http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Nie taka znowu zielona

Bartosz T. Wieliński
03.08.2010 , aktualizacja: 29.07.2010 16:34
A A A Drukuj
Fot. Imago/East News imago stock&people
Gdy miała 10 lat, nauczycielka w niemieckiej szkole zapowiedziała, że w życiu nie postawi jej piątki. 14 lat później została pierwszą Polką, która weszła do Bundestagu
ZOBACZ TAKŻE
Wyszczekana dziewczyna z kolczykiem w ustach. Tych Zielonych trudno brać na poważnie - mówi o niej jeden z posłów CDU. - To nasza nadzieja. Młoda, ambitna i cholernie zdolna. Jeśli zostanie w polityce, zajdzie daleko - oponuje Jerzy Montag, poseł Zielonych z Bawarii. Agnieszka Malczak ledwie weszła do wielkiej niemieckiej polityki, a już budzi kontrowersje.

Czekam na nią dobrą godzinę w jej biurze poselskim w biurowcu Bundestagu przy Unter den Linden, głównej alei Berlina. Jej sekretarka wylewnie przeprasza, ale przedłuża się posiedzenie komisji śledczej badającej okoliczności tragicznego nalotu na porwane przez afgańskich talibów cysterny z benzyną, który miał miejsce we wrześniu zeszłego roku. Rozkaz nalotu wydali niemieccy wojskowi, a oprócz talibów zginęło w nim 150 cywilów. Właśnie dlatego dla Niemców to niezwykle nieprzyjemna sprawa i parlamentarzyści chcą ją wyjaśnić. Przed komisją obradującą w specjalnie wyciszonej sali Bundestagu stają oficerowie, szefowie służb specjalnych, wysokiej rangi dyplomaci. Przesłuchują ich stare parlamentarne wygi i 25-letnia Malczak, najmłodsza kobieta w niemieckim parlamencie. - Traktują ją pewnie z przymrużeniem oka - zagaduję jednego z jej współpracowników. - Tylko by spróbowali. Agnieszka nie pozwala traktować się z góry - odpowiada.

Malczak jak każdy niemiecki poseł ma do dyspozycji trzy pokoje, w sumie 70 m kw. powierzchni. W pierwszym urzęduje jej sekretarka, w drugim asystent, a w trzecim pani poseł przyjmuje interesantów. Wyposażenie nowoczesne, choć skromne. 'Posłanka Agnes Malczak, Związek 90/Zieloni' - informuje tabliczka nad drzwiami. - Agnes? A dlaczego nie Agnieszka? - pytam ją, gdy już dociera do biura. - Zniemczono mi imię po przyjeździe, jak wszystkim imigrantom. Ale znajomi ciągle używają polskiego imienia - wyjaśnia.

Pochodzenie ma znaczenie

Urodziła się w 1985 r. w Legnicy na Dolnym Śląsku. Z rodzinnego miasta zachowała jeszcze kilka wspomnień. Pamięta jakiś spacer po centrum miasta, budkę, w której sprzedawano zapiekanki, plac zabaw, mieszkanie. - Są jak zdjęcia w albumie. Przyjemne. Szczególnie gdy mam doła, lubię do nich wracać - mówi. Na początku 1989 r. Malczakowie spakowali manatki i wyjechali do Niemiec. W PRL kryzys osiągał wówczas apogeum. Puste sklepy, wszechobecna milicja, nachalna propaganda. Rodzice Agnieszki Malczak, działacze 'Solidarności', po stanie wojennym i zdławieniu opozycji stracili złudzenia, że będzie lepiej. Gdyby ktoś im wówczas powiedział, że za kilka miesięcy system upadnie, runie mur berliński, a Polska będzie wreszcie wolna, myśleliby, że zwariował. - Wyjechaliśmy do moich dziadków, którzy od lat mieszkali w zachodnich Niemczech - opowiada. Rodzina trafiła do Dortmundu, górniczego miasta w Zagłębiu Ruhry. Jako Ślązakom od pokoleń od razu przyznano im niemieckie obywatelstwo. Polskiego nigdy się jednak nie zrzekli. Gdyby Agnieszka poszła do polskiej ambasady i poprosiła o polski paszport, dostałaby go bez problemu.

