http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

W cztery oczy z choinką

Joanna Wojciechowska
2005-12-28, ostatnia aktualizacja 2009-11-19 11:53

Jak Wigilię przeżywają single - czyli młode osoby, już samodzielne, a jeszcze bez własnej rodziny

Rozświetlona choinka na pl. Zamkowym
Fot. Bartosz Bobkowski / AG
Rozświetlona choinka na pl. Zamkowym
ZOBACZ TAKŻE
24 grudnia, Wigilia, 1998 r.: Wstałam o 11, więc boli mnie głowa. Bałagan jest makabryczny, azalia uschła, a w lodówce leży kilka puszek pomidorów i fasoli oraz pasta kawiorowa (niedobra). Więc pójdę na zakupy, potem będę sprzątać, a na końcu tej drogi ułożę się na kanapie z "Daisy Fay i cudotwórcą" - pisze w pamiętniku Marta, z którą chodziłam do szkoły.

Dwudziestosiedmioletnia Olga spędza święta podobnie, tyle że jej, kiedy leży na kanapie, grzeje stopy kot. W Wigilię Olga do zamknięcia sklepów biega w poszukiwaniu ostatnich prezentów. Kiedy już je pakuje, z wizytą wpada przyjaciel, który co roku przynosi jej małą choinkę. Olga na choince wiesza jedną bombkę z napisem "wszystkiego najlepszego życzy minister finansów". To cacko przyniósł jej kiedyś kolega dziennikarz. Pod wieczór wpada na krótką wizytę sąsiadka-przyjaciółka z dzieciństwa, wymieniają się prezencikami i Olga idzie na kolację do mieszkających w kamienicy obok rodziców.

- Dopóki żyła babcia, przygotowywaliśmy barszcz, makowiec i pierogi, bo nas zaganiała do pracy. W tym roku wszystko zamówiliśmy w garmażerii - mówi Olga. Dzięki garmażerii jej rodzinno-domowo-świąteczny czas jeszcze bardziej się skurczył. Wigilijna kolacja u niej w domu jest krótka (ile można delektować się pierogami z garmażerii?), potem wszyscy rozchodzą się do swoich zajęć, a Olga wraca do swojego mieszkania i wraz z kotem włazi pod kołdrę. Przez dwa najbliższe dni będzie wylegiwać się w łóżku czytając książki-prezenty, jakie co roku zamawia u rodziców. Na przełom wieków zamówiła sobie zaległą klasykę w postaci "Ulissesa". Jeśli mu nie podoła, będzie czytać jakąś porządną amerykańską powieść z happy endem. I - zapewnia - nie będzie jej smutno. Olga ciężko pracuje, więc ten dodatkowy długi weekend sprawia jej mnóstwo przyjemności.

Z pamiętnika Marty:

25 grudnia, pierwszy dzień świąt, 1998 r.: Bardzo przyjemnie nic mi się nie robi. Przeczytałam "Maga", bo "Daisy" zostawiłam u rodziców. Mama dostała na gwiazdkę globus, więc wreszcie zrozumiałam, gdzie są Dolomity, w które jedziemy. Babcia wyciągnęła encyklopedię, sprawdziłam, że Dolomity to kawałek Alp, co mnie zupełnie zbiło z tropu! Nie mam dokąd iść na sylwestra, mam za to stos niezapłaconych rachunków.

Wielu ludzi mówi, że świąt nie lubi. - Boże Narodzenie to w polskiej tradycji najważniejsze święto. Kojarzy się z rodzinnością, bliskością, tradycją i religijnością. A nie w każdej rodzinie można to wszystko znaleźć, często na przykład zamiast bliskości jest tylko rytuał. W czasie świąt ten brak bardziej boli - mówi Krzysztof Srebrny, psychoterapeuta warszawskiego Ambulatorium Psychoanalitycznego.

Beatę Kołodziejczyk boli świąteczny marketing. To, że te trzy najważniejsze dni wypełnione są jedzeniem i że nie może pomiędzy kolejnymi potrawami znaleźć tego, czego najbardziej jej brak - świątecznej duchowości.

Kiedy w Wigilię wychodzi ze swojego mieszkania niezależnej trzydziestoletniej kobiety, czuje, jak ją ściska w żołądku od zapachu ciast i ryby na klatce. Beata żadnych ciast nie piecze, bo mieszka sama, na Wigilię chodzi do rodziny. A ściska ją z tęsknoty, bo te zapachy przypominają jej dzieciństwo. Dzieciństwo, kiedy święta były pełne i prawdziwe. - Tęsknię za tą rybą, której już nie jem, bo jestem wegetarianką, ale to ciągle jest kawałek mnie - mówi Beata.

