http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Głaszczę go sobie, gołąbeczka, po wąsach

Witold Szabłowski
02.02.2010 , aktualizacja: 28.01.2010 18:20
A A A Drukuj
"Powiedziałam sobie: Tania, po cholerę ty się będziesz z pijakami użerać? Skoro możesz żyć ze Stalinem?"- o pracownicach Muzeum Stalinaw Gori pisze Witold Szabłowski
Nino Khutiszwili, kustoszka. 'Nasze zbiory nie pokazują Stalina jak postaci historycznej, ale jak zwykłego człowieka. Mamy jego listy do bliskich, zdjęcia wszystkich jego dzieci i wnuków. Wnuk Stalina Jewgienij Dżugaszwili, który na?co dzień mieszka w Tbilisi, często do nas przyjeżdża, by, jak?mówi, naładować akumulatory'
Fot. Albert Zawada
Nino Khutiszwili, kustoszka. 'Nasze zbiory nie pokazują Stalina jak postaci historycznej, ale jak zwykłego człowieka. Mamy jego listy do bliskich, zdjęcia wszystkich jego dzieci i wnuków. Wnuk Stalina Jewgienij Dżugaszwili, który na?co dzień mieszka w Tbilisi, często do nas przyjeżdża, by, jak?mówi, naładować akumulatory'
Przychodzi do mnie nocami. Popatrzy, popyka fajkę, zakręci wąsa. Uśmiechnie się - i zaraz do drzwi. Wtedy płaczę i krzyczę, żeby został. Ale jaki chłop by się przejmował, że kobieta płacze? Gruzin to tak: napić się wódki, wejść, szybko skończyć i zasnąć. Ja pijących nienawidzę. Ale innych tu, w Gori, nie ma. Inni są tylko w amerykańskich filmach. Stalin to co innego. Pełna kultura. On wiedział, jak o kobietę zadbać, jak powiedzieć komplement, jak dobrze pachnieć. Żył skromnie, ale ubrania nosił eleganckie. I nie pił za dużo. A jeśli już, to tylko dobre, zagraniczne alkohole. Że zwyciężył faszyzm i Hitlera - nawet nie wspominam. Więc ja sobie wiele lat temu powiedziałam: Tania, po cholerę ty się będziesz z pijakami użerać? Po cholerę, skoro możesz żyć ze Stalinem?

Anna Sreseli: On jest jak rodzina

Stoimy przed domem, w którym przyszedł na świat Józef Wissarionowicz Stalin. Jego rodzice żyli ubogo. Matka prała bieliznę miejscowym popom. Ojciec był szewcem. Jak pan widzi, jego dom obudowano konstrukcją w stylu antycznym, a sąsiednie wyburzono. Tak, całą dzielnicę. Nie, nie widzę w tym nic dziwnego. Gdyby tu kury srały, a dzieci grały w piłkę, to byłby pan bardziej zadowolony? W jednym z tych wyburzonych domów mieszkała moja babcia. Dostała mieszkanie w bloku. Do końca życia powtarzała: 'Wnusiu, jakie to szczęście, że się urodziłam koło domu Stalina. I że wciąż mogę go oglądać z okien'.

Babcia pamiętała jeszcze matkę Stalina. On tu mieszkał kilkanaście lat. Ona - prawie do końca życia. Dla nas to wielki powód do dumy. Największy. Bo w naszym miasteczku nic innego się nie dzieje. Gdyby nie muzeum, miasto dawno by zdechło.

Półtora roku temu mieliśmy wojnę. Niedaleko jest granica z Osetią. Sto rosyjskich czołgów wjechało do Gori. Uciekaliśmy do Tbilisi, a ja się nie bałam, że mi zburzą blok i mieszkanie, ale że zburzą muzeum. Ale oni nic nie ruszyli. Wciąż się boją Stalina. Nie tknęli nawet skrawka trawy, tylko sobie zdjęcia robili pod jego pomnikiem. W taki sposób Stalin zza grobu nas ocalił.

