Podsłuchujesz ludzi?
Nieustannie. Ludzie w komunikacji miejskiej zupełnie się nie cenzurują. Można mimochodem wejść w centrum jakiegoś wydarzenia, rozmowy. Nawet przelotny kontakt z osobą, która w określony sposób mówi, siedzi czy się porusza, może stać się opowieścią. Kiedyś obserwowałam w kawiarni mężczyznę, który nijak nie mógł sobie poradzić z przestrzenią, ludźmi dookoła, przypominał wystraszoną surykatkę stojącą na baczność, aż w końcu klapnął na sofie i usiadł na rękach, żeby nie było widać, że się trzęsą. Stworzyłam z tego opowieść i zamieściłam w blogu. I zadzwonił do mnie kolega z pretensją, dlaczego ja piszę o nim w taki sposób. Byłam zdumiona. Wtedy po raz pierwszy uświadomiłam sobie, jaką siłę ma literatura, skoro ludzie potrafią to, co zostało wykreowane, uznać za swoje własne, wstydliwe, wewnętrzne.
Jak to się stało, że zostałaś wydana?
Założyłam blog, w którym umieszczałam skrawki z pogranicza prozy poetyckiej. Pod jedną z notek pojawił się anonimowy komentarz, ale tak charakterystyczny, że pomyślałam, że to Paweł Dunin-Wąsowicz, znany w środowisku wydawca. Rok później spotkałam go i okazało się, że to rzeczywiście był on. Wcisnęłam mu swoje powieściątko, potem kolejne. Na mój debiut przyznano dofinansowanie z Instytutu Książki i stwierdziłam, że muszę napisać coś nowego. Dunin powiedział: 'Pisz, ale do września ma być skończone'. Był czerwiec, broniłam pracy magisterskiej, zdawałam na studia doktoranckie, potem na kolejne magisterskie, pojechałam na wakacje do Rumunii i wróciłam. Musiałam zacząć pisać. 'Toksymia' powstała w siedem tygodni. Byłam w amoku i z tych emocji nieustannie ciekło mi z oczu, policzki pąsowiały, w lustrze widziałam strzygę.
A teraz jeździsz na spotkania autorskie.
To wydarzenia z cyklu 'Tak hartowała się stal'. Czytelników jest garstka i są nastawieni sceptycznie. Najmilej wspominam wieczór w Poznaniu, w dość obskurnym klubie gejowskim, rury go-go, ściany wysmarowane czarną farbą. Prowadzący zaczął czytać 'Toksymię' i okazało się, że ona idealnie działa w tej przestrzeni. Publiczność - kilku gejów, kilka lesbijek i prostytutka - wspaniale zareagowała na tekst, co rusz następowały wybuchy śmiechu przerywane oklaskami. Dostałam wielki bukiet kwiatów i czułam się jak królowa życia.
Z twojej książki można wywnioskować, że trudno się czuć królową życia na Grochowie, gdzie też mieszkasz. Praga z twojej książki to wysypisko skrzywdzonych egzemplarzy ludzkich.
Tak, przy czym inna jest Praga-Południe od Pragi-Północ. Praga-Północ ma swój folklor, legendy szemrane. A Praga-Południe nie dopracowała się mitu, to teren rozkładu, przepaść, która sprawia, że jej mieszkańcy są wykluczeni z efektownych zakupów, zamiast tego mają punkty lotto, kebaby i automaty do hazardu. Grochów często obnaża moje stereotypy w myśleniu. Jechałam kiedyś autobusem obok młodego mężczyzny z wielką śliwą pod okiem, z lichym uzębieniem, taki typ 'śmierć na miejscu'. I ten mężczyzna wstał, i wtedy poderwała się siedząca obok niego mała, złotowłosa dziewczynka. Powiedziała: 'Idziemy już, tatusiu?', a on jej odpowiedział: 'Tak, słonko', i wziął ją za rękę. Innym razem stałam na przystanku z książką w ręku i zagadał mnie menel, mocno śmierdzący: 'A co pani czyta?'. Powiedziałam: 'Bernharda'. Na co on: 'O, lubię książki, ale tego nie czytałem'.
Jedna z twoich postaci - Ada - też mieszka na Grochowie. Pędzi przez jego ulice jak przez koszmarny sen. Bezpieczniej czuje się w domu, w którym depresyjny ojciec nieustannie grozi jej samobójstwem.
