http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Bohaterki Hanny Krall

rozmawiał Wojciech Tochman
11.05.2002 , aktualizacja: 07.05.2002 12:00
A A A Drukuj
Kobiety były odważne mimochodem, bez żadnej oprawy. Ich odwaga nie wymagała przysięgi, sztandarów, pieśni bojowych. Kobiety opowiadają w sposób naturalny. Niczego nie odgrywają, nie chcą być wspanialsze niż są - mówi Hanna Krall w rozmowie z Wojciechem Tochmanem

Fot. Wojciech Olkusnik/ AG
ZOBACZ TAKŻE
RAPORTY
Wojciech Tochman: Izolda R. - bohaterka "Powieści dla Hollywoodu" - twierdzi, że zna Pani miłość i zna wojnę. Dlatego powierzyła Pani swoją historię. Zgodziła się Pani napisać powieść?

Hanna Krall: Tak. Kilkanaście lat temu Izolda R. poprosiła mnie o napisanie książki o jej życiu. Potrzebowałam pieniędzy, to było zaraz po stanie wojennym. Moja córka i mój wnuk wyemigrowali do Kanady, musiałam zarobić na bilety lotnicze.

Napisała Pani tę książkę?

Rozmawiałyśmy wiele razy - w Warszawie, Hajfie, Wiedniu - i napisałam powieść "Wygrana wojna Izoldy R.". Była to historia kobiety, która bezgranicznie kocha swojego pięknego męża, ratuje go podczas wojny, a po wojnie znajduje na maszynie do szycia list zaczynający się od słów: "Odchodzę na zawsze"... Moja bohaterka nie zaakceptowała powieści. Mówiła, że jest zbyt powściągliwa. Oczekiwała grubego buchu, jak się wyraziła, gdzie będzie miejsce na rozpacz, łzy, ból i dużo miłości. Od kilkunastu lat ta kobieta przyjeżdża do Polski przynajmniej raz w roku. Za każdym razem wyjaśnia mi, że w książce jest za mało uczuć. I za mało słów. Ja jej wyjaśniam, że są uczucia, lecz wyrażone powściągliwie, a słów jest tyle, ile trzeba. Izolda jest coraz starsza, coraz słabsza, coraz gorzej widzi. Coraz bardziej mi jej żal, ale nie mogę pisać tak jak sobie życzy. To byłoby sprzeczne z moim słyszeniem świata. Byłby w tym fałsz. Czytelnicy natychmiast by go rozpoznali i straciliby zaufanie do mnie. Załgana forma jest takim samym złem, jak zakłamane treści.

Powieść, której nie znamy...

... nie mam praw do tej książki, nie mogę jej wydać. Zresztą coraz mniej mi się podoba. Leży gdzieś tu na półce w maszynopisie. Ale napisałam reportaż "Powieść dla Hollywoodu" o tym, co dzieje się między autorem i bohaterem książki. Wie pan, Izolda jest przywiązana do tradycji literackiej, do sposobu pisania z czasów jej młodości. Historii o Zagładzie nie można opowiadać w dawny sposób. Paru autorów próbowało tak pisać i nikt ich dzisiaj nie czyta. A "Medaliony" czytamy dlatego, że Nałkowska znalazła inną formę niż w "Granicy" czy "Węzłach życia". Nowatorską formę dla historii Izoldy znaleźli Jolanta Lothe i Piotr Lachmann w swoim wideoteatrze Poza. Wystawili "Powieść dla Hollywoodu" naprawdę wspaniale.

Wojna przyniosła historie, dla których nie było formy?

Oglądałam kiedyś dokument o żydowskich dzieciach. Dzieci były prawdziwe, losy prawdziwe, a ich wychowawczynię grała aktorka. Miała staranną fryzurę, przyklejone rzęsy i teatralne gesty rąk wyrażające uczucie. Film zrobiono wkrótce po wojnie. Tak, wojna przyniosła historię, dla której nie było formy. Forma nie istniała, więc reżyser przywołał znane mu tradycyjne sposoby. Czegoś takiego oczekuje Izolda: załamywania rąk, gestów rozpaczy i słów, słów, słów, których i tak jest na świecie stanowczo za dużo.