Jak byłam w szkole, to jedne dziewczynki marzyły o pracy w sklepie, inne wolały latać w kosmos, a ja chciałam opowiadać ludziom o naszym wielkim rodaku. Całym swoim życiem kierowałam tak, żeby to się ziściło. Zaczęłam studiować historię. A po studiach pobiegłam do muzeum zapytać o pracę. Ale wtedy już upadł Związek Radziecki. Muzeum było zamknięte i ledwo przetrwało. Dopiero niedawno znowu zaczęli zatrudniać. Byłam pierwszą osobą przyjętą w nowym naborze. Przez ten czas zaczęłam już uczyć historii w gimnazjum - w muzeum mam więc pół etatu. Na studiach uczyli mnie jeszcze, że Stalin był wybitnym mężem stanu. Ale zmienił się system, zmienił się też program i teraz mam uczyć, że był tyranem i zbrodniarzem. Ja tak nie uważam. Przesiedlenia? Były konieczne, żeby ludzie żyli w pokoju. Zabójstwa? Nie on za nie odpowiada, ale Beria. Głód na Ukrainie? To była klęska naturalna. Katyń? Wiedziałam, że pan zapyta. Wszyscy Polacy pytają. Proszę pana, Katyń to była wojna. Na wojnie takie działania są czymś normalnym. I zanim pan zacznie krzyczeć, proszę dać mi dokończyć. Już pan ochłonął? Więc Gori to miejsce niepowtarzalne na całej planecie. Więc teraz panu powiem, co myślę osobiście.

Uważam Stalina za wielkiego człowieka, ale ani uczniom, ani turystom powiedzieć tego nie mogę. Mówię więc tak: 'Jedni uważają go za dyktatora, inni za tyrana, jeszcze inni za geniusza. Jak jest naprawdę - odpowiedzcie sobie sami'.

Tatiana Mardżaniszwili: Boże, weź mnie do Stalinka

Jak patrzę, co oni zrobili z naszym Stalinkiem ukochanym, to serce mi staje! Jak tak można? Jak można z takiego dobrego człowieka robić potwora, ludożercę, jakieś monstrum? Kiedyś do naszego muzeum przyjeżdżał autobus za autobusem. Ludzie stali w kolejce po kilkaset metrów. Patrzyłam na twarze tych ludzi i widziałam, że bije z nich dobro. A dziś? Jeden by drugiego zagryzł. Ot, kapitalizm. Teraz już tam nie chodzę. Raz, bo żal. Młodości, pracy, przyjaciół. A dwa, bo nogi mam słabe. Nawet po schodach sama nie zejdę. W marcu skończę 82 lata, a trudno, żeby człowiek całe życie był zdrowy. Rano wstanę, pokroję chlebuś, herbatki zaparzę, siedzę i mówię tak: 'Dlaczego ty, Jezusie Chrystusie, dałeś mi dożyć takich czasów? Dlaczego na naszym gołąbeczku Stalinie psy wieszają?'. Ale później sobie myślę: 'Przypomnij sobie, Tania, ile się Stalin wycierpiał za ludzi. Za ciebie on też nie dojadał, nie dosypiał. Z faszyzmem walczył, żebyś ty mogła szkołę skończyć'. I wtedy biorę sobie medal z twarzą Stalina, który dostałam na odejście z pracy. Głaszczę go sobie, gołąbeczka, po wąsach i jakoś mi lżej.

W muzeum pracowałam od 1975 roku. Jako bludatiej - osoba odpowiadająca za porządek i bezpieczeństwo ekspozycji. Jeżeli ktoś próbował dotykać eksponatów - musieliśmy chodzić i krzyczeć. Nie było łatwo. Stare kobiety przyjeżdżały z wiosek i się na naszego Stalinka rzucały. Każde zdjęcie z ekspozycji musiały pocałować jak ikony w cerkwi. A tych zdjęć jest ponad tysiąc! Jak cały autokar bab się zjechał i wszystkie chciały całować, to co ja miałam robić? Jak dyrektor widział - chodziłam i krzyczałam. Ale jak nie widział, to mówiłam: 'Całujcie sobie, baby, daj wam, Boże, zdrowie! Tylko nie dotykajcie maski! Pod żadnym pozorem'. Maska jest w całym muzeum najświętsza, bo to maska pośmiertna. Wcześniej pracowałam w Muzeum Narodowym w Tbilisi, ale mój drugi mąż był z Gori i udało mi się załatwić przeniesienie. Nie było łatwo. Muzeum Stalina to nie było miejsce, gdzie można było wejść z ulicy i zapytać: 'Nie ma u was pracy?'. Liczyła się opinia środowiska. Ja byłam rozwódką. Pierwszy mąż pił i bił - nie ma sensu o nim opowiadać. Wtedy bałam się, że rozwód to będzie problem. Na szczęście miałam bardzo dobrą opinię z muzeum z Tbilisi.

