Rozmowa z aktorką Aliną Świdowską, córką Adiny Blady-Szwajger, lekarki z getta. W spektaklu 'I więcej nic nie pamiętam' na podstawie pamiętnika matki Alina Świdowska wciela się w jej postać
ZOBACZ TAKŻE
- My z NRD - z Marianne Birthler szefem archiwum dawnej NRD-owskiej bezpieki rozmawia Anna Rubinowicz (29-12-00, 11:56)
- Latam lepiej, niż myję naczynia (02-03-10, 01:00)
- Historia Gai i Jacka Kuroniów (28-12-00, 14:52)
- Dziewczynki, do których ślinią się potwory (30-03-10, 01:00)
- Eva Klonowski (16-12-00, 16:30)
- Wojna, moja miłość (23-02-10, 01:00)
- Krupska kontra państwo totalitarne (29-03-10, 01:00)
- Za rzeczką jest już inny kraj (10-03-10, 01:00)
W spektaklu 'I więcej nic nie pamiętam' gra pani swoją matkę Adinę Blady-Szwajger, lekarkę z getta, współpracownicę Marka Edelmana, autorkę pamiętnika pod tym samym tytułem. Jak pani sobie radzi?
Staram się nabrać dystansu, ale to niełatwe. Zdarzało się, że chciałam wyjść z prób, bo nie mogłam opanować wzruszenia. Mam poczucie, że moim obowiązkiem jest przekazać jej przesłanie. Czekałam na odpowiedni moment. Przecież mam ten tekst, rozumiem go lepiej niż ktokolwiek inny. Przekazując go, chcę również opowiedzieć o niej. Być może tylko człowiek, który przeżył piekło, ma większą szansę stać się prawdziwym, wielkim i pięknym.
W spektaklu opowiada pani o mamie raczej jako o człowieku trudnym, którego pani nie rozumiała.
Tak. Ale ją podziwiałam. Myślę, że na to zasłużyła, niezależnie od tego, że nie do końca byłam szczęśliwym dzieckiem. Byłam dzieckiem, od którego się za dużo wymagało, któremu pozornie dawało się dużo swobody - czułam zawsze, że wolny czas, z którego nikt mnie nie rozlicza, powinnam spożytkować na to, by stać się dobrym człowiekiem, który nie popełnia błędów.
Inaczej patrzyła pani na mamę przed lekturą pamiętnika i po niej?
Przed lekturą miałam do niej same pretensje. Strasznie mnie denerwowała. Chociaż pamiętam chwile, w których fantastycznie nam się rozmawiało. O wielu sprawach, ale najczęściej ani o moich osobistych, ani o jej osobistych. Mama lubiła rozmawiać o sytuacji w polityce, ale na ile ja, dziecko, mogłam to zrozumieć? Opowiadała mi o ludziach, z którymi współpracuje, o działaczach, o dzieciach, które aktualnie leczyła. Rozmawiałyśmy o moich konfliktach ze starszą siostrą, o zwierzętach naszych i nie tylko naszych, ale nigdy o jej przeszłości ani o moich problemach. Denerwowało mnie, że nie było jej przy mnie, kiedy jej potrzebowałam. Bo albo wyjechała, albo miała dyżur, albo będzie wieczorem, albo wróci za tydzień. Przed lekturą pamiętnika była mamą, po lekturze lekarzem z getta. Był to też czas, kiedy była bardzo chora, ale nie chciała się do tego przyznać, trzeba było ją wiecznie ratować. Ciągle się o nią bałam. Wyszła na spacer na godzinę, nie wracała przez dwie godziny, a ja dostawałam szału. Spacerowała, bo była piękna pogoda, a ja już widziałam ją leżącą w parku z zawałem.
Powiedziała pani, że mama zawsze szła w przeciwnym kierunku. Nawet kiedy się umawiałyście, aby gdzieś pójść, że właśnie wtedy mama zmieniała zdanie.
Dla mnie to było bardzo irytujące. Potrafiłam jej to wykrzyczeć. Często zarzucałam jej, że nie pamiętam jej z dzieciństwa. Coś tam pamiętam, ale nie tak jak dzieci pamiętają swoje mamy. Jej nie było. Musiałam wychowywać się sama, zajmowały się mną gosposie, których nie lubiłam. Rozumiem, że pracowała, ale czy musiała pracować tak dużo? Nie tylko w szpitalu. Nawet nie wiem, gdzie pracowała, bo kiedy kończyła pracę w szpitalu, wsiadała w autobus albo w samochód i jechała do Łodzi, tam pracowała w dwóch przychodniach, tam się spotykała z Markiem i Alą [Edelmanami], z przyjaciółmi i wracała w nocy. Często nawet nie widziałam, kiedy wracała.
Edelman bywał w waszym domu?
Edelmanowie mieli dzieci mniej więcej w moim wieku. Olek jest troszkę starszy, Ania młodsza, bawiłam się z nimi, podczas gdy dorośli rozmawiali. W niedziele jeździliśmy do Edelmanów do Łodzi. My, dzieci, schodziliśmy rodzicom z oczu. Właściwie byliśmy rodziną, bo tych spotkań było bardzo wiele.
