http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Kobieta pancerna

Jakub Janiszewski
18.08.2010 , aktualizacja: 12.08.2010 12:29
A A A Drukuj
W 1990 roku przygotowywałam pierwszą dużą prezentację sztuki tworzonej przez kobiety. Wszyscy pukali się w czoło, że to żadne kryterium. Pani minister kultury Izabella Cywińska pytała nawet, czy następną wystawą będzie wystawa łysych - rozmowa z Agnieszką Morawińską, dyrektorką Narodowej Galerii Sztuki 'Zachęta'

Fot. Fot . Albert Zawada / Agencja Gazeta
Fot. Fot . Albert Zawada / Agencja Ga
Fot. Fot . Albert Zawada / Agencja Gazeta
Fot. Fot . Albert Zawada / Agencja Ga Śniadanie na trawie w ogrodzie przy Wernyhory, 1963 r., z koleżankami z III r. historii sztuki UW. U góry od lewej: Magda Ogieńska (obecnie: Lewin), Agnieszka Morawińska, Maria Poprzęcka. U dołu od lewej: Marta Opolska 
(Piszczatowska), 
Ania Lisek (Teresa Stepnowska)
Fot. archiwum prywatne
Śniadanie na trawie w ogrodzie przy Wernyhory, 1963 r., z koleżankami z III r. historii sztuki UW. U góry od lewej: Magda Ogieńska (obecnie: Lewin), Agnieszka Morawińska, Maria Poprzęcka. U dołu od lewej: Marta Opolska (Piszczatowska), Ania Lisek (Teresa Stepnowska)
Z ojcem Janem Morawińskim, który również był historykiem sztuki, muzealnikiem 
i dyplomatą. Baden-Baden, 1948 r.
Fot. archiwum rodzinne
Z ojcem Janem Morawińskim, który również był historykiem sztuki, muzealnikiem i dyplomatą. Baden-Baden, 1948 r.
ZOBACZ TAKŻE
Lubi pani wracać do momentu, gdy objęła pani szefostwo Zachęty?

Nie lubię, przede wszystkim ze względu na katastrofalny stan, w jakim Zachęta była. Przykręcono wówczas śrubę kulturze, a tu każdego dnia dowiadywałam się, komu jeszcze zalegamy z rachunkami. Objęłam funkcję dyrektora w lipcu 2001 roku, a do grudnia gimnastyka polegała na tym, żeby nie wydać ani złotówki. Mieliśmy ponad dwa miliony długu. Dla mnie, prymuski wyliczonej z każdego grosza, straszne doświadczenie.

I jak się udało z tego wyjść?

Dzięki ministrowi Celińskiemu, którego zdołałam przekonać, że jeżeli obcina się budżet muzeum, to zawsze można jakoś przeczekać, poświęcić czas na porządkowanie zbiorów, bo galeria wisi, ludzie mogą przychodzić. Kiedy obcina się budżet instytucji takiej jak Zachęta, która żyje z wystaw czasowych, to właściwie trzeba zwolnić wszystkich pracowników i wynająć lokal.

Następne lata były lepsze?

Zawodowo - najszczęśliwsze. Lubię to miejsce, jest na ludzką skalę i nie ma tego problemu, który był w Muzeum Narodowym, czyli kwestii własności zbiorów. Kiedy szefowałam Galerii Sztuki Polskiej, to nagle wyjechały z niej wszystkie obrazy Bellotta, bo okazało się, że są własnością Zamku Królewskiego. Tymczasem muzealnicy wychowani przez profesora Lorentza, wieloletniego dyrektora Narodowego, mają wieczne poczucie, że trzeba bronić zbiorów. Ta sytuacja była dość beznadziejna: z jednej strony upaństwowione prawem kaduka kolekcje do nas nie należały, z drugiej zaś słyszało się zarzuty o brak patriotyzmu muzealnego i konszachty z właścicielami, jeżeli już cokolwiek próbowało się oddać i jakoś te zbiory uporządkować. Dodatkowo ciągle padał ten sam argument, że teraz pozbędziemy się czegoś, a potem się okaże, że te knoty to wielkie dzieła, których nie odzyskamy. Tych dzieł bez znaczenia, które byłyby do kupienia tanio nawet za sto lat, jest w Muzeum Narodowym bardzo dużo. Z podobnego powodu nie przyjęłam propozycji, którą miałam przed Zachętą - żebym została kustoszem Wilanowa. Głównie dlatego, że mój ojciec przed wojną i po niej był kustoszem Wilanowa i był związany z rodziną Branickich. Znalezienie się w sytuacji antagonistycznej wobec rodziny Branickich byłoby dla mnie bardzo trudne.

Pani właściwe powtórzyła biografię ojca, który był historykiem sztuki, muzealnikiem i dyplomatą.

Tak. Choć nie naginałam się, miałam po prostu podobne zainteresowania. Ojca właściwie nie pamiętam, bo zmarł, jak miałam pięć i pół roku. Byłyśmy wtedy z matką w Rzymie, gdzie ojciec pracował jako attaché kulturalny. Przyjechał służbowo do Warszawy na tydzień. Powiadomiono nas, że jest bardzo chory. Wtedy już nie żył, zmarł na wylew, ale chciano jakoś przygotować moją matkę. Przyjechałyśmy tutaj na pogrzeb.

Jak to się stało, że połączył te role - historyka sztuki i dyplomaty?