Ściska ją w brzuchu także dlatego, że mimo tęsknoty jest przekonana, że dokonała słusznego wyboru rezygnując z tradycyjnych świąt przy wielkim stole, pełnym ludzi, myślących tylko o jedzeniu. - Kiedyś spędzałam święta z wielką rodziną. To była męczarnia, bo święta ograniczały się do wymiaru gastronomicznego - wspomina. Więc teraz Beata obchodzenie świąt ogranicza do krótkiej kolacji wigilijnej z rodzicami, w trakcie której, jak to określa, "nie czuje się bardzo okropnie".

- Święta mogą być bardzo trudne, kiedy nie ma w nich ani bliskości, ani religijności. Szczególnie trudne to może być dla tych, którzy nie mają własnej rodziny - żony, męża, partnera - mówi Krzysztof Srebrny. Co wtedy? Można szukać własnej drogi.

Beata, wracając po wigilijnej kolacji do siebie, zapala dużo świec, włącza "Mesjasza" Haendla albo chorały gregoriańskie i rytualne śpiewy indiańskich kobiet. Próbuje znaleźć coś, co zastąpi dziurę po rybie, której już nie może jeść, i duchowości, której nie ma w domu.

Z pamiętnika Marty:

24 grudnia, Wigilia, 1999 r. : No więc znowu płaczę. Zadzwoniła ciotka z życzeniami. Ma nadzieję, że w tym roku wreszcie sobie kogoś znajdę. Nienawidzę świąt.

Trudno sobie wyobrazić dzieciństwo bez choinki i barszczu, choćby z kartonu. A kiedy człowiek dorasta, wychodzi z domu do własnej kawalerki, często rezygnuje ze świątecznej obrzędowości przekonany, że jej nie potrzebuje. Kiedy w domu są dzieci, przychodzi Mikołaj. Przy okazji przynosi prezenty dorosłym. Nikt nie wzywa Mikołaja, kiedy dzieci w domu nie ma... - Ludzie myślą: przecież nie będę się wygłupiać. A ja sądzę, że ten Mikołaj jest dorosłym potrzebny tak samo mocno jak dzieciom - mówi Krzysztof Srebrny. Niekoniecznie taki dosłowny, z czapką, brodą z waty i workiem, ale jako element magii i tradycji.

Olga, która najbardziej w świecie kocha w święta czytać, cierpiała w Boże Narodzenie tylko raz: kiedy na święta przyjechał z Francji wuj. Nie był w Polsce od siedmiu lat, wszystko było dla niego nowe, więc Olga musiała go oprowadzać i gadać, gadać, gadać. Męczyła się strasznie, bo wuj był dla niej właściwie obcy, a książki leżały odłogiem.

Ale i Olga czuje czasem w święta brak tradycji. - Wtedy idę z przyjaciółką do kościoła na pasterkę - mówi.

Bo kiedy pierogi są z garmażerii, dzieci dopiero w odległych planach, narzeczony nie istnieje, i nawet kot w Wigilię nie chce przemówić, brakuje poczucia wspólnoty, potrzebnej do przeżycia święta.

Beata Kołodziejczyk, inaczej niż Olga, nie wyobraża sobie świąt wypełnionych lekturą. - Dla mnie to nie jest czas na przeżycia intelektualne. W książce nie znajdę świętości. Świętość mogę znaleźć w Biblii, ale nawet ona nie da mi poczucia wspólnoty - ubolewa Beata.

Dlatego w drugi dzień świąt zawsze z koleżanką obdzwaniają wszystkich przyjaciół, zapraszając na spotkanie. Przyjaciele w większości mają własne rodziny, a przez to mniej czasu, bo chodzą na obiady do teściów, bo kręcą mak, a potem chcą pobyć trochę tylko we dwoje, ale nigdy jeszcze nie było tak, żeby nie mogli przyjść na to świąteczne spotkanie. Przychodzą i dzielą się opłatkiem.

Do Olgi, także w drugi dzień świąt, przychodzą przyjaciółki. - Pijemy winko i jemy mandarynki - opowiada.

W numerze z 28 sierpnia