugiej pani, technik rolnictwa, i mama, ekonomistka. Mnie nie dziwi, że nie chcieli was słuchać.

Nie trzeba kończyć medycyny, by zorientować się w samopoczuciu pacjenta po operacji. Wtedy polska służba zdrowia przeznaczała ogromne pieniądze na operowanie przepuklin brzusznych i kiedy zaczęłyśmy drążyć statystyki, to się okazało, że znaczny procent pacjentów w ciągu paru lat po tej operacji wracał do szpitala z powodu przepukliny pooperacyjnej. Lekarze rzeczywiście nie chcieli nas słuchać w naszym powiatowym szpitalu we Wrześni. Pojechałyśmy więc do Poznania, do szpitala wojewódzkiego. Trafiłyśmy do profesora Konstantego Tukałły. A on popatrzył na nas i mówi: 'Kobiety! Skąd wyście się z tym pomysłem wzięły, która z was jest lekarzem?'. Kiedy usłyszał, że żadna, powiedział, że taki pomysł mógł wyjść tylko spoza środowiska lekarskiego. Profesor nas poparł, odesłał też do innych lekarzy, np. do prof. Mariana Smoczkiewicza, który pomagał nam opracować kolejne wyroby. Potem to lawinowo szło. Jak się okazało, że jest firma, która ma pas brzuszny, to zaczęły dzwonić do nas szpitale i sami nam podpowiadali, czego jeszcze potrzebują, co powinnyśmy produkować. Przez kilka lat co roku wprowadzałyśmy ok. 10 nowych produktów.

Łatwo było zacząć produkcję?

Przed 1990 rokiem nie było regulacji prawnych, które umożliwiały firmie prywatnej produkcję czegokolwiek dla szpitala. Mogły to robić tylko państwowe zakłady. My nie mogłyśmy przedrzeć się przez Ministerstwo Zdrowia ze swoim pomysłem, bo byłyśmy nikim dla ministra. Ale w 1990 roku Sejm wystartował z pakietem ustaw dostosowujących nasze przepisy do wolnorynkowego świata, a rynek medyczny był jednym z pierwszych, którymi parlament się zajął. Ustawa, która pozwalała prywatnemu przedsiębiorcy produkować wyroby medyczne, weszła w życie w kwietniu 1991 roku. Prawie rok czekałyśmy na możliwość zgłoszenia wniosku. Wykorzystałyśmy go dobrze: na poszukiwanie surowców, rozwiązań technologicznych, drążenie świata medycznego.

Podoba się pani polska służba zdrowia?

Zmieniła się przez te lata. Kiedy zaczynałyśmy, obowiązywały myślowe schematy, wszystko było skostniałe, bez inicjatywy. Dziś znam naprawdę wzorowe szpitale. Jestem wielką zwolenniczką prywatyzacji szpitali, bo przekonałam się, że tam, gdzie jest gospodarz, jest logicznie prowadzone przedsiębiorstwo. Myśmy z mamą próbowały tłumaczyć szpitalom na początku lat 90., że zadbanie o pacjenta obniża koszty, np. pacjent będzie krócej leżał w szpitalu, unika się powikłań itd. Ale odpowiedź była zwykle jedna: kogo to obchodzi? Nie było spojrzenia na leczenie przez ekonomię.

A teraz jest?

W prywatnych szpitalach to się zmieniło, ale motywacja jest poprzez odpowiedzialność cywilną, a nie rachunek ekonomiczny. Boją się odpowiedzialności za powikłania pooperacyjne.

Mogłaby pani być ministrem zdrowia?

W żadnym razie! Jestem autorytarna, u mnie nie ma demokracji. To znaczy teraz jest, bo od 2007 roku jesteśmy spółką giełdową i się wycofałam z zarządzania bezpośredniego, ale wcześniej nie było. A poza tym znam się tylko na wąskiej dziedzinie - na rekonwalescencji.

Podziel się