Podobnie odczuwa to Jan, który też tam mieszka. Grochów jest nieszczęściem, karą, krzywdą. Też miałam kiedyś takie poczucie. Kiedy pierwszy raz znalazłam się na rondzie Wiatraczna, nie mogłam uwierzyć, że coś takiego zostało zbudowane, z całą tą kakofonią surrealistycznych budynków. Wydawało mi się, że obserwuję triumf chaosu.
Chaos panuje też w świecie Lucyny, staruszki, która ma objawienia. Lucyna mówi, że jej więź z Jezusem nie jest łatwa. 'Nawet mi Jezus raz powiedział, że to, co nas łączy, to się nazywa toksymia'. Czym jest toksymia, neologizm, który wymyśliłaś na potrzeby książki?
Ten mój słowotwór pochodzi z połączenia 'toksyn' i 'aleksytymii', co daje efekt mało przyjemny, bo aleksytymia to choroba polegająca na niezdolności do odczuwania emocji z powodu blokady fizjologicznej w mózgu. Toksymia dobrze określa relacje, w których ludzie próbują tworzyć więzi, ale nie angażować się w nie. To takie podtruwanie związku, żeby on istniał, ale żeby nie być blisko, nie odsłaniać się przed sobą. Kiedyś 'toksymia' wydawała mi się słowem monstrum, ale kiedy zaczęłam pisać książkę, postanowiłam, że trzeba stępić mu pazur, zabarwić groteską, tak by stało się też kpiną z medialnego dyskursu o zagładzie związków międzyludzkich. O toksymii mówi Lucyna, która jest kobietą spadem z rzeczywistości, samotną staruszką, nieustannie odrzucaną. Samotność osób starszych nie jest takim nośnym medialnie tematem jak kolorowa samotność singli. Lucyna tworzy sobie wizję prywatnego Jezusa, żeby wreszcie był ktoś, kto się o nią troszczy, nawet jeśli to jest toksymia.
Moi bohaterowie nieustannie odczuwają jakieś lęki i dlatego tworzą sobie poboczne rzeczywistości. Czasem nie potrafią odróżnić swoich wyobrażeń od tego, co jest. Taką ofiarą jest Jan Niedziela, który w zahukanej socjopatce odnajduje potencjalną matkę swoich dzieci.
Jan Niedziela jest jak z filmów Tima Burtona.
Tak, wyobrażałam go sobie po burtonowsku, długiego, wychudłego, nieporadnego, co czyni z niego ofiarę. Widziałam w nim osobę, której powierzchowność budzi trudny do określenia wstręt. Spowija go cmentarna aura - jest pracownikiem zakładu pogrzebowego, pisarzem mów pogrzebowych. Niedawno oglądałam japoński film 'Departures' o zakładzie pogrzebowym. Jego pracownik zostaje wykluczony ze społeczności, bo ma kontakt z martwym ciałem - maluje je, ubiera, układa w trumnie. Dopiero gdy w życiu jego znajomych pojawia się śmierć, gdy jej doświadczają, a potem się z nią godzą, zaczynają widzieć w nim nie tego, który zaraża śmiercią, ale tego, który ją obłaskawia. Jan jest wykluczony w podobny sposób.
Zabawne, że próbowałaś go wyswatać z Adą Amek, studentką fizjoterapii, która uczy się dotykać, a sama panicznie boi się zostać dotkniętą przez kogokolwiek.
Ada studiuje fizjoterapię, bo chce zbliżać się do drugiego człowieka na swoich zasadach. Podobnie wygląda kontakt Ady z ojcem chorym na depresję - usługuje mu, znosi upokorzenia, ale naprawdę ma nad nim kontrolę - dawkuje mu leki, a w końcu podtruwa. Ada nie potrafi stworzyć innej relacji niż relacja władzy, kiedy może sterować upadkiem ojca i mieć go na własność, bezradnego i uzależnionego od jej pomocy.
Prawie nie ma w tej książce relacji intymnej, która nie opierałaby się na władzy i podległości.
To prawda. Pamiętam, jak byłam mała, ojciec mówił mi, że istnieją tylko dwa prawa: przedłużenie gatunku i porządek dziobania. Każdy musi mieć osobę do dziobania i osobę, która będzie ją dziobała. Ale moje postacie cały czas mają nadzieję, że jest inaczej.
Dużo w tej książce jest o ojcach, których trzeba zabić, i o matkach, których nie ma, a powinny być.