http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Bibliotekarki

Paweł Smoleński
28.05.2010 , aktualizacja: 20.05.2010 17:10
A A A Drukuj
<b>Ewa Kossewska</b>
Bibliotekarka w mazurskich Mikołajkach, w zawodzie od 36 lat: - Z jednej strony ludzie mają nas za zakompleksione myszy w grubych okularach. A z drugiej - gdy trwoga, 
to do bibliotekarki Fot. Bartosz Bobkowski Ewa Kossewska Bibliotekarka w mazurskich Mikołajkach, w zawodzie od 36 lat: - Z jednej strony ludzie mają nas za zakompleksione myszy w grubych okularach. A z drugiej - gdy trwoga, to do bibliotekarki
Biust raczej domyślny, schowany w fałdach swetra. Okulary z plastiku, lecz udają rogowe. Szkła grube, z odciskami palców. Mysi ogonek lub kok związany recepturką. Usta wąskie, zacięte
<b>Ewa Zawrotna</b>
Bibliotekarka w liczącym 936 mieszkańców Lipowcu, 
którego jest też sołtyską
Fot. Bartosz Bobkowski
Ewa Zawrotna Bibliotekarka w liczącym 936 mieszkańców Lipowcu, którego jest też sołtyską
<b>Renata Gawlińska</b>
Bibliotekarka od 21 lat. W Woźnicach, gdzie pracuje, zorganizowała m.in. akcję 'Książka 
pod każdą choinką'
Fot. Bartosz Bobkowski
Renata Gawlińska Bibliotekarka od 21 lat. W Woźnicach, gdzie pracuje, zorganizowała m.in. akcję 'Książka pod każdą choinką'
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Ten stereotyp, mój Boże, najgorszy. Nieprawdziwy, uwiera i po prostu boli. Ale trzyma się jak pijany płota, ani myśli popuścić, może tak być po wiek wieków. Już chyba łatwiej być pielęgniarką z wyobrażeń. Albo fryzjerką lub manikiurzystką. Fartuszek opięty, dekolt spory, coś się w tym dekolcie milutko układa, aż korci. Sukienusia króciutka, wąska, wysoko przed kolanko. Mogą też być opięte spodnie, koniecznie biodrówki. A one? Nie chce się gadać.

Weźmy - powiada Ewa Kossewska z biblioteki w mazurskich Mikołajkach (w zawodzie 36 lat) - tekst z 'Poradnika Bibliotekarza'; dobrze, że to pismo branżowe, więc brednie czytano we własnym gronie. Autorami bredni okazali się studenci odpowiadający na ankietę, kim jest dla nich bibliotekarka.

A więc: bibliotekarka to 'takie coś' w wyciągniętej kraciastej spódnicy do pół łydki, niemodnej, starej, znoszonej i przesadnie skromnej. Biust - raczej domyślny, schowany w fałdach swetra; sweter może być bliźniak, za to koniecznie szarobury. Okulary z plastiku, lecz udają rogowe. Szkła grube, z odciskami palców. Kolor oczu - nieważny. Zamiast bujnych włosów mysi ogonek lub marny kok związany gumką recepturką. Usta wąskie, zacięte. Zero szminki. Cera szara, u młodszej mogą być pryszcze - zachciewajki. Ale co się zachce, to 'takie coś' zaraz utopi w kompleksach.

No i chodzi 'takie coś' od biurka do regału, od regału do biurka. Nigdzie indziej nie chodzi, bo po co. Czasem z nudów popatrzy przez okno. Przy wytartym biurku szafeczka, w szufladzie słoik z herbatką, łyżeczka, szara torebka z cukrem, jakiś ołówek. Na blacie szklanka z fusami, jakieś kartoniki, książka. Dlatego 'takie coś' ma za złe. Sobie samej i całemu światu. Wypożycza książki; jaka to sztuka?

- Zdarza mi się - wyznaje Kossewska - być w nieznajomym towarzystwie. Powiem: 'Jestem bibliotekarką', i zaraz słyszę: 'Wie pani, nie czytam, bo praca, raty, kredyt, żona, z dziećmi trzeba pobyć, no, czasu nie mam po prostu, a tak bym chciał'. I jest w takim zdaniu jakiś wstyd, bo podobno czytać wypada. Ale wnet patrzą się. I to jak się patrzą. Wtedy myślę o tej wyciągniętej spódnicy i o mysim ogonku. Nie mam ogonka ani schodzonej kiecki. Lecz czuję, że tak mnie widzą.

Słowem - bibliotekarka to 'takie coś' (bo nie ktoś), co nie ma płci, ciucha, modnych szkieł (jeśli nosi okulary), błyszczyka do ust i kredki do oczu. Nie ma urody ani biustu. Zainteresowań, pasji, żadnych sekretów. Nie ma życia po prostu.

Zaś w najlepszym wypadku to jakaś zwariowana Siłaczka, taka od orki na ugorze i na dodatek prawie za darmo. Jak ze starych szkolnych lektur, tych nieczytanych, obłożonych w szary papier. Dobrze, że jest; ktoś to musi robić. Ale żeby zauważyć to istnienie? Co to, to nie.

Jest z tej Siłaczki coś na rzeczy. Co nie znaczy, że Siłaczka nie może lubić życia, wyglądać i marzyć.

- Nie... Niemożliwe.

- Możliwe.

- Nie ma, kurczę, takiego miasteczka.

