Rezerwat Czerwone Bagno koło Rajgrodu, jedno z najbardziej dzikich i odludnych miejsc w Polsce. Dostać się tu można groblą, która kończy się w dawnej osadzie Grzędy spalonej podczas II wojny światowej i nigdy nieodbudowanej. Dalej, aż do rzeki Biebrzy, kilometrami ciągną się torfowiska, przez większą część roku niedostępne. Tu, na niedostępnych terenach odgrodzonych od cywilizacji wodą, zachowała się w stanie niemal nienaruszonym pierwotna przyroda. Blisko 300 gatunków ptaków, tysiąc gatunków roślin, wiele z 'Czerwonej listy gatunków zagrożonych', łosie, jelenie i wilki. Żeby przetrwać w tym skrajnie nieprzyjaznym dla człowieka środowisku, trzeba wyjątkowej siły i odporności. W XIX w. carskie władze tu właśnie osiedlały karnie banitów. Intruza, który się zapuści na mokradła, atakują roje komarów i gzów, które tną do krwi. Grząski grunt zapada się pod stopami, chwila nieuwagi i można wylądować z twarzą w czarnej, cuchnącej mazi.
Ale Kaśka Ramotowska, przewodniczka z pobliskiego Goniądza, czuje się na Czerwonym Bagnie jak w domu. Kiedy prowadzi nas wąską ścieżką wśród mokradeł, wydaje się, że zna tu każdy kąt i każdego lokatora. Nie przeszliśmy nawet stu metrów, a już znalazła tropy borsuka, łosia, lisa, jelenia i dzika. - Popatrzcie, tu przeszły wilki - mówi, odpędzając szczególnie natarczywego gza. Na piasku widać ślady odciśniętych łap i pazurów. Jesteśmy na granicy rewirów dwóch wilczych watah. Przychodzą tu co kilka dni zaznaczyć swoje terytorium.
Niespokojnie rozglądamy się dookoła.
- Teraz zaszyły się głęboko w lesie. Nic nam nie grozi - uspokaja Kaśka.
Na chwilę odzyskujemy pewność siebie. Ale miny nam rzedną, kiedy kilka kroków dalej natykamy się na bielejące w trawie kości. - To młody łoszak zagryziony w zeszłym roku przez wilki - mówi przewodniczka, podnosząc kości czubkiem buta. - Byłam tu chwilę po wszystkim. Nie miał szans.
Teraz już naprawdę chcemy do domu.
Rambo z warkoczami
Trudno uwierzyć, że ta szczupła dziewczyna z warkoczami od blisko 20 lat prowadzi turystów w najbardziej niedostępne miejsca Biebrzańskiego Parku Narodowego. Bywają dni, kiedy pokonuje 25 km z plecakiem wyładowanym sprzętem, wodą i żywnością. Wiosną prowadzi ludzi na rozlewiska Biebrzy. Oglądają tysiące ptaków podczas przelotu, pola kaczeńców, słuchają koncertów żab moczarowych. Jesienią, kiedy przyroda łapie drugi oddech, wraca na bagna. Zaczyna się bukowisko i rykowisko, czyli okres godowy łosi i jeleni. Zimą znów ma pełne ręce roboty - gody mają wilki, wydry, norki i bobry. Organizuje łosiowe safari - razem z turystami podchodzi do żerujących łosi. Najmniej do roboty ma latem, kiedy nic interesującego w przyrodzie się nie dzieje. - Latem zapadam w sen zimowy - mówi.
Pochodzi z Sokółki, miasteczka we wschodniej części Podlasia. Przyrodą interesowała się od zawsze, po maturze zdała na biologię środowiskową w białostockiej filii Uniwersytetu Warszawskiego. - Rodzicom mój wybór trudno było zaakceptować. Mama powtarzała: 'Matko Boska, córka, a co ty będziesz robić po tej biologii!' - opowiada Ramotowska. Niepokój rodziców jest zrozumiały. Dziewczyna znika na całe dnie w lesie, tropi dzikie zwierzęta, do domu znosi przyrodnicze eksponaty.
- Kiedyś wypreparowałam bobra, który zginął pod kołami samochodu. Gdy wygotowałam czaszkę, w domu strasznie śmierdziało.
Biebrzę odkryła na początku lat 90., uniwersytet miał tu stację terenową. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Krzysztof Kawenczyński, antykwariusz z Warszawy, który na początku lat 90. wyemigrował nad Biebrzę, wspomina, jak któregoś dnia spotkał na leśnej drodze dziewczynę z wypchanym plecakiem. - Spędzała na bagnach każdą wolną chwilę, chciała napisać pracę doktorską z turzyc (roślinności porastającej mokradła). Była twarda, tylko tacy mogą poradzić sobie na Biebrzy.
