Spotkałam ją u końca głębokiego i wąskiego kanionu, który przecina Petrę. Za nim jest dolina, w której Beduini częstują podróżnych mocną i słodką herbatą i sprzedają im pamiątki. Wśród nich siedziała biała kobieta w słomkowym kapeluszu. Z nieba lał się żar, ona nie paliła się do udzielenia wywiadu. Gdy jednak wyjęłam notes z plecaka, skinęła głową i wskazała na plastikowy stołeczek.
Urodziła się w Nowej Zelandii, którą wielu uważa za raj na ziemi. Ale w jej rodzimym miasteczku Nelson nigdy nic się nie działo. W nowozelandzkim aseptycznym raju można umrzeć z nudów. Więc mając 20 lat i dyplom pielęgniarki, Marguerite spakowała plecak i wyjechała do Wielkiej Brytanii, krainy przodków. A stamtąd dalej, zwiedzać świat z koleżanką. Jej podróż dookoła świata zaczęła się od Bliskiego Wschodu i tam się miała zakończyć. Zanim w nią wyruszyła, wiedziała tylko, że Beduini to nomadzi w długich szatach i zawojach na głowach. O Petrze zaś, że to cud świata, starożytne miasto Nabatejczyków ukryte w górach, po którym ślad zaginął na setki lat, zanim w XIX wieku odkrył je na nowo pewien szwajcarski podróżnik. Jej przeznaczenie czekało na nią, siedząc pod świątynią wykutą w skale ponad dwa tysiące lat temu. Miało postać przystojnego Beduina sprzedającego pamiątki turystom. Przemówiło do nich po angielsku, bo Mohammad nauczył się tego języka od turystów. Spytało, czy nie zechcą spędzić nocy w Petrze, w jaskini. Takie ciekawe doświadczenie kulturowe. Po chwili wahania zgodziły się.
Jaskinia Mohammada
Nie ukrywa, że warunki w jaskini, tej samej, w której miała spędzić następne 25 lat, były prymitywne. Na ziemi materac z gąbki i mata pokrywająca połowę powierzchni jaskini. Za całe umeblowanie służyła walizka. Ale gospodarz rozpalił ogień. Ugotował posiłek, opowiadał i śpiewał. Dookoła były góry i cisza, w której rozbrzmiewał jego głos. Marguerite chętnie by została dłużej, ale w plecaku trzymała bilet do Bejrutu i Damaszku. Następnego dnia szykowała się do drogi, gdy w holu hotelu pojawił się młody Beduin, krewny Mohammada, i zaprosił ją na beduińskie wesele. Zasiadła w namiocie dla kobiet. Beduinki przebrały ją i umalowały jej dłonie henną. W czarnej haftowanej złotem sukni, z powiekami ciężkimi od kohlu, kosmetyku, który sprawia, że kobiety w Indiach czy Egipcie mają tak przepastne oczy, poczuła, że sama zamienia się w jedną z nich. Na stoły wniesiono stosy koźliny gotowanej w kozim jogurcie i serwowanej z chrupiącym chlebem. Potem kolorowy orszak ruszył w góry. Kobiety jodłowały, mężczyźni strzelali na wiwat. Podczas wesela Beduinki wybrały dla niej arabskie imię Fatima. Zakochała się. Była to romantyczna miłość, w której przystojny Beduin, jego dolina i fascynacja obcą kulturą zlewały się w jedno.
W Nowej Zelandii skończyłoby się na romansie. Ale Beduini nie byli nowocześni, małżeństwo było dla nich sprawą oczywistą. - Mohammad potrzebuje kobiety, jest wam razem dobrze. I nad czym się tu namyślać? - nalegali. 'Swatało mnie całe plemię' - pisze w swojej książce. Dwa i pół miesiąca od poznania Mohammada powiedziała mu 'tak'. Nigdy nie miała pożałować decyzji. - Był to najprzystojniejszy, najbardziej inteligentny i czarujący mężczyzna, jakiego spotkałam - mówi.
Rodziców nie pytała o zgodę, jedynie w liście powiadomiła o swojej decyzji. O tym, że ich córka wyszła za Beduina, dowiedzieli się dwa miesiące po fakcie.
Bez rachunków
Czy jednak nie bała się zostać żoną Beduina? Drepczącą za mężem w gromadce dzieci i reszty żon?
- Za takiego bym nie wyszła, Mohammad był inny, szanował mnie - prawie się obraża.
- A jeśli nie będziemy szczęśliwi? - spytała go w okresie narzeczeństwa. - Rozwiedziemy się - uspokoił. Nie dodał, że w świecie islamu to mąż odsyła kobietę.
Perspektywa życia w jaskini, a nie w domku z ogródkiem jej nie przerażała. - Pomyślałam: nie trzeba będzie płacić rachunków za prąd i spłacać kredytów mieszkaniowych - śmieje się.
- Czy takie życie nie było jednak za ciężkie? - dopytuję się. Odpowiada, że nie wybrała życia w jaskini, lecz mężczyznę, który w niej żył.