Najelegantsi ludzie z całego świata przyjeżdżali podziwiać dom Stalina. Z całej Rosji, z Azji, z Ameryki. Dziennikarze, ambasadorzy, artyści. A ja stałam między eksponatami z karteczką z imieniem dumna jak nie wiem co. Ta praca była dla mnie wszystkim. Muzeum było dla mnie jak dom. Mąż tego nie rozumiał. Nie miałam z nim o czym rozmawiać. Ja, choć tylko pilnowałam ekspozycji, czytałam książki, poznawałam nowych ludzi. A on też pił. Bić próbował, ale już się nie dawałam. Później zachorował, poszedł na rentę. Całymi dniami siedział w mieszkaniu albo u matki. Żeby mi zrobić na złość, mówił złe rzeczy o Stalinie. Jak upadł ZSRR, pokazał mi język. Taką miał satysfakcję. A potem umarł. Szkoda, że nie dożył dzisiejszych czasów. Teraz ja bym mu język pokazała. Po co nam ten cały kapitalizm, te amerykańskie sery, soki, czekolady? Nawet mleka już nie kupisz normalnego, tylko musi być w kartonie, bo tak jest w Ameryce. Myślę sobie: 'Jezusie Chrystusie, zabierz mnie już do mojego Stalinka. Zabierz mnie z tego świata, bo dłużej tu nie wytrzymam'.

Nana Magawariani: Jak go widzę, przechodzi mnie prąd

Moje stanowisko pracy nazywało się kiedyś 'kierownik do spraw personalnych'. Dziś się nazywa 'manager'. Muzeum ma łącznie 63 pracowników, za których nabór i pracę odpowiadam. Dziesięciu przewodników, jedenaście pań pilnujących ekspozycji, dwie kasjerki. Mamy też od zeszłego roku pionierkę - dziewczynę w mundurku i czerwonej chuście, która sprzedaje pocztówki i pozuje do zdjęć. To mój pomysł, za który dostałam osobistą pochwałę od dyrektora. Turysta, proszę pana, musi mieć się z czym sfotografować. Inaczej nie chwali naszego muzeum i przez to mamy zły PR. Wiem, bo mieliśmy specjalne szkolenia o ruchu turystycznym w kapitalizmie.

Kiedyś ludzie przyjeżdżali głównie ze Związku Radzieckiego. Rosyjski nam wystarczał, ale mieliśmy dwie panie, które znały angielski i francuski. Dziś Rosjanin to wielkie święto. Pół załogi chodzi oglądać, jak się trafi. I oprowadzamy ich najlepiej. Niech widzą, że polityka polityką, a Gruzini są im przyjaźni. Dziś większość turystów to Ameryka i Polska. I jest problem, bo nie wszystkie panie znają angielski, żeby takiego turystę obsłużyć - bo u nas każdy turysta dostaje osobistego przewodnika. Co robić? Pań tuż przed emeryturą przecież ani nie zwolnię, ani nie nauczę angielskiego. One też widzą, że w nowych czasach nie są potrzebne i że są dla muzeum pewnym obciążeniem. Ale między sobą o tym nie mówimy. Ja wiem, co to znaczy stracić pracę w sile wieku. Kiedyś pracowałam w kombinacie odzieżowym. Też w dziale personalnym. Jak upadł Związek Radziecki, kombinat też upadł. I wszystko rozkradli. Nawet szyby z okien. Za Stalina coś takiego nie byłoby możliwe. Winni byliby ukarani. Więc jak dziś słyszę, co się o nim opowiada, mówię: 'Ludzie, popukajcie się w głowy. Przypomnijcie sobie Związek Radziecki. Każdy miał pracę. Dzieci miały za darmo szkołę. Od Tbilisi do Władywostoku'. Ja na przykład, gdyby nie komunizm, dalej mieszkałabym na wsi. O stanowisku kierowniczym nawet bym nie myślała, bo wcześniej wszystko było tylko dla mężczyzn. Żaden ustrój nie dał tyle kobietom.

