http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Dziewczyna w kostnicy

Katarzyna Bielas
2010-07-26, ostatnia aktualizacja 2010-07-31 21:31

Prosektorium
Prosektorium
Fot. John Clifford/materiały dystrybutora

Dziennikarze w Stanach często piszą o mnie 'he', czyli 'on'. Robi horror, jakieś dziwne imię, to musi być facet - rozmowa z reżyserką pracującą w Hollywood Agnieszką Wójtowicz-Vosloo


Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencj Agnieszka i Paul wzięli ślub  
w kościele Wniebowstąpienia N.M.P. i św. Józefa Oblubieńca 
w Warszawie
Fot. archiwum prywatne
Agnieszka i Paul wzięli ślub w kościele Wniebowstąpienia N.M.P. i św. Józefa Oblubieńca w Warszawie

Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta
Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencj
Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta Z mamą w warszawskich Łazienkach
Fot. archiwum prywatne
Z mamą w warszawskich Łazienkach
Agnieszka Wójtowicz-Vosloo 
- reżyserka, scenarzystka. Urodzona w Warszawie, mieszka w Nowym Jorku. W 2004 r. ukończyła reżyserię na Uniwersytecie Nowojorskim i otrzymała prestiżową Nagrodę Wassermana. Jej 30-minutowy film 'Pâté' po sukcesie w Sundance objechał światowe festiwale, zbierając liczne nagrody; pełnometrażowy debiut 'After.Life' z Liamem Neesonem i Christiną Ricci odniósł sukces w Stanach i został sprzedany do kilkudziesięciu krajów świata. Trwają rozmowy na temat dystrybucji w Polsce
Fot. Maciej Zienkiewicz
Agnieszka Wójtowicz-Vosloo - reżyserka, scenarzystka. Urodzona w Warszawie, mieszka w Nowym Jorku. W 2004 r. ukończyła reżyserię na Uniwersytecie Nowojorskim i otrzymała prestiżową Nagrodę Wassermana. Jej 30-minutowy film 'Pâté' po sukcesie w Sundance objechał światowe festiwale, zbierając liczne nagrody; pełnometrażowy debiut 'After.Life' z Liamem Neesonem i Christiną Ricci odniósł sukces w Stanach i został sprzedany do kilkudziesięciu krajów świata. Trwają rozmowy na temat dystrybucji w Polsce

Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta
Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencj Z mężem Paulem podczas podróży po Azji. Tajlandia, zatoka Phang Nga
Fot. archiwum prywatne
Z mężem Paulem podczas podróży po Azji. Tajlandia, zatoka Phang Nga
ZOBACZ TAKŻE
Podobno przed filmem 'After.Life' (Po życiu), którego duża część dzieje się w prosektorium, wiele czasu spędziłaś w kostnicach, zakładach pogrzebowych.

Kiedy w Stanach zaczynam o tym mówić, ludzie się ode mnie odsuwają albo kładą palec na ustach na znak, że nie chcą słuchać. Tam śmierć to zupełne tabu. Od dziecka marzyłam, żeby pójść do kostnicy.

Masz obsesję śmierci?

Śmierć mnie fascynuje i przeraża, codziennie o niej myślę. Boję się też o bliskich, w środku nocy budzę się i sprawdzam, czy mój mąż Paul żyje. Myślę, że to zaczęło się, kiedy umarł mój tata i zdecydowano, że nie zobaczę go w trumnie. Potem stałam nad grobem i nie mogłam pojąć, co się stało. Miałam dziesięć lat.

Co się stało ojcu?

Jego pasją były samochody rajdowe. Jestem mojego taty córką, jeśli chodzi o adrenalinę, uwielbiam szybko jeździć, do granic możliwości. Tak jak on kocham ryzyko. Jechali z kolegą, który stracił panowanie nad kierownicą, uderzyli w drzewo. Jemu nic się nie stało, a mojemu tacie naderwał się rdzeń kręgowy, wisiał na włosku. Był sparaliżowany. Szpitale, rehabilitacja w Konstancinie, potem w domu. Odzyskał władzę w nogach, przez kilka miesięcy chodził w gipsowym gorsecie z wielkim kołnierzem, który ważył 25 kg. W Wigilię pojechałyśmy z mamą po babcię, a tata został sam, przewrócił się i to, co się zrastało, przerwało się. Kiedy wróciłyśmy z pierogami i garami barszczu, leżał martwy pod choinką. Miał 33 lata.

Mówiłaś, że każdy powinien pójść chociaż raz do kostnicy.