- Ty, Agnes, to nigdy nie będziesz mieć piątki z niemieckiego - powiedziała jej nauczycielka, wręczając świadectwo. Malczak kończyła czwartą klasę. Słowa nauczycielki zabolały. - To była całkiem fajna babka, pewnie nie chciała mnie urazić, w końcu czwórka to też dobra ocena. Ale wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że w Niemczech pochodzenie ma potworne znaczenie. Polak nie dostanie w szkole dobrej oceny, Turek nie dostanie dobrej pracy - wspomina. Wcześniej zgryźliwe uwagi słyszała na podwórku. Mała Niemka chciała ją przegonić z huśtawki, ale Malczak się nie dała. - Ty głupia Polko, wracaj do siebie - usłyszała. - To co jakiś czas się powtarzało. Niemcy nie są wcale tak tolerancyjni, jak się to oficjalnie opisuje - mówi.

Polityk CDU oponuje: - Młodym ludziom łatwo przychodzi stawianie takich zarzutów, ale sprawa nie jest taka prosta. Państwo walczy z nietolerancją, z rasizmem. Często napotykamy jednak mur. Imigranci nie chcą się integrować z Niemcami.

Malczak przez dobry kwadrans tłumaczy, że Niemcy znaleźli sobie dobrą wymówkę. Uznali, że to obcy nie chcą się integrować ani uczyć języka. Zostawiają ich samym sobie. Najbardziej widać to w szkołach. Nauczyciel patrzy na imiona w dzienniku. Kevin jest Niemcem, coś z niego wyrośnie, dla Mohammeda nie ma sensu poświęcać czasu, jest Turkiem i będzie najwyżej robotnikiem - mówi. Potem opowiada o zaklętym kręgu, z którego potomkom imigrantów bardzo ciężko się wyrwać. Mówią gorzej po niemiecku, więc nie dostają się do gimnazjum. A bez tego praktycznie nie da się zrobić matury. Matura to w Niemczech przepustka do kariery. ONZ wielokrotnie krytykowała Niemcy, bo dzieci imigrantów mają zbyt małe szanse na zdobycie wykształcenia.

- Szkoła powinna uczyć języka, wyrównywać różnice. Niestety, nie u nas - mówi Malczak. - Mimo wszystko udało się pani zrobić karierę - zagaduję. - Ta nauczycielka zaszła mi za skórę - opowiada. Agnieszka postanowiła udowodnić jej, że nie ma racji. Jako jedyna na maturze dostała z niemieckiego piątkę z plusem. - A na taki ukryty rasizm stałam się bardzo uczulona - dodaje.

Wolno mieć inne zdanie

- Czy chciałabyś kandydować na szefa? - zagadnął ją kolega na ICQ, popularnej w Niemczech odmianie Gadu-Gadu. Chodziło o szefowanie młodzieżówce Zielonych w Badenii-Wirtembergii, drugim co do wielkości niemieckim landzie.

Był 2007 r., Malczak studiowała wówczas politologię na uniwersytecie w Tybindze. Mieszkała w dziewięcioosobowej studenckiej wspólnocie funkcjonującej według wzorców pochodzących jeszcze z czasów studenckiej rewolty z 1968 r.

Do Zielonych zapisała się kilka lat wcześniej, jeszcze w Dortmundzie. Pomagała w kampaniach wyborczych, brała udział w dyskusjach. - Zieloni spodobali mi się od razu. Odpowiada mi ich program i to, że to w pełni demokratyczna partia. Zwykły członek może krytykować partyjne szychy. Tu wolno mieć inne zdanie - wylicza. Dodaje, że rozpolitykowała się w domu. Rodzice wpoili jej ideały polskiej 'Solidarności' - godność, wolność, sprawiedliwość. Mówili, że to wartości, o które trzeba walczyć, nawet jeśli się jest dopiero nastolatkiem. Gdy przez ICQ dostała propozycję kandydowania na szefową młodzieżówki, wahała się tylko chwilę. Wybory wygrała w cuglach.