Po jego upadku wszystko jest gorzej. Kiedyś lekarze biednemu nie mogli odmówić pomocy. Dziś służba zdrowia jest prywatna i nawet jak się nogę złamie, trzeba płacić. Tak samo studia. Kiedyś emeryt miał i telefon za darmo i prąd tańszy. A dziś? 20 dolarów emerytury, a ceny jak na Zachodzie. I kobietom coraz gorzej. Bo w ZSRR mężczyznom się dobrze powodziło. Nie było wojen. A jak który uderzył, można było iść do komitetu partii i się poskarżyć. Partia przekazywała zakładowej komórce partyjnej i taki bijący mógł mieć duże kłopoty. Dziś mężczyźni nie mają pracy i się frustrują. A jak który uderzy, to nawet nie ma kto obronić. Ale w naszym muzeum większość pracowników to kobiety. Nawet w obsłudze technicznej, z czym nie spotkałam się w innych placówkach tego typu. U nas najwięcej miejsca poświęca się Stalinowi jako synowi, mężowi i ojcu. Mniej jako żołnierzowi czy strategowi. Do tego kobiety nadają się dużo bardziej. Myślę też, że działa magia tego człowieka. Kobiety zawsze za nim szalały. Żony dyplomatów pisały w dziennikach, że był bardzo pociągający. Coś z tego zostało do dziś. Jak sobie czasem stanę przy tej jego pośmiertnej masce, jak sobie na nią popatrzę, taki mnie prąd przechodzi, że muszę na chwilę wyjść na powietrze.

Larysa Gazaszwili: Kocham jego wiersze

Moi rodzice to Romeo i Julia w czasach stalinizmu. Dziadek ze strony ojca był gruzińskim księciem. Jeździł na białym koniu, miał wielki majątek, a w domu - zamykaną na kłódkę skrzynię ze złotem. Jak przyszedł komunizm, to go nazwali kułakiem, ziemię i złoto zabrali, a zostawili tylko skrzynię. Mam ją do dziś. Dziadek ze strony matki był z rodziny chłopskiej. Dzięki Stalinowi poszedł do szkoły. Dzięki Stalinowi został pracownikiem kołchozu, a później - też dzięki Stalinowi - jego dyrektorem. Im gorzej się wiodło pierwszemu dziadkowi, tym lepiej miał się drugi. Kiedy moi rodzice się w sobie zakochali, żaden nie chciał słyszeć o małżeństwie. Dziadek dyrektor zamykał mamę w domu na kłódkę. Później wysłał ją na studia do Moskwy. Wyszukiwał jej adoratorów wśród synów swoich znajomych. Dziadek książę szukał dla ojca kogoś z dawnej arystokracji. Później na niego krzyczał. A jeszcze później - klękał. Ale wiadomo, że jak młodzi się uprą, nie ma mocnych. Rodzice wzięli ślub, na którym nie było ani jednych, ani drugich dziadków. Nie odwiedzali się, udawali, że się nie znają. Tak było do końca ich życia. Kiedy więc dostałam pracę w muzeum Stalina, dziadek dyrektor wycałował mnie na wszystkie strony. A dziadek książę obraził się śmiertelnie.

W muzeum odpowiadałam za propagandę. To była bardzo poważna funkcja. Wydawaliśmy gazetę, wiersze Stalina, literaturę. Wiersze pisał piękne. Romantyczne, chwytające za serce. Jakby nie został politykiem, kto wie, może by dostał Nobla?

Gazeta nazywała się 'Biuletyn'. To znaczy kiedyś się nazywała 'Biuletyn Muzeum Józefa Wissarionowicza Stalina'. Ale jak upadł Związek Radziecki, to został tylko 'Biuletyn'. Żeby nikogo nie urazić. Z tym upadkiem ZSRR straszne było u nas zamieszanie. A to zamykali nasze muzeum, a to znów otwierali. Zmieniali ekspozycję. Wracali do starej. W końcu zgodzono się na małe poprawki. Nikt nie miał pieniędzy, żeby zmienić całą ekspozycję. Nikt też nie miał odwagi, żeby całkiem zamknąć muzeum. Zbyt wielu Gruzinów wciąż Stalina kocha. Teraz, niestety, nie ma pieniędzy na wydawanie 'Biuletynu'. A ja jestem przewodnikiem.

Studia skończyłam w Kaliningradzie. Dobrze mi tam było. Pracowałam w szkole, ale mamusia poważnie zachorowała i musiałam wrócić do Gori. Znajomi powiedzieli, że jakaś kobieta z muzeum Stalina poszła na macierzyński. Więc poszłam do komitetu partii zapytać. Powiedzieli: najpierw trzeba zdać egzamin. Egzamin był ciężki. Trzeba było cytować z pamięci historię Partii Komunistycznej, życiorys Stalina, historię ZSRR. Ale ja studiowałam historię. Miałam to wszystko w głowie. Zdałam celująco. Tyle się złego mówi o komunizmie, ale kiedyś dyrektor rozumiał, że ja w niedzielę muszę mieć wolne, bo chodzę do cerkwi. A teraz mnie zapisali na niedzielę. Złośliwie, jestem pewna.

Podziel się