To taki emocjonalny zastrzyk, który zmienia perspektywę. Choćby przez to, że widzisz to, czego normalnie nie oglądasz, oczywiście jeśli umiesz z tego skorzystać. Robiłabym tam wycieczki. Moja pierwsza była przy Wall Street, w szpitalu. Na Wall Street zawały to reguła, tamtejszy szpital ma najlepszy sprzęt świata, jest dumny z tego, że działa najszybciej w całym kraju, pełna reanimacja w dziesięć sekund od przywiezienia pacjenta. Byłam tam u ginekologa i zapytałam o kostnicę. Powiedziałam, że robię film i chciałabym zobaczyć. Zadzwonił tam, zjechaliśmy do piwnicy. To był szok - jesteś na Wall Street, w najbogatszym miejscu, gdzie przelewają się pieniądze, a kostnica wygląda jak śmietnik, jakieś kartony, nierozpakowane rzeczy, na kracie wiszą pozostawione laski, paski, części garderoby. Obok prawdziwy śmietnik, śmieciarki podjeżdżają obok drzwi, którymi wywozi się ciała. Pamiętam, leżała tam pani, która dopiero co odeszła, w malusieńkiej wnęce, odgrodzona ścianką z pleksi, brudną, oblepioną rozmazanym tuszem do rzęs, łzami, nad nią niski sufit, z którego zwisały kable, dokładnie nad jej twarzą.

Dlaczego tak biednie, skoro przychodzą tam rodziny bogatych maklerów?

Myślę, że nie przychodzą, ktoś opłacony odbiera ciało. Wyszłam stamtąd, to było przed świętami, padał piękny śnieg, jakiś Mikołaj, wszyscy latali po ulicy jak opętani, a ja myślałam o tej kobiecie i o tym, że nie ma sensu tak latać jak szczur. Druga kostnica była gorsza. To już w Los Angeles.

Gorsza? W jakim sensie?

To była kostnica koronera - niewyjaśnione zgony, samobójstwa, morderstwa, porachunki gangów, narkotyki, ciała osób o nieustalonej tożsamości podlegające procedurze prawnej. Olbrzymia kostnica na 800 ciał, wielkie sale, trzypiętrowe łóżka, prycze. Co chwilę przywożą nowe ciała, fotografują je w pozycji pionowej. Los Angeles jest miastem, do którego przyjeżdża wiele osób z nadzieją na zrobienie kariery, wchodzą w inny świat, odizolowują się od rodzin. Po wiele ciał nikt się nie zgłasza, dlatego kostnica jest tak przepełniona. Ciała zawinięte w przezroczysty plastik, na szyi i kostkach u nóg przewiązane białym sznurem. Nagie, często w niesamowitym rozpadzie, wychodzą kości, tu brakuje nogi, tam innego kawałka. Coś z nich wycieka, leżą, siedzą powyginane, w najróżniejszych pozycjach, zastygłe figury. Pamiętam długie, brudne, fioletowe paznokcie, czasem otwarte oczy, zmarli na AIDS mają czerwoną naklejkę.

Naprawdę o zobaczeniu tego marzyłaś?

Tak. W dzieciństwie chorowałam na nerki, długo leżałam w szpitalu. Bardzo bałam się, jak zabierano dzieci na operacje. Czasem nie wracały. Kiedy inne dzieci bawiły się w szpitalnym przedszkolu, ja błąkałam się po korytarzach, zastanawiając się, gdzie jest kostnica. W Los Angeles nie chciałam pójść tylko do sali, gdzie znajdowały się ciała dzieci. Rozmawiałam ze specjalistą, który potrafi odtworzyć linie papilarne mimo utraty opuszków palców. Na jego biurku stała puszka, z której wyciągnął zmumifikowaną głowę mężczyzny. Młode małżeństwo kupiło dom w Santa Monica. Robiąc porządki w garażu, znaleźli tę puszkę z głową. Nie wiadomo, kto to był ani co się stało. Wyszłam na zewnątrz i znów ten kontrast, jestem nad oceanem - palmy, niebieskie niebo, a ja śmierdzę formaliną. Opuściłam piekło na ziemi. Mówiłam o zmianie perspektywy. Jeśli widzisz, jak przywożą kobietę, którą narzeczony 12 razy pchnął nożem, mimo że ją kochał, tak mówił, to daje ci to do myślenia. Także o twoim związku. Może ranna utarczka o niezakręconą pastę do zębów nie jest aż tak istotna.



To było przygotowanie do 'After.- Life'. Wcześniej, na drugim roku reżyserii na Uniwersytecie w Nowym Jorku, zrobiłaś 30-minutowe 'Pâté' (Pasztet) o życiu po apokalipsie.

Tu wchodzimy na temat, który stale mi towarzyszy - jestem kobietą reżyserem, do tego młodą, mam długie włosy, często się śmieję, ale robię mroczne filmy. Jak to możliwe? Producenci, dziennikarze, aktorzy, widzowie - wszyscy - zakładają, że takie filmy może robić tylko mężczyzna.

'Pâté' to kreacyjny film o arystokratce i jej dzieciach, które przetrwały apokalipsę. Przeżył tylko jeden dorosły mężczyzna. Celebruje się jedzenie karaluchów srebrnymi sztućcami na rodowej porcelanie.