- O Zielonych w Polsce mówi się, że to partia zwariowanych ekologów. Słyszałem nawet ostrzejsze określenia - mówię. - Tak może było, gdy partia powstawała 30 lat temu. Zmądrzeliśmy, nabraliśmy rozsądku i dystansu. Już raz współrządziliśmy Niemcami, jesteśmy w rządach landów. Od innych odróżnia nas to, że stawiamy sobie pytanie o to, jak rozwijać społeczeństwo i gospodarkę, tak by nie niszczyć środowiska. W dobie ocieplenia klimatu ma to wielkie znaczenie - wyjaśnia.

Zieloni przestali być zresztą partią wariatów, a stali się partią nowoczesnych, dobrze wykształconych mieszczan, którzy chcą żyć zdrowo, wygodnie, oddychać świeżym powietrzem. Odpowiada im wielokulturowe społeczeństwo i państwo socjalne. Stawiają na internet i ekologiczne technologie. Najchętniej zamknęliby wszystkie elektrownie atomowe. Partia od kilku miesięcy idzie w sondażach w górę. Obecnie Zieloni są trzecią siłą na scenie politycznej. Dla wielu obserwatorów niemieckiego życia politycznego ich powrót do rządu jest kwestią czasu. Po dwóch latach szefowania młodzieżówce Malczak dostała kolejną propozycję. Tym razem szukano kandydata do Bundestagu. Wystartowała dopiero z 11. miejsca na liście krajowej. Kampanię prowadziła pod hasłem 'Płonąca Zielona', bez sztabu współpracowników i doradców. 'Robię, co mogę. Od połowy miesiąca jestem na tournée po okręgu wyborczym. Pracuję po 90 godzin na tydzień jak menedżerka z wysokiej półki, tyle że bez pensji i bonusów' - pisała w swoim blogu. Udało się jej jednak porwać młodych Badeńczyków. 27 września 2009 r. została wybrana do Bundestagu. - Badenia to bardzo konserwatywny land. Każdy mandat zdobyty przez Zielonych to spory sukces. Jeśli wygrywa tam młoda kobieta, to sukces jest podwójny - mówi Jerzy Montag.

Kolczyki i wojskowość

3 grudnia 2009 r. Sala obrad Bundestagu. Agnieszka staje za mównicą. - O rozbrojeniu najczęściej mówi się u nas podczas oficjałek, ale tak naprawdę to bardzo poważny temat. Broń trzeba niszczyć, a nie o tym gadać - mówi zdenerwowanym głosem, co chwila zerkając w notatki. To jej pierwsze przemówienie w parlamencie. Od starszych kolegów dostaje brawa.

Ale w kuluarach niemieckiego parlamentu nie mówi się o jej poglądach, tylko o wyglądzie. Malczak nie dość, że ekstrawagancko się ubiera (już w kampanii wyborczej zapowiadała, że nie będzie chodzić w tradycyjnych kostiumach), to jeszcze w ustach i nosie ma kolczyki. Tabloid 'Bild' zauważył to natychmiast po wyborach. 'Przez piercing na oficjalnych uroczystościach stoi w kącie' - pisał brukowiec. O samej Malczak napisał, że jest świrusem. Inny tabloid - 'Köllner Express' - był łagodniejszy. Nazwał ją największą dziwaczką wśród posłów.