Marguerite, którą rodzice od dzieciństwa zabierali w góry, lubiła wysiłek fizyczny. W Petrze miała go pod dostatkiem. Od miejscowych kobiet nauczyła się piec chleb, siodłać osła i tkać. Była szczęśliwa. Rankiem, gdy słońce zaglądało do jaskini, oboje z Mohammadem wyciągali na dwór materace i patrząc na dolinę, jedli śniadanie: chleb, oliwki, owczy jogurt i herbata z miętą. Czuli zapach oleandrów. Patrzyli na starożytne grobowce wykute w zboczach. Mąż zabierał ją na wycieczki. Siadywali nad przepaścią, mąż śpiewał jej na głos. Kopiąc - w swojej jaskini, by go dyrekcja wykopalisk nie namierzyła - Mohammad trafił kiedyś na resztki muru z czasów starożytnego Rzymu. Mur stał się częścią domowej kuchni. Przez następne lata Mohammad i Marguerite grali wieczorami w karty i słuchali radia pod starodawną ruiną. Siedząc na progu jaskini wysoko na zboczu, widzieli w dole gości i wołali ich do siebie. Któregoś dnia znajomy Beduin przyniósł schwytanego młodego orła. Arabowie wierzą, że krew orła ma cudowne właściwości lecznicze. Namówili go, by ptaka wypuścił. Trafił się miejscowy rzemieślnik. Z torby wysypał ozdobne noże o rękojeściach tak misternie rzeźbionych, że wykupili cały towar. Ich sąsiad, wzbogaciwszy się, wybierał się do Kairu po drugą żonę. Beduini kupują je w jednej z peryferyjnych kairskich dzielnic. Komuś ukazał się duch, a ktoś inny zabił skorpiona, który zakradł się do kołyski dziecka. Jak jej się udało stać częścią plemienia, pozostając sobą? - To nie było trudne - powiedziała. - Mąż był po mojej stronie.
Gdy urodziła się Salwa, ich pierwsza córka, Beduinki chciały, by zasłoniła dziecku twarz. Po urodzeniu małe Beduinki noszą na głowie czapeczki uszyte przez matki z poliestru z malutkimi zasłonkami na buzie. Nie jest to piękne, ale Beduinki wierzą, że w ten sposób chronią dziecko przed 'złym okiem'. Jednak Marguerite powiedziała krewnym, że nie wierzy w 'złe oko'. Spokojnie, nie kłócąc się, wychowała dzieci po swojemu. Mohammad wierzył, że jego zamorska żona wie, co robi. A ona cierpliwie słuchała rad starych kobiet, nie wyśmiewała się z nich i nie pouczała. Swoje myśli zachowywała dla siebie. Czasem tylko dzieliła się nimi z turystami - nazywa ich 'swoimi wędrownymi terapeutami'. Miała szczęście, bo gdy spotkała Mohammada, mieszkał on sam, nie z wielopokoleniową rodziną, jak to jest w zwyczaju u Beduinów. Takie oddalenie wyszło im na zdrowie. Marguerite lubiła macochę męża i korzystała z jej pomocy (ale nie z jej rad).
Było coś jeszcze. W Petrze brakowało lekarzy. Marguerite z dyplomem pielęgniarskim została dyrektorką jedynego ośrodka zdrowia. Mieścił się w jednej z jaskiń, w której znajdowały się leżanka i półka na leki. Czasem przyjmował w niej lekarz z miasta. W międzyczasie Marguerite opatrywała rany i robiła zastrzyki. Odmierzała porcje leków zapisanych przez lekarza i pakowała je do osobnych torebek z papieru. Beduini byli jej za to wdzięczni. Do domu wracała z jajkami, mlekiem i jogurtem od pacjentów. Nazwali ją 'Szefową Fatimą'.
Beduini, moi przyjaciele
Zżyła się z Beduinami, przestali być dla niej egzotyczni. - Awath, Salem, Ali, Suliman i wielu innych - to dla mnie ludzie dobrzy i gorsi, mądrzejsi i głupsi, sąsiedzi, krewni, przyjaciele - wspomina. W swej książce nie idealizuje ich, pióro ma cięte, ale pisze o nich ciepło. Nawet gdy pod jej nieobecność, kopiąc drzwi do jaskini, otwierali ją sobie na oścież i spędzali w niej dzień, zostawiając pustą cukiernicę i pudełko na herbatę. - Raj bez ludzi, to nie raj - tłumaczył jej mąż. W jej oczach świat Beduinów nie był gorszy od zachodniego, ale inny, jeszcze tradycyjny. Pełen ufności, bogobojny, hierarchiczny. Kiedy sąsiadki piekły chleb, posyłały jej pachnący szram, wyrośnięty placek żółty od pszenicy. Każda rodzina zapraszała przechodzących do stołu. Kiedy przechodziła, sąsiedzi pytali, czy czegoś jej nie trzeba. Lubili śpiewać, znosili cierpienie z uśmiechem, dziękowali za wszystko Bogu.