Tak, bo nadal mamy dobre maniery. Oprócz pokazania, jak - wbrew temu, co myślimy - cienka jest warstwa cywilizacji, interesowały mnie relacje między matką, jej dziećmi i tym jedynym mężczyzną.

Relacje... ładnie to ujęłaś - oni żyją dzięki kanibalizmowi.

Chodziło o coś więcej. Mężczyzna mówi przy stole: 'Norma była kiepska, bo koścista, ale Greta pyszna. Jestem głodny'. Kobieta: 'Ależ kochanie, nie mamy więcej jedzenia'. On: 'No, w takim razie będę musiał pójść do pani Kowalskiej'. Wtedy matka odsyła kolejną córkę - Werę - do kuchni, instruując służącą, żeby zachowała jej wątróbkę na pasztet. Ta kobieta poświęca po kolei swoje córki - na zdjęciach sprzed zagłady widzimy, ile było dziewczynek - żeby zatrzymać mężczyznę. Jednocześnie ochrania jedynego swojego syna. Widzimy też, że jest w ciąży - czyli mamy następne jedzenie.

Może powinnam powiedzieć, skąd to się wzięło, bo ja tego tak do końca nie wymyśliłam.

Powiedz.

Ta kobieta to nie moja mama - jak wszyscy myśleli. Z mamą mam wspaniałą relację. Zawsze pytano mnie, czy miałam straszne dzieciństwo. Co ciekawe, takie pytania padały na służbowych spotkaniach w sprawie kolejnego filmu. Jaki miały związek z reżyserowaniem? Postać matki wzorowana jest na innej kobiecie, którą w dzieciństwie podziwiałam. Inteligentna, trzy fakultety, wykładała na Sorbonie, spełniona zawodowo, samodzielna, dobra, wspaniały człowiek. Ona zawsze chciała mieć dziecko, miała partnerów, kilka poronień. Teraz przewińmy film - jest dziesięć lat później. Rodzi wreszcie córeczkę z nowym mężem. Jadę w odwiedziny, mam zostać matką chrzestną - i widzę zupełnie inną osobę. Nastąpiła całkowita przemiana, której powodem był mężczyzna, który narzucił jej swój styl myślenia, sposób ubierania się, wartości, wszystko było pod niego. Jeśli powiedział: 'Nie wchodź do pokoju, niech mała płacze', to ona nie wchodziła. Dziewczynka była pozostawiona sama sobie. Powiedziałam to. Doszło do strasznej awantury, nie zostałam matką chrzestną, wyjechałam - z pomysłem na film. To, co zobaczyłam, tak mnie zaszokowało, że musiałam go zrobić.

I co dalej z tą historią, z dziewczynką?

W wieku pięciu lat przyjechała do mojej mamy w odwiedziny. Mama miała stos bajek, Disneya itp., ale ona przypadkiem zobaczyła 'Pâté' i od tej pory codziennie prosiła, żeby jej go pokazywać. Nazwała go filmem o małej dziewczynce, mimo że był tam też chłopiec. Kiedy jej matka zobaczyła 'Pâté', zapytała moją mamę: 'Jak myślisz, co było inspiracją dla filmu?', po czym powiedziała, że musi wyjść, natychmiast się położyć. Miała 42 lata, kiedy urodziła dziecko, o którym marzyła, a potem poświęciła wszystko dla mężczyzny. Małżeństwo i tak się rozpadło, a ona nigdy nie wróciła do tego, kim była. Zagubiła po drodze samą siebie. Moja mama zupełnie inaczej - mogła wyjść drugi raz za mąż, ale nie chciała. Mówiła, że woli, żeby było ciężej, niż się do kogoś nowego dostosowywać. Pozostała wierna tacie. Ich związek był romantyczny, szalony. Poznali się w autobusie, jadąc każde ze swoją mamą. Tata szepnął do swojej: 'Przyjrzyj się tej dziewczynie, bo ją poślubię'. Potem przyjeżdżał w nocy na białym koniu na Sady Żoliborskie, pod dom mamy. Naprawdę! W podróż poślubną pojechali do Afganistanu.

Ty wcześnie wyszłaś za mąż.

Miałam 19 lat. Myślałam, że nigdy, ale zakochałam się. Czułam, że Paul, który jest Anglikiem, akceptuje mnie taką, jaka jestem. Nie pomyliłam się. Z Warszawy po ślubie wyjechaliśmy na cztery lata do Hongkongu, bo tam Paul miał pracę. Dużo czasu spędziliśmy na podróżowaniu po Azji. Potem na krótko Londyn, a w końcu Nowy Jork. Szczerze mówiąc, trochę Paula przymusiłam, tłumacząc, że tam są najlepsze szkoły filmowe. Uważałam też, że lepiej, jeśli oboje będziemy emigrantami, a nie tylko ja w kraju męża.