- Do pytań o piercing zdążyłam się już przyzwyczaić. Jak się okazało, nie jestem pierwszą posłanką z kolczykiem w nosie. Przede mną była dziewczyna z SPD, ale zdjęła go pod presją otoczenia. Ja się nie ugnę - zapowiada. Mówi, że kolczyk i jej styl bycia nie przeszkadzają starszym politykom. Wilkiem patrzą natomiast ludzie niewiele od niej starsi, zwykle młodzi politycy konserwatywnej CDU. - Na studiach było tak samo. Profesorom nawet się podobało, że mam inne poglądy na życie i nie boję się o nich mówić. Ale koledzy z roku często wytykali mnie palcami - wspomina. - Trochę to nie przystoi. Pamiętam, jak założyciel Zielonych Joschka Fischer składał ślubowanie poselskie w adidasach. Ludzie byli zniesmaczeni - mówi poseł CDU. - Jakie to ma znaczenie, jakie kto nosi kolczyki? Liczą się umiejętności. Agnieszka jest zdolną i ambitną dziewczyną. Wybrała sobie najtrudniejszy odcinek i daje sobie na nim doskonale radę - chwali Montag.

Malczak w Bundestagu zajęła się polityką bezpieczeństwa, czyli po prostu wojskowością. Oprócz komisji śledczej zasiada też w komisji obrony. Roboty ma w bród. Niemcy od miesięcy debatują, czy Bundeswehra powinna wycofać się z Afganistanu. Teraz doszedł drugi temat - zniesienie poboru do wojska. Malczak popiera jedno i drugie. - To nie są typowe tematy dla kobiet - mówię. - Zajmowałam się nimi na studiach, z polityki bezpieczeństwa zrobiłam specjalizację. Dlaczego miałabym się na nich gorzej znać niż mężczyzna? - pyta pani poseł. Malczak mówi, że w Niemczech najgorsze, co może przydarzyć się politykowi, to zaszufladkowanie. - Dziennikarze uważają, że skoro jestem kobietą, to powinnam zajmować się równouprawnieniem. Twierdzą, że skoro jestem młoda, to powinnam w Bundestagu wstawiać się za młodzieżą. Albo za imigrantami, bo mam polskie korzenie. Na razie z szufladkami wygrywam - mówi.

Pod koniec roku złożyła swój pierwszy projekt uchwały. Wzywała w niej rząd, by zmusił Amerykanów do wycofania z Niemiec broni atomowej. Bundestag przyjął to miażdżącą większością głosów. - Rozbrojenie to kluczowa sprawa. Ci, którzy mówią, że wojen już nie będzie, niech sobie przypomną ludobójstwo w Jugosławii. Do podobnych katastrof będzie dochodzić w różnych częściach globu - przestrzega. Pamo Roth, berlińska dziennikarka, mówi, że starsi posłowie ze zdaniem Malczak się liczą: - Komisja obrony zajmuje się zbyt poważnymi sprawami, by tolerowano w niej dyletantów. Skoro pracuje tam już ponad pół roku, znaczy, że się sprawdza. Zyskuje dzięki temu, że jest bardzo oczytana i ciągle powiększa swoją wiedzę.

Poseł CDU: - Robi wrażenie naiwnej idealistki, a polityka wymaga czasem kompromisów z samym sobą. Prędzej czy później czeka ją rozczarowanie. Roth uważa, że wówczas Malczak pewnie zrezygnuje: - Mówiła mi kiedyś, że wyobraża sobie życie poza parlamentem. Nie będzie robić nic wbrew sobie.

Tradycyjne wartości rodzinne

Rozmowa schodzi na jej życie prywatne. W Berlinie Malczak mieszka razem z chłopakiem na Kreuzbergu, w trochę zaniedbanej dzielnicy, która od lat przyciąga punków, squatersów, anarchistów. Czynsze są tam niskie, życie jest tanie, czas można spędzać w setkach alternatywnych knajpek. Pytam Malczak, czy jako posłanka, którą pochłania walka o pokój, chciałaby zostać matką. - No jasne. Może nie w tym roku, ale na pewno nie będę z tym czekać, aż stuknie mi trzydzieści parę lat - odpowiada. Dodaje, że w Berlinie pracującym matkom jest łatwiej, bo są żłobki i przedszkola, a poza tym ludzie są matkom bardziej przychylni. To spadek po czasach NRD. We wschodnich Niemczech pracowały wszystkie matki. W opiece nad dziećmi pomagało państwo.