Doktoratu w końcu nie napisała. Karierę naukową poświęciła dla edukacji przyrodniczej. Została przewodniczką po Biebrzańskim Parku Narodowym, jedną z pierwszych kobiet w tym zdominowanym przez mężczyzn zawodzie. Znała biegle angielski, zajęła się więc grupami z zachodniej Europy. Pierwsza prowadziła na bagna zachwyconych Holendrów, Belgów i Brytyjczyków.
- Faceci byli zaskoczeni, kiedy dowiadywali się, kto ich poprowadzi. Czekali na muskularnego Rambo z nożem w zębach, tymczasem wychodziła mała dziewczynka z warkoczykami - opowiada Ramotowska. Dopiero w terenie okazywało się, co ta mała dziewczynka potrafi. - Mam ulubiony szlak bagienny, wiem, jak się po nim poruszać, jak manewrować między kępami, żeby się nie zapaść. Łatwiej mi, bo jestem lekka. Oni już po dziesięciu minutach zaczynali ciężko dyszeć, biły na nich siódme poty. Myślałam wtedy: 'Dobra, jesteście moi!'.
A kto tu przyjedzie w te komary?
Po studiach postanowiła osiąść nad Biebrzą; rodzice załamali ręce.
- Pokazałam im parę miejsc, w których chciałabym zamieszkać. Byli przerażeni: 'A gdzie ty, biedna, samotna dziewczyna, w rozwalającej się chałupinie!'. W końcu nie kupiła wymarzonej chaty z bali, ale z planów osiedlenia się nad Biebrzą nie zrezygnowała. Zamieszkała w Goniądzu, miasteczku w sercu Parku. W bloku, choć nienawidzi blokowisk. - W Goniądzu tylko nocuję, żyję na Biebrzy - podkreśla. Życia miejskiego nie znosi. W ubiegłym roku przyjaciele z ambasady szwajcarskiej zaprosili ją na pożegnalne party. Zapakowała prezenty, wsiadła w samochód, jednak w miarę jak zbliżała się do Warszawy, zdejmowała nogę z gazu. W końcu zawróciła. - W mieście choruję. Tylko tutaj znajduję harmonię. W początkach lat 90., kiedy przyjechała nad Biebrzę, bagienne szlaki świeciły pustkami. Przyjeżdżali tylko wtajemniczeni: przyrodnicy, fotograficy i ptasiarze, głównie z zachodniej Europy. Szukali rzadkich gatunków ptaków i roślin, które gdzie indziej wyginęły. Dzisiaj w czasie wiosennych przelotów ludzie depczą sobie po piętach. Duża w tym zasługa Kaśki, która pierwsza wypromowała nad Biebrzą model turystyki przyrodniczej. Zajęło jej to kilkanaście lat.
- Kiedy prowadziłam pierwsze grupy, w okolicy nie było żadnych kwater ani restauracji. To było błędne koło: turystyka nie mogła się rozwijać, bo nie było gdzie jeść i nocować, a nie było gdzie jeść i nocować, bo nie było turystów. Pukała do drzwi okolicznych mieszkańców, błagała, żeby choć parę łóżek przygotowali. Odpowiadali: 'A kto tu przyjedzie w te komary?'. Nikt nie wierzył dziewczynie świeżo po studiach. Była bliska rezygnacji, kiedy nagle coś się ruszyło. Pod koniec lat 90. pensjonaty i kwatery agroturystyczne zaczęły powstawać jak grzyby pod deszczu. Teraz w regionie Biebrzy jest ich ponad 240.
- Ludzie musieli dojrzeć - kwituje Ramotowska.
Czytać przyrodę
W 1999 roku, po siedmiu latach pracy jako samodzielna przewodniczka, założyła własną firmę. W nazwie umieściła swoje najważniejsze pasje: Biebrza Eco-Travel. Współpracują z nią przewodnicy, właściciele pensjonatów i kwater, wytwórcy pamiątek, firmy cateringowe - w sumie setki firm z całego regionu. Trudno ją złapać w biurze, dnie spędza w terenie. Jej samochód wypchany jest po dach sprzętem biwakowym. - To moja torebka - śmieje się. Wozi zawsze: karimatę, namiot, buty gumowe, lornetkę, lunetę, sandały, aparat fotograficzny i ciuchy na zmianę. Czego nie zabiera? Pudru, szminki i perfum.