Stało się na przekór schematowi. Twój mąż zrezygnował z wymyślania kampanii reklamowych dla wielkich korporacji, jest współscenarzystą 'After.Life'.

Tak wyszło. To się działo powoli. Przy 'Pâté' tylko mi pomagał, teraz nie chce mieć nic wspólnego z korporacjami, jest scenarzystą, pisze też powieść dziejącą się po wojnie w Berlinie.

Sama stworzyłaś scenografię do 'Pâté'. Jest teatralna, wystylizowana, bogata. Jak ją robiłaś?

Głównie zbierałam śmiecie. Robiłam film wbrew radom profesorów, którzy uważali, że zwariowałam, chcąc stworzyć świat po apokalipsie bez odpowiednich środków, i że sobie nie poradzę. Dlatego np. nie chciano wypożyczyć mi kostiumów. Inni studenci kręcili w akademiku, w zwykłych ciuchach, na tle białej ściany. Uważałam, że ta historia tak nie zagra. Musiałam stworzyć teatralną karykaturę z przerysowanymi postaciami i eklektycznymi barokowymi dekoracjami. To prosta historia, ale i metafora. Nie chodzi o rzeczywisty kanibalizm, ale emocjonalny - matki, która nie jest w stanie powiedzieć mężczyźnie: 'Nie dam ci córki, odejdź'. Po sukcesie na festiwalu w Sundance - film zebrał 11 nagród - podkreślano, że 'Pâté' to nowoczesna archetypiczna baśń w stylu braci Grimm.

Te wszystkie rzeczy znalazłaś naprawdę na śmietniku?

W Nowym Jorku wystawia się przed dom niepotrzebne sprzęty, rzeczy. Jeśli coś się zepsuje, to w Ameryce nikt tego nie reperuje, tylko kupuje nowe. Mieszkam w SoHo, dawniej dzielnicy artystów, na dole Manhattanu, to część bez wieżowców, bardzo europejska. Kiedy wracałam piechotą w nocy z montażowni, z uniwersytetu, obchodziłam te miejsca. Tak znalazłam fotel, kanapę, wiele rzeczy. Tachałam to własnymi siłami albo dzwoniłam do kolegi, który miał furgonetkę. Z Paulem targaliśmy to po stromych schodach na czwarte piętro bez windy. Przez rok mieszkałam w magazynie rupieci. Inne rzeczy wybłagiwałam.

Od kogo?

Chodziłam do sklepów i wypożyczalni rekwizytów, opowiadałam o filmie, pytałam, czy mogą mi coś wypożyczyć, a ja w zamian umieszczę ich firmę w napisach końcowych. Sama zaprojektowałam stroje. Suknia głównej bohaterki była potwornie ciężka, bo zrobiona z PCV, którego dostałam całą belę. Żeby zdobyć świeczki, które w Nowym Jorku są drogie, a miałam ich w filmie tysiąc, odwiedziłam chyba wszystkie sklepy ze świeczkami, prosząc o niepotrzebne, np. złamane. Byłam przygotowana - miałam ze sobą wizualizację scenografii. Tak samo z Kodakiem - dali mi ścinki 35-mm taśmy filmowej. Udało się dzięki dobrej woli ludzi i mojej determinacji. Dla mnie to, co robiłam, było oczywiste. Moi koledzy ze studiów byli zdumieni. Uważali, że mam niesłychaną ambicję.

Jak oni sobie radzili?

Tam ludzie są przyzwyczajeni, że wszystko jest łatwe, podane na talerzu. Wiele osób na studiach było uprzywilejowanych, mieli pieniądze i trochę słomiany zapał. Nie mieli historii do opowiedzenia, a może brakowało im pasji, nie byli przyzwyczajeni do samodzielności, ciężkiej pracy. Co robić, jeśli trzeba np. znaleźć teatr, który ma być lokalizacją dla filmu? Trzeba pójść do stu teatrów i powiedzieć: 'Przepraszam, nie mam pieniędzy, ale czy mimo to nie można by użyć tego miejsca, to jest tylko jedna scena...', przekonać kogoś. Oni tego nie potrafią. Nawet nie wpadną na taki pomysł. Wiesz, że jak miałam 14 lat i musiałyśmy się z mamą przeprowadzić, sama - w tajemnicy - znalazłam mieszkanie? Mama była zajęta, więc ja czytałam ogłoszenia, dzwoniłam, oglądałam. Mama do tej pory tam mieszka.

Zaradności nie można ci odmówić.

