Co jest z pani w Dominice, głównej bohaterce 'Chmurdalii'?
To kobieta nomadka, a ten rodzaj kobiecości jest wynikiem mojego egzystencjalnego doświadczenia. Nigdzie nie czuję się obco, bo nigdzie nie jestem do końca u siebie. Nigdy nie marzyłam o domu i tradycyjnej rodzinie, o tym, by gdzieś osiąść. Są miejsca, w których lubię być - Tokio, Nowy Jork, Warszawa, wyspa Karpathos - ale jeszcze nigdzie nie chciałam zostać na zawsze. To zabawne, ale nadal miejscem, w którym byłam najdłużej, pozostaje Piaskowa Góra. Dorosła Dominika z 'Chmurdalii' jest mi więc bardzo bliska. Ta z 'Piaskowej Góry' - cóż, chciałabym być taką dziewczyną jak ona. Mieć od początku tak silne poczucie wewnętrznej wolności. To trudne, gdy się ma 16 lat i mieszka w Wałbrzychu. Dziś to miasto jawi mi się jako tajemnicze i niesamowite, nawet piękne w swoim nasączeniu historią i bardzo głęboko moje. W latach 80. wydawało mi się dziurą w ziemi z ciasno zatrzaśniętym horyzontem. Czułam wokół siebie obecność Witkacowskich niwelistów gotowych mnie 'udziewczęcić' według obowiązującej normy.
Miałam 18 lat, gdy wyjechałam, uciekając w popłochu. Kolejne wynajmowane mieszkania i stancje, których było, jak policzyłam, 35. Zawsze, kiedy pojawiała się perspektywa, że mogę gdzieś osiąść, błyskawicznie znajdowałam coś, co sprawiało, że ruszałam dalej. I tak do 2007 roku. Wtedy skończyły się podróże i okazało się coś ważnego: że choć moją naturą jest przemieszczanie się, to żeby napisać książki takie jak 'Piaskowa Góra', a potem 'Chmurdalia', trzeba się na chwilę zatrzymać. Teraz, po trzech latach i dwóch powieściach, pojawia się we mnie ogromna chęć, by znowu gdzieś ruszyć.
Ciekawe, że nie da się stworzyć książki w podróży.
Próbowałam! 'Japoński wachlarz', zbiór antropologicznych zapisków z mojego dwuletniego pobytu w Tokio, powstał w podróży. Do pisania powieści potrzebny mi jest jednak 'własny pokój'.
Łączy pani literaturę i antropologię. To otwiera mnóstwo perspektyw.
Warsztat antropologii kultury rzeczywiście przydaje mi się w literackim pisaniu, ale późno otworzyła się ta perspektywa. Wszystko zaczynałam późno. Długo studiowałam i pierwszą pracę dostałam po doktoracie, mając 30 lat. Tak mnie przeraziła perspektywa stabilizacji, że od razu wyjechałam. Gdy w końcu wróciłam do Polskiej Akademii Nauk po siedmiu latach różnych stypendiów, poczułam, że duszę się w mrocznych korytarzach Pałacu Staszica. Udałam się w symboliczną podróż do miasta dzieciństwa, napisałam 'Piaskową Górę', potem 'Chmurdalię'. Moim sposobem zamieszkiwania świata jest bycie w drodze.
Epifanie
A czy w trakcie podróży doznała pani jakichś autoolśnień?
Tak, podróżowanie to przekraczanie granic - nie tylko geograficznych, ale i politycznych, kulturowych. Spotykamy się z innością twarzą w twarz i relacja 'ja - inny' to zawsze relacja 'ja jako inny'. Dla mnie olśnieniem była Japonia, jedna z moich najważniejszych i najpiękniejszych podróży. Tam zaczął się mój powrót na Piaskową Górę. Perspektywa z końca świata sprawiła, że zdałam sobie sprawę ze wszystkiego, co na ówczesnym etapie mojego życia było problemem i wyzwaniem. Wtedy relacje między płciami nie były dla mnie już tak fascynujące i absorbujące, bo po paru próbach i błędach wiedziałam, że nie potrzebuję związku, tylko towarzysza podróży. Problemy z rodzicami też już mnie nie dotyczyły i o nic nie miałam pretensji, które zajmują tyle czasu i energii.
Nagle dla mnie, osoby, która na podstawowe pytanie wędrowców: 'Where are you from?', odpowiadała: 'From Europe' albo przewrotnie 'From Japan', problemem stała się tak zwana ojczyzna. Polska mnie uwierała. Moją pierwszą ojczyzną czy też pierwszym miejscem, skąd padało moje spojrzenie na Polskę, była Piaskowa Góra. Pamiętam surrealny moment w czasie pobytu w Japonii. Koło mojego domu stał ogromny pleksiglasowy, czerwono-różowy stwór - T-Rex. Jak z mięsa. Ten potwór plus tło japońskiej dzielnicy: japońskie mamy z japońskimi dziećmi, w tle jakaś muzyka z głośników w języku, którego wówczas nie rozumiałam - poczułam się tak, jakbym była poza sobą. Piaskowa Góra, słowa, które nagle przyszły mi na myśl, wydały mi się magiczne. Przydarzyła mi się mała epifania w drodze.
