Kiedy stała się pani popularną wykonawczynią tradycyjnej muzyki zanzibarskiej?
Zaczęło się późno, jakieś 20 lat temu, byłam już starą kobietą. Występowałam w hotelu Bwawani w Stone Town na Zanzibarze, zobaczyła mnie tam Mariam Hamdani, kobieta, która zna się na muzyce i wie, jak ją sprzedawać. Chyba dostrzegła we mnie coś, czego nie widzieli inni. Zaryzykowała, zaproponowała mi nagranie płyty z grupą grającą tradycyjną muzykę zanzibarską, czyli taarab. To była ciężka praca - śpiewać to samo wiele razy, żeby zadowolić producentów. Wcześniej po prostu grałam to, co czuję. Jednak spotkanie Mariam było błogosławieństwem. Nie mogę narzekać, że wydarzyło się późno, widocznie Bóg tak zaplanował. Wcześniej na Zanzibarze nie występowałam dla pieniędzy. Wracałam do domu z kilkoma szylingami w kieszeni. Teraz jeżdżę po świecie.
Od kogo nauczyła się pani wykonywania taarab?
Jako małe dziecko słuchałam, jak śpiewa tę muzykę Siti Bint Saadi. Była pierwszą osobą, która wykonywała taarab w suahili. Wcześniej śpiewało się tylko po arabsku, w pałacu sułtana. Siti zarabiała na życie, sprzedając gliniane garnki. Żeby zwrócić na siebie uwagę, zachwalała je, śpiewając. Podsłuchiwałam ją, naśladowałam.
Na czym polega rytuał unyago?
Grupa starszych kobiet zamyka się w pokoju z przyszłą żoną na wiele godzin, czasem na całą dobę, żeby przygotować ją do życia z mężczyzną. Tańczymy, odgrywamy sceny, które mają pokazać, co dziewczyna powinna wiedzieć od czasu pierwszej menstruacji. Jak dbać o siebie, jak być atrakcyjną, jak się zachowywać, żeby nie znudzić się mężczyźnie. Powtarza się w tych scenach przekaz, że ona nie może się płoszyć ani dziwić. Trzeba tego rytuału doświadczyć, żeby go zrozumieć, jest w nim tajemnica. Unyago kultywuje się tylko na Zanzibarze. Na początku miał odstraszać diabła, z czasem zmieniło się jego znaczenie. Teraz odstrasza złe duchy mężczyzn. Mężczyźni nie są zapraszani na te spotkania. A jeśli złapiemy takiego, który podgląda, wprowadzamy go między siebie, rozbieramy, zmuszamy do tańczenia między nami.
Publiczność poza Zanzibarem rozumie przekaz pani występów?
Nie zastanawiałam się nad tym, po prostu wpadam w trans. Nie wiem, czy słowa moich piosenek są zrozumiałe, zapewne tylko dla znających suahili. Jednak kiedy śpiewam, gram na bębnach, czuję, że publiczność to przeżywa. Bębny mam we krwi, gram na nich od dziesiątego roku życia. Jestem najlepszą bębniarką na Zanzibarze, kto wysłuchał mojego koncertu, wie o tym.
Co się zmieniło w pani śpiewaniu przez lata?
Mam większą pewność siebie niż na początku. Nie obawiam się krytyki. Kiedyś naśladowałam innych. Teraz poddaję się temu, że śpiewanie jest jak miłość. Raz jesteś w niebie, raz nie.
Zmienił się pani głos?
Oczywiście, jestem przecież stara.
Przeszkadza pani upływ czasu?
Tak, kiedyś było piękniej.
W jakim jest pani wieku?
Nie wiem, ile mam lat. Dawniej, kiedy ktoś na Zanzibarze mówił: 'Zarejestruj dziecko', odpowiedź brzmiała: 'Niczego za to nie dostanę, ani lepszego jedzenia, ani lepszych ubrań'. Zatem nie odnotowano mojego urodzenia w urzędzie. W podaniu o paszport wpisałam, że urodziłam się w 1928 roku. Wtedy też pierwszy raz podałam imię Kidude. Moje prawdziwe imię, nadane przez matkę, brzmi Fatma, a dokładnie Fatma Bitni Baraka. Kidude znaczy 'mała rzecz'. Urodziłam się jako wcześniak.
Tak naprawdę przyszłam na świat długo przed 1920 rokiem, gdy na Zanzibarze posługiwano się jeszcze rupiami, nie szylingami. Jestem z czasów rupii.
Jakim była pani dzieckiem?
Psotnym. Często uciekałam z domu, więc rodzice przywiązywali mnie do łóżka albo innych mebli. Porywał mnie rytm bębnów, który niósł się od strony oceanu, gdzie na łodziach grali Arabowie.
Jaki był ojciec?