Mówiłam o świeczkach. Jak zabrakło sklepów w Nowym Jorku, jeździłam dalej, do fabryk - autobusem, metrem, dalej pociągiem, potem na piechotę do fabryki gdzieś w szczerym polu, gdzie dawali mi np. jedno pudełeczko i mówili: 'Przyjdź w przyszłym tygodniu po drugie'. Ja na to: 'Dobrze'. I przychodziłam. Miałam różne nieprzyjemne przygody. Np. dzień przed rozpoczęciem zdjęć wynajęłam ciężarówkę do zwożenia rzeczy na plan. Wynajęty kierowca, który miał też pomagać przy noszeniu, spowodował wypadek i zniknął. Musiałam jeździć ciężarówką, wszystko robić sama, a nie mam prawa jazdy.

Jak to? Mówiłaś, że uwielbiasz szybkość, adrenalinę.

Bo potrafię prowadzić, nauczyłam się od różnych kolegów, ale prawa jazdy nigdy nie zrobię.

Dlaczego?

Żeby nie jeździć. Gdybym miała, tobym już nie żyła, tak jak mój tata.

Co się działo po sukcesie 'Pâté' w Sundance? Rzucili się na ciebie agenci?

Można tak powiedzieć. O krótkim filmie pisze się rzadko, a tu wszędzie recenzje, nagrody, w tym ważna Nagroda Wassermana, pokaz dla Gildii Reżyserów Amerykańskich. Po raz pierwszy pojechałam do Los Angeles. W przeciwieństwie do moich kolegów, którzy wiedzą wszystko o Hollywood, bo wielu z nich idzie na reżyserię, myśląc tylko o bogactwie i sławie, ja nie wiedziałam, kto jest kim w tym świecie. Kiedy oni czytali pisma branżowe, śledząc, jacy agenci się liczą, ja paliłam materiały na dachu swojego domu, żeby stworzyć apokaliptyczny krajobraz, walcząc przy okazji z interweniującymi strażakami. Efekt był taki, że kiedy ktoś do mnie podchodził po pokazie, nie wiedziałam, kim jest, ale za to nie byłam też stremowana. Zgłosili się do mnie czterej najważniejsi agenci. To są potwornie zajęci ludzie, a ja - traktując sprawę poważnie - siedziałam z nimi po kilka godzin, po czym mówiłam, że muszę się zastanowić. A potem jeszcze dzwoniłam i zadawałam pytania! Myślę, że kiedy Robertowi Newmanowi, który miał u siebie wszystkich - od legend kina po najmłodsze talenty - powiedziałam: 'To ja sobie to jeszcze przemyślę' - przeżył szok. W końcu wybrałam Jeffa Berga, który jest też agentem Polańskiego. Jeff - tak jak ja - patrzył na sprawy długodystansowo. Od początku mówił, że zadebiutuję własnym scenariuszem. Nie wściekał się, że odrzucam takie jak 'Wirujący seks 2'. Ludzie pukali się w czoło - w końcu jak często proponują debiutantce film w Hollywood? Większość dałaby sobie rękę uciąć, żeby zrobić jakikolwiek film.

W 'After.Life' główne role zagrali Liam Neeson i Christina Ricci - jak zdobyłaś takich aktorów, na dodatek zgodzili się zagrać za niższe gaże?

Wszystko odbyło się oficjalnie, nie miałam żadnych układów. Pierwsza rzecz to scenariusz. Tacy aktorzy jak Liam dostają po sto scenariuszy tygodniowo. Żeby któryś do niego dotarł, najpierw musi spodobać się agentowi. Druga - to mój krótki film. Obejrzeli 'Pâté' - dobrze, że tak się przy nim uparłam, bo inaczej pokazywałabym coś byle jakiego. Trzecia sprawa to zdobycie zaufania. Aktor takiego kalibru boi się debiutantów. Musi zobaczyć, że reżyser wie, co robi, umie nim pokierować. Inaczej może dojść do tragedii na planie, np. aktor w ogóle nie wyjdzie z przyczepy. Często słyszy się takie historie. Liam nazywał mnie generałem.

Jak wyglądało pierwsze spotkanie?

Trwało cztery godziny. Dla mnie nie przyszedł Liam, aktor, tylko Eliot, postać z mojego przyszłego filmu - tajemniczy przedsiębiorca pogrzebowy przygotowujący zwłoki Anny do pochówku. Siedziałam naprzeciwko postaci i tak go traktowałam. Mówiłam: 'Ty jako Eliot nosisz takie a takie ubranie'. Potem, już na planie, często imiona zlewały mi się w Eliam. Rozmawialiśmy o wszystkim. Zaczęło się oczywiście od tego, dlaczego młoda kobieta robi mroczne filmy. Przekonałam go. Docenił pasję, ciężką pracę, determinację, też ryzyko, że jako debiutantka podejmuję trudny temat. Także przygotowanie - stałam się ekspertem od śmierci.