- Jest - opowiada pani Magdalena Łodej, bibliotekarka z Wąchocka. - To nie tylko - tłumaczyłam kolegom ze studiów w Rzeszowie - zmyślona mieścina z dowcipów. Mamy klasztor Cystersów z XII wieku, zabytek klasy 0. U nas kwaterował gen. Langiewicz podczas powstania styczniowego, za co car zabrał nam prawa miejskie. Tu walczył legendarny partyzant major Ponury. Ale dowcipy o Wąchocku i tak przy mnie opowiadano. Bibliotekarką została z ambicji i przypadku. Wcześniej próbowała sił w sklepie z elektroniką, a nawet z akcesoriami hydraulicznymi (- Jaka baba, proszę pana, wie, co to ocynk czarny, nypel albo mufka, ale nie ta do grzania rąk?). W Wąchocku była księgową w ośrodku zdrowia. Do chwili, gdy miasto ogłosiło konkurs na szefa biblioteki.

- Miałam 25 lat, zgłosiłam się, wygrałam - opowiada. - Dostałam kredyt zaufania, więc musiałam go spłacić.

Biblioteka w Wąchocku ma ponad 60 lat. I nie jest tak - zapewnia pani Magdalena - że do jej przyjścia nic się nie działo. Ale z pewnością działo się mniej. Oraz - inaczej. Pierwsze zakupy - komputer (dziś jest ich pięć), faks, kserokopiarka. Podłączenie do internetu; komputery są oblegane. Nowe książki; w ubiegłym roku kupiono prawie osiemset. Dyskusyjny Klub Książki; co miesiąc kilka osób omawia jedną pozycję, przyjeżdżają też autorzy. Nowe pomysły, bo biblioteka to nie tylko zapchane regały. - Kulturę - mówi Łodej - trzeba wszczepiać od maluszka. W 2002 r. na imprezy przychodziło kilkoro dzieci. Dzisiaj - 60 i więcej. Najfajniej jest latem; mamy przy bibliotece plac zabaw i małą scenkę. Robimy mikołajki i walentynki, Tydzień Bibliotek, pasowanie sześciolatków na czytelnika. Dzieje się u nas.

- A gdzie indziej?

- W domu kultury. Tyle mamy w Wąchocku.

W Wąchocku nie ma wypożyczalni wideo, więc biblioteka organizuje minikino. I jeszcze głośne czytanie, zajęcia plastyczne, konkursy czytelnicze; zwycięzca przeczytał 30 pozycji przez dwa miesiące wakacji. I tak dalej. Tak to biblioteka zmieniła się w miejsce integrujące mieszkańców Wąchocka. Wszystko to Magdalena Łodej notuje w kronice biblioteki - równe, duże litery, nad nimi kolorowe zdjęcia. Kto odwiedził bibliotekę, kto zaszczycił biblioteczną imprezę. Ma ponad tysiąc zarejestrowanych czytelników, nie licząc tych, którzy wpadają dla internetu albo przejrzeć gazety. Wąchock liczy niespełna 3 tys. mieszkańców. Słowem - pani Magdalena 'wszczepia kulturę' połowie wąchocczan. Od 10 rano, gdy wychodzi do pracy, do 19, gdy znów jest w domu. Sama czyta to, co omawia na spotkaniach klubu. No i bajki; córeczka bardzo to lubi. Mąż - policjant - czyta głównie przepisy, ale może to się odmieni.

Kiedyś może chciała wyjechać z mieściny z dowcipów. Teraz nie ma mowy. Szkoda by było. A że na biblioteczno-policyjnych pensjach nie można się dorobić, Magdalena Łodej śpiewa w zespole, od wesel po studniówki. Światowe hity, dawne przeboje i disco polo, co komu pasuje. Wyjątek to piosenka o majteczkach w kropeczki (- Jakaś ona taka, wie pan, niedorzeczna i mało smaczna, więc nie śpiewam.). Ale '...dziewczyno, ooo, spójrz na misia' leci na każdej imprezie. Też niezbyt mądry to kawałek, lecz co robić, skoro ludzie chcą 'Misia' i kwita.

U wjazdu do wsi kręcą się wojskowe radary. Miało ich nie być, ale są, nawet nowocześniejsze niż kiedyś. Cywilna inspekcja mówi, że szkodzą promieniowaniem. Wojskowa - że ani-ani. Ale parę osób z Lipowca ma tam pracę, co - generalnie rzecz biorąc - jest zjawiskiem pozytywnym, bo na wsi dzisiaj trudno i raczej pod górkę. Sam Lipowiec - 936 mieszkańców, przed reformą administracyjną była tu rada gromadzka. Na swoim; nigdy nie było tu pegeerów. Pogranicze Kurpi i Mazur, więc dużo napływowych. Ale u siebie; tu się rodzili i pewnie tu umrą.

Po raz pierwszy pani Ewa Zawrotna została bibliotekarką tuż po liceum; na ćwierć etatu wypożyczała książki w jednostce wojskowej. Z miłości do książek, choć nie miało to wówczas wielkiego sensu, bo żołnierze nie garnęli się do czytania. Potem małżeństwo, dziecko, studia ekonomiczne w Olsztynie (dojdzie do tego podyplomowe bibliotekoznawstwo). Bibliotekarka z Lipowca idzie na emeryturę, a dla pani Ewy to jakby podarek od losu. Wchodzi do starej chałupy, gdzie kiedyś mieszkał kościelny ewangelickiego zboru. Ani porządnego ogrzewania, ani bieżącej wody, ani kibelka. Stare książki na starych regałach, garsteczka czytelników, głównie uczniów, bo to zarazem biblioteka szkolna. Pomyślała, że tak dalej się nie da. Zaczęła się - mówi - walka o czytelnika.

Podziel się