Czy po takich objawieniach coś zostaje?
Mam tożsamość podróżną - tak w ogóle widzę tożsamość współczesnego człowieka. Taka jest też moja Dominika - Odyska, która nie powraca, ale oddala się od domu. Kształtuje ją podróż, opowieści różnych ludzi. Gdy rusza dalej, część tej nomadycznej tożsamości może równie dobrze zostawić jak już niepotrzebne ubranie. Rozumiem siebie i świat bardzo narracyjnie. Płynie we mnie splątany czas różnych opowieści, z którymi zetknęłam się w drodze, które sama snuję. Język ma dla mnie największą realność i w nim ocalam swoje podróżne objawienia. Jest dla mnie ważne, że jest to język polski, to mój podstawowy bagaż, który zawsze zabieram w drogę. W tym momencie życia czuję się za bardzo obrośnięta rzeczami. Wie pani, ile mam kwiatów?! Pojawił się nowy problem, którego nie doświadczyłam nigdy wcześniej - co zrobić z kwiatami, gdy będę znów ruszać w drogę. Chyba się do nich przywiązałam.
Możliwości
Wykłada pani w Polsko-Japońskiej Wyższej Szkole Technik Komputerowych. Dostrzega pani zmiany w tożsamości młodych ludzi?
Pokolenie internetowe zakorzenione w świecie wirtualnym? Niektórzy sprawiają takie wrażenie, jakby notebooki stanowiły część ich ciała. W Japonii powstała potężna subkultura otaku - młodych ludzi, którzy wybrali świat wirtualny i zupełnie odrzucili normatywny model życia rodzinnego i relacji międzyludzkich. A co mieści się w świecie bardzo inteligentnych młodych Polaków i Polek z mojego Wydziału Kultury Japonii? Ostatnio spytałam studentów o patriotyzm. Zarzekali się, że już tak nie myślą. Jaki tam patriotyzm! Wychowali się na japońskich kreskówkach, a nie 'Dziadach'. Ale gdy zajrzało się głębiej, okazywało się, że każda, każdy z nich jakoś identyfikuje się z polskością. Jako wykładowczyni mam mocne poczucie, że uniwersytet to też miejsce kształtowania intelektualnej wspólnoty. Takiej, w której polskość to nie tylko i nie przede wszystkim ukrzyżowany Chrystus owinięty biało-czerwoną flagą z kirem.
Może nie tyle mam na myśli pokolenie 'ponadnarodowe', 'sieciowe', ile takie, dla którego pakiet możliwości jest z góry dużo bardziej rozbudowany.
Ja pamiętam czasy, kiedy nie miałam w domu paszportu! Gdy wycieczka ze Świnoujścia do NRD była ekscytującą wyprawą. Dla moich studentów to taka prehistoria jak dla mnie okupacyjne wspomnienia babci. W czasach PRL-u chciało się przekroczyć jakąkolwiek granicę, wszystko jedno, w którą stronę, jak pisał Kapuściński. W porównaniu z moją młodością świat moich studentów jest nieprawdopodobnie otwarty. Chociaż trzeba pamiętać, że mówimy o studentach z prestiżowej warszawskiej uczelni. Czy chce się czegoś tak bardzo, gdy ma się wokół tak wiele różnych opcji? Pani jest ode mnie młodsza, niech pani mi to powie!
Chce się, ale kluczem do sukcesu jest znajomość kierunku tego chcenia. Jeżeli się wie, w jakim kierunku iść, dostaje się możliwości, by pójść dalej tą drogą.
Tak, podobnie talent widzę jako coś, na co składa się również umiejętność jego wykorzystania. Biadolenie nad zmarnowanym talentem nigdy mnie nie wzruszało. Wracając do młodych ludzi - imponuje mi w nich ilość przedsięwzięć, w które się angażują. Moja młodość licealna i przynajmniej połowa studiów to było siedzenie i marudzenie, przede wszystkim. Egzystencjalne rozmowy, czarne swetry, mocne papierosy i dużo cytatów. Gdy teraz rozmawiam ze studentami, słyszę, że jeden właśnie jedzie do Amsterdamu na warsztaty tańca butoh. Dziewczyna wybiera się do Tajlandii jako wolontariuszka, żeby uczyć angielskiego. Inna będzie pracować jako kelnerka na greckiej wyspie z koleżanką, która do tego tańczy tańce latynoskie i właśnie wróciła z zawodów w Brazylii. My nie mieliśmy takich możliwości. Z drugiej strony znam siebie i wiem, że gdybym teraz była taką młodą osobą, prawdopodobnie i tak bym siedziała i rozmawiała o sensie życia. Może tylko nie paliłabym papierosów.