Liam nie jest celebrytą. Na swój sukces ciężko i długo pracował. Przed aktorstwem miał być księdzem, nauczycielem, jeździł wózkiem widłowym w fabryce Guinnessa, był bokserem. Widział, jak walczyłam z producentami o swoją wizję filmu. Po tygodniu zdjęć powiedział: 'Jeśli nie chcą ci czegoś dać, powiedz mi'. Normalnie to się nie zdarza, aktor nie miesza się w sprawy producenckie, biznesowe. Nigdy z zaoferowanej pomocy nie skorzystałam.

A Christina Ricci, filmowa Anna? Po wypadku samochodowym budzi się w kostnicy. Jest przekonana, że żyje.

Na pierwowzór Anny natknęłam się w kostnicy w Los Angeles, leżała tam młoda dziewczyna z perfekcyjną fryzurą, jakby prosto od fryzjera. Na plastiku na wysokości ust zebrała się para, to była tylko wilgoć, ale wyglądało tak, jakby żyła. Christina Ricci jest inna niż Liam, działa intuicyjnie. Sama poprosiła o spotkanie - jest wiele aktorek, ale mało dobrych ról dla kobiet. Zafascynował ją temat. Ona sama jest mroczna. Jej tata był psychiatrą krzyku ze szkoły Janova. Jako dziewczynka z gabinetu, który był obok jej pokoju, ciągle słyszała krzyki pacjentów. Wszystko odreagowuje humorem. Może wejść w coś mrocznego - łzy, emocje... Mówisz: 'Cięcie', a ona już się śmieje, sprawdza telefon komórkowy, mówisz: 'Akcja', i natychmiast jest postacią. Kiedy chciałam stworzyć konkretną emocję, czasem wystarczyło szepnąć odpowiednie słowo dotyczące jej życia i ona szła za nim. Moją pracą było jak najwięcej się o niej dowiedzieć. Np. mówiłam: 'Pomyśl o Jacku'. Jack to był jej ukochany pies, którego bezskutecznie reanimowała usta-pysk, opowiadała mi o tym, widziałam, co czuła. Imię psa ma wytatuowane na żebrach, ma osiem dużych tatuaży, a chce mieć więcej.

Po co? Aktorka gra ciałem, to przeszkadza.

Zawsze była buntowniczką, indywidualistką. Uciekała z domu, miała problemy z alkoholem, objadała się, odchudzała, na przemian, sprawiała sobie ból, cięła się, hartowała pety na skórze. Po schudnięciu miała redukcję biustu, na piersi ma wytatuowanego wielkiego niebieskiego wróbla, na barku - lwa Aslana z Narnii, którego zresztą w adaptacji filmowej grał Liam. Jest jeszcze wróżka, syrena i złożone w modlitwie dłonie. Strasznie dużo czasu tracili w charakteryzatorni na zamalowywanie - po trzy godziny z 11-godzinnego dnia pracy. W ogóle było ciężko. Musieliśmy kręcić aż osiem scen dziennie, niektóre musiałam robić w 15 minut. Przetrwać debiut w Hollywood to nie taka prosta rzecz.

Przetrwać?

Tak. Niewielu młodym to się udaje. Często nie robią już następnego filmu, bo się wypalają. Po ośmiu tygodniach montażu, bo tyle miałam w kontrakcie, producent mógł przyjść i powiedzieć: 'Dziękuję, może pani iść do domu, a my sobie zmontujemy film'. Można mnie było wyrzucić w trakcie zdjęć. Każdy film jest ubezpieczony. Firma sprawdza, czy reżyser mieści się w czasie i budżecie. Przychodzi urzędnik na plan: 'Jest pani trzy dni do tyłu'. I wyrywa - jego zdaniem niepotrzebne - kartki ze scenariusza. Możesz płakać, tupać nogą, nic nie wskórasz. Na szczęście mnie się to nie przydarzyło. Wszyscy myślą, że producenci w Stanach są twórczy, wyedukowani, a ich interesuje tylko to, żeby zaoszczędzić pieniądze i czas. Mój wymyślił na przykład - nie wiadomo dlaczego - że film ma mieć 98 minut. Przez dwa miesiące montażu musiałam tego słuchać - 98 to był jego 'magic number'. Dlaczego nie na przykład 98,5? W filmie chodzi o rytm, ale on takich rzeczy nie rozumie. Cały czas musisz przekonywać. W końcu film ma 103 minuty.

Ten film to duży skok w górę?

Niesamowity. Byłam debiutantką, której udał się krótki film, ale pozostał znak zapytania, czy i co zrobi, szczególnie że odmawiała. Teraz przeskoczyłam do następnej ligi, poważnej - zrobiłam film z czołowymi aktorami, który miał dystrybucję kinową, a nie tylko na DVD, co najczęściej dzieje się z debiutami. Był w multipleksach, tam gdzie 'Avatar', nie w kinach studyjnych, i jeszcze dobre recenzje. Teraz o wiele łatwiej będzie mi zrobić następny.

Ma znaczenie to, że jesteś Polką?