- W zachodnich Niemczech matki, które decydują się robić karierę, się piętnuje. Mówi się, że są wyrodne. Strasznie trwały stereotyp - opisuje. Przyznaje, że ostatnio w Niemczech zaczęło coś się zmieniać. Wprowadzono szczodre becikowe. Młodzi ojcowie zaczęli przyznawać, że chcieliby więcej czasu spędzać z dziećmi, że byliby gotowi dzielić obowiązki z matkami, a nawet mniej zarabiać. - Ale niemieccy konserwatyści nie śpią. Bronią tzw. tradycyjnych wartości rodzinnych - przestrzega.

Opowiadam, jak polska posłanka Joanna Mucha skarżyła się, że posłowie w Sejmie robili jej sprośne uwagi. - U nas nikt nie mówił o tym głośno, ale nie zdziwiłabym się, gdyby było tak samo. Panowie nie mają przy tym złych zamiarów. Pewnie części z nich wydaje się, że prawią nam w ten sposób komplementy. Choć głośno na to jeszcze nikt nie zwrócił uwagi - opowiada. Narzeka przy tym na Niemki. Głośno mówią o równouprawnieniu, ale gdy trzeba zawalczyć o stanowisko, tracą wiarę w siebie i ustępują pola mężczyznom.

- Niemiecka polityka jest ciągle męską domeną. W chadecji liczba kobiet regularnie spada, podobnie jest w innych partiach. Te, które się przebiły, traktuje się jak listki figowe - objaśnia. Właśnie dlatego jest za parytetem 50 na 50. - To nie jest dobre rozwiązanie, ale konieczne. Bo skoro społeczeństwo uważa, że płeć decyduje, czy ktoś nadaje się na polityka lub szefa banku, to trzeba z tym skończyć. U Zielonych parytet się dawno przyjął. Na naszych listach połowę kandydatów muszą stanowić kobiety. Bardziej od nieporadności kobiet denerwuje ją hipokryzja mężczyzn. Ma znajomych, którzy na partyjnych zebraniach dużo mówią o równouprawnieniu. - Na imprezach, w wąskim gronie przyznają, że nie pogodziliby się, gdyby zarabiali mniej niż ich żony czy dziewczyny. To pokazuje, jak wiele jest u nas do zrobienia - mówi. - Parytet jest niedemokratyczny. Nie można zmuszać wyborców, by wybierali kobiety - oponuje poseł CDU.

Europejka

Tuż po wyborach była rozchwytywana przez polskich dziennikarzy. Pierwsze pytanie było standardowe: 'Kim pani bardziej się czuje: Polką czy Niemką?'. - Ciężko na nie odpowiedzieć. Powtarzam, że czuję się Europejką, że łączę w sobie to, co najlepsze u Niemców i Polaków. Kilka razy dała się namówić na wywiad przed kamerą. Mówiła po polsku z mocnym akcentem, czasami robiąc błędy. - Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak słabo mówię po polsku. Muszę coś z tym zrobić. Od miesięcy sobie obiecuję, że pójdę na kurs albo pojadę do Polski. Zawsze brakuje mi na to czasu - przyznaje. Zauważyła też, że w domu z rodzicami rozmawia polsko-niemiecką mieszanką. Bo często brakuje jej polskich słów. Coraz bardziej zazdrości swojej siostrze, która studiuje informatykę w Greifswaldzie, 100 km od Szczecina. - Regularnie jest w Polsce. Ma kontakt z językiem, z ludźmi. Ja mogę o tym tylko pomarzyć - opowiada. Polscy dyplomaci przyznają, że są nią trochę rozczarowani. - Spodziewaliśmy się, że będzie się bardziej angażować w sprawy polsko-niemieckie. Ale jej to chyba nie interesuje - ubolewają. - Polska wcale nie jest mi obojętna. Wiem, co się u was dzieje, jestem na bieżąco - odpowiada Malczak. Marzy się jej, by jej obydwa kraje się ze sobą zrastały. - Dla mojego pokolenia podział na Wschód i Zachód nie ma już znaczenia. Liczy się Europa - mówi.

Podziel się