By być bliżej nich, zaczęła zakrywać głowę. Na zdjęciu ma haftowaną chustkę zawiązaną pod brodą. - To również wygodne, można ukryć niemyte włosy - szuka racjonalizacji. Arabskiej zasłony nie założyła. - Bo nie podobała mi się - mówi. Beduini byli nią zachwyceni. - Pości w Ramadanie - wyliczali jej zalety turystom. - Mówi po arabsku, piecze chleb i jest muzułmanką. Nowozelandka przeszła na islam, religię męża i przyjaciół. W Petrze zapominała o świecie. Przypominały o nim tylko ponaddźwiękowe odrzutowce izraelskie trenujące po drugiej stronie granicy. Obok toczyła się wojna. Beduini z Petry jej nie śledzili, większość jest niepiśmienna. Czasem tylko ze skrzypiącego radia na tranzystorach słychać głos spikera palestyńskiego Radia Jerozolima.
Dobre lata
Pewnej zimy, kilka lat po ślubie, wsiedli do samolotu i polecieli do Nowej Zelandii, by przedstawić Mohammada rodzinie.
Po kilku miesiącach w ojczyźnie to ona nie wytrzymała. Okazało się, że jest bardziej Beduinką niż jej mąż. Co za dziwny zwyczaj, by zapowiadać wizyty, zamiast wpaść z drogi? I to płacenie za siebie w restauracjach. - Odkryłam, że w międzyczasie domem stała się dla mnie Petra - mówi mi. Kupiła bilet w jedną stronę. Jednak po wyjeździe ich życie zmieniło się na lepsze. Mohammad wiele się w Nowej Zelandii nauczył. Ludzie na Zachodzie wprawdzie nie wiedzą, jak rozpalić ogień, ale może nie są tacy do końca głupi. W Ammanie zakupił worki z cementem, rury i kafelki. Wybudował łazienkę z prysznicem i toaletę. Prymitywna jaskinia zamieniała się jaskinię z wygodami. W oknach szyby, w kuchni lodówka i kuchenka gazowa.
Przez cały czas trwania związku uczyli się jedno od drugiego. Ich małżeństwo było rodzajem eksploracji. To Marguerite przekonała męża, że prawdziwy mężczyzna może wziąć nowo narodzone dziecko na ręce. Nawet jeśli to córka. Salwa, ich pierworodna, szybko stała się córeczką tatusia. To on nauczył ją, że nie rzuca się resztek chleba na ziemię, bo to grzech przed Bogiem. Jak wszyscy Beduini i jej mąż chciał być bogaty. Założył pierwszą w Petrze kawiarenkę - biła rekordy popularności. Furorę zrobił jego wynalazek - ozdobne butelki z utłuczonym na miał wielokolorowym piaskowcem z Petry tworzącym fantazyjne wzory w środku. Zapraszano go na targi turystyczne w Europie. Rodzinie zaczęło dobrze się dziać. Samochód, wakacje w Tajlandii, wielkie zakupy. Ale przez ostatnie lata jeździli po świecie z insuliną w lodzie, bo Mohammad był coraz bardziej chory.
Tego już nie ma
Od dwóch lat Marguerite mieszka znowu w Petrze. Wyjechała z niej po śmierci męża, który zmarł w 2002 roku. Gdy potrzebował nerki, mężczyźni z plemienia sprawdzali naprędce grupę krwi, by oferować mu swoją. Solidarnie towarzyszyli mu na każde badanie i dializę nad leżącą o godziny drogi od Petry zatokę Akaba. Rok po przeszczepie Mohammad zmarł we śnie. - Pozostałam w Petrze jeszcze trochę, ale mój powód, by tu być, przestał istnieć - pisze. Wróciła do Jordanii, bo chciała napisać i promować swoją książkę. To hołd dla ludzi, wśród których przyszło jej spędzić większość życia. Książka zawiera opis tradycyjnego życia, które odeszło. Beduini z Petry nie mieszkają już w dolinie. Pod koniec lat 90. przeniesiono ich do nowej wioski wybudowanej specjalnie dla nich. Jordania zarabia krocie na turystyce i władze nie chcą, by po Petrze pętały się owce. Nową osadę Beduini nazwali Elektryczne Miasto. Cieszy ich woda z kranów i światło. Niektórzy mają już komputery. Za dnia przychodzą do Petry jako przewodnicy, poganiacze osłów i kramarze. Nadal zapraszają cudzoziemców na herbatę z miętą. Najmłodszy syn Marguerite - Maruan - wciąż mieszka z matką w Petrze. Córka Salwa ukończyła Uniwersytet Jordanii, średni Raami mieszka w Nowej Zelandii. Cieszy ją, że dzieci nadal mówią do niej po beduińsku: yom - mama.
Korzystałam z książki Marguerite van Geldermalsen 'Żona Beduina'