Idę na spotkanie z producentem, mam obcy akcent, trochę, ale mam. Każdy w Los Angeles boi się ryzyka. Jeśli wchodzi obcokrajowiec i - niestety, muszę to powiedzieć - kobieta, do tego młoda, postrzegane jest to jako duże ryzyko. Każdy woli zrobić film z 45-letnim Amerykaninem, który ma na koncie pięć studyjnych głupich komedii. Europejscy reżyserzy mają swoją renomę, ale każdy producent myśli: jest z Polski, z Europy, to będzie zbyt artystyczne, nudne. Pewien znany producent zapytał mnie: 'Czy bohaterka będzie cały czas leżała i mówiła o śmierci?'.

A to, że jesteś kobietą?

Kiedy po 'Pâté' przyjechałam do Los Angeles, nikt mnie nie znał. Jakieś przyjęcie - od razu, automatycznie, pytają, jaką rolę zagrałam. A ja na to: 'Rolę reżysera'. Trzeba było widzieć zmianę na twarzach. Niesamowite. Żałowałam, że nie mam kamery. Bo tam reżyser jest bogiem. Reżyser, producent i agent - trójca święta. Mężczyzny nikt nie zapyta, jaką rolę grał, tylko czym się zajmuje. Kiedyś zaproszona na spotkanie siedzę w recepcji wytwórni 20th Century Fox. Wychodzi producent, rzuca na mnie okiem i pyta recepcjonistki: 'Dlaczego ta aktorka tu siedzi? Dlaczego reżyser się spóźnia?'. Może gdybym była bardziej męska, miała krótkie włosy, gdybym krzyczała na planie, kreowała się na kogoś innego, może wtedy pomyślano by chociaż, że robię komedię romantyczną. Kobieta z założenia może robić makijaż, kostiumy albo być aktorką. Albo inny - zaprasza mnie i zaczyna od tego, czy wiem, jak mało kobiet zrobiło w tym roku film w Hollywood, i że to mniej niż w zeszłym roku. Na to ja: 'W takim razie trzeba poprawić statystyki'. Nie wiem, czego oczekiwał. Jakiś test? Czemu to służyło? Zaprosił mnie, bo podobały mu się moje filmy. Gdyby to kobieta powiedziała, to co innego. Jesteśmy po tej samej stronie barykady.

Może po Oscarze dla Kathryn Bigelow to się zmieni.

Raczej powie się: 'Kathryn Bigelow - można odhaczyć. Pozbyliśmy się problemu dyskryminacji kobiet'. Kobiety powinny walczyć o to, co chcą robić. Jeśli chcą robić film akcji, to niech robią, nie ma gatunków zarezerwowanych dla mężczyzn.

Tam kobiet w branży jest mało, proporcjonalnie dużo mniej niż w Polsce.

Dlaczego tak się dzieje?

Kobieta jest ryzykiem. Jeśli będzie dwoje kandydatów do adaptacji książki, to mimo że będą mieli podobny pomysł, kompetencje, wybiorą mężczyznę. Mówią mi, że jestem utalentowana, ale od razu pytają, czy reżyseria to moje hobby, bo pewnie zaraz urodzę dziecko itd. W szkole było dużo kobiet, ale się wykruszyły. Ten system niszczy, trzeba znać swoją wartość, być wytrzymałym, mieć grubą skórę. Wiele osób, nie tylko kobiet, myśli, że szybko osiągną sukces, a tu odmowa za odmowa, rozczarowania. Kobiety moim zdaniem są wrażliwsze na odmowę. Nie bardzo potrafią albo nie chcą funkcjonować w samym biznesie, chciałyby być pozostawione same sobie i tworzyć, a w Ameryce biznes jest integralną częścią pracy reżysera. Przypominam sobie, że kiedy byłam mała, wyobrażałam sobie, że będę aktorką, reżyserem i producentem w jednej osobie. Skąd miałam taką wiedzę, nie wiem. Jednak ta zła sytuacja w dużym stopniu zależy od kobiet.

W jakim sensie?

Pierwszy dzień zdjęciowy, wcześniej spotykasz tylko główną ekipę, 110 osób mnie jeszcze nie widziało. Ja zawsze przychodzę pierwsza na plan, dwie godziny przed innymi, czyli o 6 rano. Podchodzi starsza ode mnie dziewczyna i mówi: 'Cześć, mogłabyś mi przynieść kawę? Gdzie tu jest w ogóle catering?'. Nie wiedziała, kim jestem, ale widzi kobietę, więc coś sobie założyła - młoda kobieta, na pewno nie reżyseruje filmu z gwiazdami. Gdyby ktoś inny był na moim miejscu, pewnie straciłaby pracę. Dziennikarze w Stanach często piszą o mnie 'he', czyli 'on'. Robi horror, jakieś dziwne imię, to musi być facet - mają to zakodowane. Takich kwiatków jest wiele. Ale amerykańskie dziennikarki pytały na przykład, czy czułam się kompetentnie jako młoda kobieta, reżyserując Liama Neesona.