Miał parę innych ról po drodze. Przede wszystkim rozpoczął swoją karierę jako ksiądz katolicki i w hierarchii miał dość zaawansowane stanowiska. Część studiów robił w Rzymie, był też sekretarzem biskupa Gawliny. Miałam taki dziwny moment, kiedy pojechałam do Stanów i trafiłam do Muzeum Polonii w Chicago. Tam stał taki duży stand ze zdjęciami, gdzie była też obfotografowana wizyta biskupa Gawliny u Polonii. Na kilku zdjęciach zobaczyłam mojego ojca w sutannie. Ojciec parę lat później zdecydował, że ta kariera mu nie odpowiada, i z pewnymi trudnościami zdołał się wycofać. Wiem, że został zesłany do Żółkwi, gdzie jakiś czas spędził w roli wikarego albo proboszcza, żeby mu wywietrzały takie pomysły. Ale nie wywietrzały i koło 1938 roku był już poza strukturami kościelnymi. Zaczął pracować w Muzeum Narodowym, był kustoszem kamienicy Baryczków na Starym Mieście oraz kustoszem Wilanowa. W 1943 roku poznał moją matkę i się z nią ożenił.

Wie pani, dlaczego odszedł z kościoła?

Nie. Ani z nim nie mogłam o tym porozmawiać, ani nie spotkałam nigdy nikogo, kto mógłby mi to jakoś opowiedzieć. Jedną zabawną historię opowiadała mi pani Brandysowa, która pracowała z ojcem w Muzeum w czasie wojny. Opowiedziała mi, jak ojciec zaprzyjaźnił się w którymś ze schronisk w Tatrach z Maciejem Nowickim, architektem. Złapała ich tam śnieżyca, spędzili parę dni w zamknięciu i rozmawiali. A skoro rozmawia się z księdzem, to wiadomo - o Bogu. Po powrocie do Warszawy spotkali się przypadkiem. Maciej Nowicki miał ponoć powiedzieć do ojca: 'Ksiądz mnie przekonał'. A ojciec do niego: 'A siebie nie'.

Ojciec miał koneksje polityczne, że po wojnie trafił do MSZ-etu?

Nie. Nikt w rodzinie ich nie miał. A w latach 40. różne rzeczy były możliwe, właściwie nie wiadomo, w jaki sposób. Trochę fachowców jednak gdzieniegdzie było niezbędnych, żeby ta maszyna po wojnie ruszyła. Ojciec pracował w 1946 roku w Komisji Rewindykacyjnej w Berlinie, a potem w Baden-Baden razem z profesorami Tomkiewiczem i Estreicherem, z których żaden też do partii nie należał. Komisja stanowiła część Polskiej Misji Wojskowej. To trwało do 1949 roku, wtedy przyjechaliśmy do Polski, do naszego spalonego podczas Powstania domu, tego samego, w którym dzisiaj mieszkamy. Trwało to może trzy miesiące, potem wyjechaliśmy do Rzymu. Nie byliśmy dobrze sytuowani politycznie. Po powrocie mama miała spore problemy ze znalezieniem pracy.

Też się zajmowała historią sztuki?

Poniekąd. W wyniku owdowienia matka, która nigdy nie interesowała się historią sztuki, przystała do klanu muzealników. Pięknie tkała i po powrocie z Rzymu ostatecznie znalazła pracę w Muzeum Narodowym w Pracowni Konserwacji Tkanin. Ale po niedługim czasie została zwerbowana do Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki, gdzie przydzielono jej idiotyczne zadanie kupowania nagród dla zwycięzców rozmaitych zawodów. I tak na przykład dla kolarza Wilczewskiego mama kupiła żywego prosiaka, którego potem matka sportowca odprowadziła na postronku. Bardzo szybko jednak zaczęła tworzyć Muzeum Sportu i Turystyki, którego była dyrektorem przez 27 lat. Potem na zlecenie MKOl pracowała nad Muzeum Olimpijskim w Lozannie. Przed wojną skończyła Centralny Instytut Wychowania Fizycznego, szalenie modne wówczas studia. To była nowo założona uczelnia pod bezpośrednim patronatem Piłsudskiego, jedyna taka w tej części Europy, mocno połączona z ówczesną wizją nowoczesnego sposobu życia, higieny. Mama była bardzo efektowną osobą, panienką ze dworu, sportówką. Ojciec tymczasem, jak wszyscy wspominają, należał do ludzi wyjątkowej urody, blisko dwumetrowego wzrostu, był pod każdym względem imponujący. Wszystkiego przed ślubem widzieli się cztery razy, a poznali się w czasach okupacji.

Często w takich rodzinach, gdzie znika rodzic, pojawia się później kult jego postaci.

W moim domu było tak samo. Matka szybko wyszła po raz drugi za mąż, kontynuując jednocześnie kult postaci mojego ojca. Ojczym musiał mieć zdrowe nerwy i chyba rzeczywiście miał, bo dalej żyje, ma 101 lat. Zniósł to wszystko bardzo mężnie. Ja natomiast miałam przez to bardzo ciężkie życie.

Dlaczego?

Bo cały czas przywoływano osobę ojca i to, czym się zajmował. Wszędzie tu był, w domu było pełno jego rzeczy, jego książek, tylko jego samego w tym brakowało. Przez wiele lat dzieciństwa dręczyło mnie pytanie, czy po śmierci, w niebie, moja matka będzie z ojcem, czy z Arkadym.

Podziel się