Kiedy dowiedziała się pani, kim był Edelman?
Z jakiejś gazety. Nigdy z mamą na ten temat nie rozmawiałam. Najpierw dowiedziałam się, że było powstanie w getcie, a potem, że Marek był bohaterem tego powstania. Ale nie pamiętam tego momentu. To mnie nie zszokowało. Zawsze czułam, że oni są wspaniałymi działaczami. Ala, żona Marka - mówię tak o nich, bo my, dzieci, byliśmy z nimi po imieniu - zabierała mnie na obozy dzieci cukrzycowych, które organizowała. Zawsze czułam, że Marek jest kimś nadzwyczajnym, więc kiedy dowiedziałam się, że był bohaterem, wydało mi się to oczywiste. Marek i Ala zawsze komuś pomagali. Ciągle mówili, że coś ważnego jest do załatwienia.
Edelman był trudny?
Pamiętam swoje pierwsze wrażenie - że jest piękny. Patrzyłam, jaki to piękny mężczyzna, a wobec tego niedostępny. Chyba z nim nie rozmawiałam, nie było powodu. Trochę się go bałam, bo krzyczał, żebyśmy mu zeszli z drogi, że dzieci i ryby głosu nie mają i że mu przeszkadzamy. Byliśmy tacy mali, tacy normalni, po prostu dzieci.
Myśli pani, że getto i powstanie w getcie, piekło, przez które przeszli, znieczuliło ich?
Przeciwnie. Całe życie działali.
Myślę raczej o sprawach domowych, emocjach w rodzinie.
Nie umiem odpowiedzieć. Może to jakieś pokoleniowe sprawy. Może moja babcia też była taka, cały czas w pracy, i nie umiała dać mamie czułości, więc i ona nie umiała tego przekazać? A może dorośli zajęci ważnymi sprawami uznali, że my, dzieci żyjące w normalnym świecie, nie potrzebujemy ich uwagi? W związku z tym całą swoją uwagę kierowali tam, gdzie mogli komuś pomóc.
Jakie są pani najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa?
Wchodzę pod stół z psem. Musiałam być bardzo mała, bo trzymałam się psa, czyli nie umiałam chodzić. Zwierzęta były moimi towarzyszami. Pamiętam, że mieszkałam w psiej budzie. Wychodziłam z obiadem na ganek, stawiałam swój talerz obok psiej miski i pozwalałam mu jeść z talerza. Sama jadłam to, co on miał, jakieś rozdrobnione mięso z kartoflami czy kaszą. To mi o wiele bardziej smakowało. Nikt tego chyba nie zauważał, nie mam pojęcia. Suczka mnie pilnowała, a ja spałam ze szczeniakami, bawiłam się z nimi. One się do mnie przytulały, a suczka przed budą pilnowała, żeby nikt do nas nie wtargnął. Nikomu nie pozwalała wejść, dopóki sama nie zdecydowałam się wyjść z budy.
Staram się nabrać dystansu, ale to niełatwe. Zdarzało się, że chciałam wyjść z prób, bo nie mogłam opanować wzruszenia. Mam poczucie, że moim obowiązkiem jest przekazać jej przesłanie. Czekałam na odpowiedni moment. Przecież mam ten tekst, rozumiem go lepiej niż ktokolwiek inny. Przekazując go, chcę również opowiedzieć o niej. Być może tylko człowiek, który przeżył piekło, ma większą szansę stać się prawdziwym, wielkim i pięknym.
W spektaklu opowiada pani o mamie raczej jako o człowieku trudnym, którego pani nie rozumiała.
Tak. Ale ją podziwiałam. Myślę, że na to zasłużyła, niezależnie od tego, że nie do końca byłam szczęśliwym dzieckiem. Byłam dzieckiem, od którego się za dużo wymagało, któremu pozornie dawało się dużo swobody - czułam zawsze, że wolny czas, z którego nikt mnie nie rozlicza, powinnam spożytkować na to, by stać się dobrym człowiekiem, który nie popełnia błędów.
Inaczej patrzyła pani na mamę przed lekturą pamiętnika i po niej?
Przed lekturą miałam do niej same pretensje. Strasznie mnie denerwowała. Chociaż pamiętam chwile, w których fantastycznie nam się rozmawiało. O wielu sprawach, ale najczęściej ani o moich osobistych, ani o jej osobistych. Mama lubiła rozmawiać o sytuacji w polityce, ale na ile ja, dziecko, mogłam to zrozumieć? Opowiadała mi o ludziach, z którymi współpracuje, o działaczach, o dzieciach, które aktualnie leczyła. Rozmawiałyśmy o moich konfliktach ze starszą siostrą, o zwierzętach naszych i nie tylko naszych, ale nigdy o jej przeszłości ani o moich problemach. Denerwowało mnie, że nie było jej przy mnie, kiedy jej potrzebowałam. Bo albo wyjechała, albo miała dyżur, albo będzie wieczorem, albo wróci za tydzień. Przed lekturą pamiętnika była mamą, po lekturze lekarzem z getta. Był to też czas, kiedy była bardzo chora, ale nie chciała się do tego przyznać, trzeba było ją wiecznie ratować. Ciągle się o nią bałam. Wyszła na spacer na godzinę, nie wracała przez dwie godziny, a ja dostawałam szału. Spacerowała, bo była piękna pogoda, a ja już widziałam ją leżącą w parku z zawałem.