Co sprawia, że tak dobrze sobie radzisz?

Jako dziewczynka obserwowałam mamę, która świetnie dawała sobie radę w męskim świecie biznesu. Oboje rodzice skończyli handel zagraniczny. Na początku mama była stewardesą, potem oboje pracowali dla zagranicznych firm. Obserwowałam mamę, więc wiem, że nie trzeba być mężczyzną, żeby się przebić. Próbuję nie stawiać sobie barier.

Kiedy z 'After.Life' jeździłam po wydziałach filmowych, miałam spotkania, było tam pół na pół mężczyzn i kobiet. Zadawali inne pytania. Mężczyźni pytali, jak zarobić pieniądze, kobiety głównie podkreślały, że jest im ciężej, pytały, jak sobie radzić. To prawda, że jest ciężko, kobieta musi ciągle udowadniać, że jest lepsza od mężczyzny, ale powtarzając to, wchodzi się w rolę osoby słabej, przegranej, a taką zjedzą w Hollywood. Po śmierci taty mama pracowała bardzo ciężko, chciała się rozwijać, po czterdziestce poszła na prawo. Nie musiała, ale ją interesowało. Dużo podróżowała, prowadziła samochód. Wpoiła mi samodzielność i wiarę w siebie. Co roku jeździłyśmy samochodem po Europie, ja - dziesięciolatka - z mapą na kolanach. Mogłyśmy bezpiecznie, pociągiem na wczasy do Jastarni, ale ona chciała, żebym zobaczyła świat.

Mówiłaś, że była też stewardesą.

Mając lęk wysokości! Boi się podejść do krawędzi jakiejkolwiek górki. Na jakimś zgrupowaniu dla kandydatek na stewardesy wjechali na Kasprowy, mieli stamtąd zejść, ale ona nie była w stanie ruszyć się ze strachu, musieli wezwać GOPR, który zwiózł ją na dół toboganem. Tak naprawdę marzyła, żeby być pilotem, ale w tamtych czasach nie kształcono kobiet. Kiedy jesteśmy w samolocie, mam wrażenie, że jest szczęśliwa, pewnie wyobraża siebie, że siedzi za sterami.

A ten lęk wysokości?

Najciekawsze jest robienie tego, czego się boisz, konfrontacja ze strachem mobilizuje. Jeśli mnie ktoś powie 'nie' albo 'nie dasz rady' - tak było np. z 'Pâté' - mnie to tylko mobilizuje. Wiele osób, wiele kobiet to paraliżuje.

O co najbardziej walczyłaś z producentami 'After.Life'?

O tajemnicę. Producentom chodziło o horror, film gatunkowy z jednoznacznym zakończeniem, nie interesowała ich strona filozoficzna, metafizyczna. Chcieli krwi, bebechów, taniego horroru, który zarobiłby tonę kasy i wszyscy byliby szczęśliwi. Oprócz mnie. Walczyłam, byłoby idiotycznie odrzucić tyle głupich scenariuszy, a potem zrobić własny głupi film. Ale on nie jest w stu procentach mój. Ta opowieść była dla mnie ważna z powodów osobistych. Dzięki niej oswoiłam się ze śmiercią, trochę mniej się boję, dopełniłam pogrzebowego rytuału, przynajmniej wiem, co dzieje się z ciałem. Fascynuje mnie to, co dzieje się dalej. Moim zdaniem to, co mamy w sobie - nasza esencja, dusza - jest tak wielkie, silne, że całkowite zniknięcie, nieistnienie jest niemożliwe. Kiedy w kostnicy w Los Angeles stałam koło ciała tej kobiety z perfekcyjną fryzurą, czułam wokół niej pole, energię, duchową obecność, czułam, że ona tam jeszcze jest. Długo nie mogłam odejść. Oczywiście, czy to, co myślę, jest prawdą, okaże się dopiero, kiedy ja będę w prosektorium, na tym stole.

Źródło: Wysokie Obcasy
  • Re: Dziewczyna w kostnicy duniaraskolnikow 27.07.10, 08:30

    świetnie się czyta, ciekawa,zaradna kobieta z fajnymi pomysłami. Mam nadzieję, że jeszcze o niej usłyszymy.»

  • Re: Dziewczyna w kostnicy nett1980 27.07.10, 11:42

    W sumie nic nowego nie odkrywa, bo wczesniej byl calkiem dobry serial 6 stop pod ziemia.Nie znam jeszcze jej tworczosci, wiec moze sie milo rozczaruje i mnie czyms zaskoczy.Tez denerwuje »

  • Dziewczyna w kostnicy pochodnia_nerona 27.07.10, 13:37

    Trzymam kciuki za tę panią! Powodzenia!»

W numerze z 28 sierpnia