Może Pani jednak nie zrozumiała Izoldy?

Dlaczego nie? Miłość do mężczyzny jest do zrozumienia. Jest na ludzką miarę. A to, że świat kazał jej przefarbować włosy, bo kobieta z jasnymi włosami miała prawo żyć, a kobieta z czarnymi nie miała prawa, to nie jest do zrozumienia. Kiedy piszę, staram się odnaleźć w sobie cząstkę mojego bohatera. Cząstkę kochającej Izoldy. A także cząstkę kobiety spod Bostonu, której wciąż i wciąż śni się mieszkanie nieżyjącego ojca. Kiedy tę cząstkę odnajdę w sobie, może i czytelnik ją odnajdzie. I razem ze mną będzie się dziwił, bał albo współczuł.

Czy bywa tak, że nie potrafi Pani odnaleźć owej cząstki? Czy rozumie Pani to, co zrobiła Pola Machczyńska?

Nie rozumiem. Nie mogę i nie próbuje sobie wyobrazić, że ukrywam w domu dwudziestu kilku obcych ludzi i że grozi za to śmierć mnie i moim dzieciom. Więc opowiadam o Poli tak, by czytelnik dzielił ze mną nierozumienie. I by na równi ze mną był onieśmielony jej odwagą.

O Poli i o Izoldzie pisze Pani w "Hipnozie", którą właśnie wznawia wydawnictwo a5. To pierwszy Pani tom opowieści o wojennych losach Żydów, Polaków i Niemców. I w "Hipnozie", i w innych Pani książkach jest wiele bohaterskich kobiet. Mężczyźni są różni: silni i odważni, jak Marek Edelman, ale także słabi i tchórzliwi. Kobiety zawsze są mocne, godne, idą przez czas wojny z dumnie podniesioną głową...

To nieprawda, że dumnie podnoszą głowę. One są odważne mimochodem, bez żadnej oprawy. Ich odwaga nie wymagała przysięgi, sztandarów, pieśni bojowych. Była oczywista, naturalna. Kobiety opowiadają w sposób naturalny. Niczego nie odgrywają, nie chcą być wspanialsze niż są. Dotyczy to i współczesnych kobiet. W "To ty jesteś Daniel" wszystkie moje bohaterki próbują stawić czoła życiu. Poetka, dawna działaczka opozycji, której nie spodobał się świat po zwycięstwie, kupiła wiadro, zestaw szczotek, zarabia sprzątaniem i jest wolna. Ułomna matka walczy o zdrowie autystycznego dziecka. Bezdzietna matka walczy o adopcję...

W "Hipnozie" pojawia się postać kilkuletniej dziewczynki, która razem z matką przechodzi egzamin w komisariacie granatowej policji, nieopodal Dworca Głównego w Warszawie. Dziewczynka wraca do nas w tej samej scenie w kolejnych Pani książkach. Ma niedobry wygląd, źle utlenione włosy, ale świetnie mówi "Anioł Pański"

To była mądra, pojętna dziewczynka.

Wiem.

Jej matka miała dobry aryjski wygląd, ale nie znała katolickiej modlitwy. Policjant kazał im rozstrzygnąć, która jest katoliczką, która Żydówką. Tylko jedna miała wyjść z komisariatu. Spędzają noc w celi i zastanawiają się, która ma żyć. Kobieta mówi: "Ja już sobie pożyłam, ty wyjdziesz". Mała mówi: "Nie dam sobie rady, ty wyjdź, musisz uratować babcię...". Sprzeczają się, w końcu ta mała wpada na fantastyczny pomysł: "Wiesz co? Zostaniemy obie". I obie, uspokojone, zasypiają w celi.

Obie przeżyły dzięki Marii, która przedtem dała kobiecie metrykę chrztu, a teraz przyszła na komisariat zaświadczyć o jej polskości. "Co? Ona Żydówką?!" - krzyczała.

Maria, a także Izolda i Pola, to trzy najodważniejsze kobiety, o których pisałam. Najodważniejsze osoby, jakie spotkałam w życiu.

Podziel się