Powiedziała pani, że mama zawsze szła w przeciwnym kierunku. Nawet kiedy się umawiałyście, aby gdzieś pójść, że właśnie wtedy mama zmieniała zdanie.
Dla mnie to było bardzo irytujące. Potrafiłam jej to wykrzyczeć. Często zarzucałam jej, że nie pamiętam jej z dzieciństwa. Coś tam pamiętam, ale nie tak jak dzieci pamiętają swoje mamy. Jej nie było. Musiałam wychowywać się sama, zajmowały się mną gosposie, których nie lubiłam. Rozumiem, że pracowała, ale czy musiała pracować tak dużo? Nie tylko w szpitalu. Nawet nie wiem, gdzie pracowała, bo kiedy kończyła pracę w szpitalu, wsiadała w autobus albo w samochód i jechała do Łodzi, tam pracowała w dwóch przychodniach, tam się spotykała z Markiem i Alą [Edelmanami], z przyjaciółmi i wracała w nocy. Często nawet nie widziałam, kiedy wracała.
Edelman bywał w waszym domu?
Edelmanowie mieli dzieci mniej więcej w moim wieku. Olek jest troszkę starszy, Ania młodsza, bawiłam się z nimi, podczas gdy dorośli rozmawiali. W niedziele jeździliśmy do Edelmanów do Łodzi. My, dzieci, schodziliśmy rodzicom z oczu. Właściwie byliśmy rodziną, bo tych spotkań było bardzo wiele.
Kiedy dowiedziała się pani, kim był Edelman?
Z jakiejś gazety. Nigdy z mamą na ten temat nie rozmawiałam. Najpierw dowiedziałam się, że było powstanie w getcie, a potem, że Marek był bohaterem tego powstania. Ale nie pamiętam tego momentu. To mnie nie zszokowało. Zawsze czułam, że oni są wspaniałymi działaczami. Ala, żona Marka - mówię tak o nich, bo my, dzieci, byliśmy z nimi po imieniu - zabierała mnie na obozy dzieci cukrzycowych, które organizowała. Zawsze czułam, że Marek jest kimś nadzwyczajnym, więc kiedy dowiedziałam się, że był bohaterem, wydało mi się to oczywiste. Marek i Ala zawsze komuś pomagali. Ciągle mówili, że coś ważnego jest do załatwienia.
Edelman był trudny?
Pamiętam swoje pierwsze wrażenie - że jest piękny. Patrzyłam, jaki to piękny mężczyzna, a wobec tego niedostępny. Chyba z nim nie rozmawiałam, nie było powodu. Trochę się go bałam, bo krzyczał, żebyśmy mu zeszli z drogi, że dzieci i ryby głosu nie mają i że mu przeszkadzamy. Byliśmy tacy mali, tacy normalni, po prostu dzieci.
Myśli pani, że getto i powstanie w getcie, piekło, przez które przeszli, znieczuliło ich?
Przeciwnie. Całe życie działali.
Myślę raczej o sprawach domowych, emocjach w rodzinie.
Nie umiem odpowiedzieć. Może to jakieś pokoleniowe sprawy. Może moja babcia też była taka, cały czas w pracy, i nie umiała dać mamie czułości, więc i ona nie umiała tego przekazać? A może dorośli zajęci ważnymi sprawami uznali, że my, dzieci żyjące w normalnym świecie, nie potrzebujemy ich uwagi? W związku z tym całą swoją uwagę kierowali tam, gdzie mogli komuś pomóc.
Jakie są pani najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa?
Wchodzę pod stół z psem. Musiałam być bardzo mała, bo trzymałam się psa, czyli nie umiałam chodzić. Zwierzęta były moimi towarzyszami. Pamiętam, że mieszkałam w psiej budzie. Wychodziłam z obiadem na ganek, stawiałam swój talerz obok psiej miski i pozwalałam mu jeść z talerza. Sama jadłam to, co on miał, jakieś rozdrobnione mięso z kartoflami czy kaszą. To mi o wiele bardziej smakowało. Nikt tego chyba nie zauważał, nie mam pojęcia. Suczka mnie pilnowała, a ja spałam ze szczeniakami, bawiłam się z nimi. One się do mnie przytulały, a suczka przed budą pilnowała, żeby nikt do nas nie wtargnął. Nikomu nie pozwalała wejść, dopóki sama nie zdecydowałam się wyjść z budy.
Źródło: Wysokie Obcasy
-
Zwyczajna córka
mabiwy
10.02.10, 14:05
o heroizmie matki padnie niejedno zdanie. Jest oczywisty. Córka - biedne, smutne, samtone dzieciństwo, w dorosłości ciężar niewiedzy, niedopowiedzeń i mierzenia się ze wspomnieniem »
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień





więcej zdjęć




