'Dziewięć' to nie jeden z tych filmów, w których dopiero na premierze ktoś spotyka znajomego i pyta: 'Co ty tu robisz?', a on odpowiada: 'Jak to, gram główną rolę. A ty?'. 'A ja też'
Czy pamięta pani swój pierwszy kontakt z 'Osiem i pół' Felliniego? Czy zobaczyła pani to po raz pierwszy w telewizji, czy może na jakimś pokazie?
Normalnie, w kinie. Nowy film Felliniego to wtedy zawsze była sensacja, kolejki stały przed kasą. Byłam wówczas początkującą aktorką dumną z tego, że mam w tym swój skromny udział - uczestniczyłam w dubbingu 'La dolce vita'.
Jako kto?
Szczerze mówiąc, nie pamiętam już dokładnie. To wszystko wspomnienia sprzed [Judi Dench samym ruchem warg wypowiada pewien liczebnik] lat. Mam nadzieję, że to urządzenie tego nie zarejestrowało!
Może w takim razie miała pani wcześniej możliwość poznać Sophię Loren?
Nie, nigdy. Dopiero teraz, na planie tego filmu. To było niesamowite wrażenie - Sophia to prawdziwa gwiazda starej szkoły, zawsze dba o zrobienie odpowiedniego entrée. Kiedy pojawiła się na planie zdjęciowym, wszyscy wszystko rzucili, by ją witać. Akurat zaczynaliśmy próbę z moją piosenką 'Folies-Bergeres'. Oczywiście ja też zeszłam ze sceny, bo Sophia była ważniejsza. Po jakichś 20 minutach kompletnego bałaganu Rob Marshall powiedział, że czas już wracać do pracy. Wracam na scenę i patrzę, jak Daniel Day-Lewis prowadzi Sophię Loren na miejsca dla publiczności. Będę śpiewać dla Sophii Loren! Co za trema! Powiedziałam do Roba, że nie wyobrażam sobie bardziej stresującej sytuacji dla aktora niż występowanie przed Sophią Loren. Ale to było dla mnie dobre.
Też odczuwam ogromną tremę, rozmawiając z panią, i po każdym wywiadzie mam nadzieję, że to mi wreszcie kiedyś przejdzie w miarę nabywania doświadczenia zawodowego. To tak nie działa?
Absolutnie nie. Trema zostaje na zawsze. Ale w moim zawodzie jest zjawiskiem pożytecznym. Bać się należy tylko braku tremy, bo to oznaka wypalenia zawodowego. Trema daje adrenalinę, daje koncentrację, motywację, by naprawdę wejść w ciało i duszę postaci, którą się gra. Bo jedyna ucieczka przed tremą to ucieczka w postać. Jestem przede wszystkim aktorką teatralną, występowanie w filmie to dla mnie ciągle nowe doświadczenie. Aktor teatralny to osoba, która jest nieśmiała w bezpośrednich kontaktach i gra na scenie jest sposobem na przełamanie tego. Jutro pewien prestiżowy londyński klub urządza uroczystą kolację na moją cześć i jestem tym kompletnie przerażona, bo będę musiała wygłosić publiczne podziękowanie. Ja jako Judi Dench, a nie jako aktorka grająca kogoś innego. Nie mogę się za nikogo przebrać, nie wystarczy się nauczyć kwestii na pamięć, to mnie przeraża bardziej od wszystkich stresów zawodowych. Spotkałam wielu aktorów teatralnych z różnych krajów świata i wszyscy mają tę wspólną cechę. Nie umiem tego dokładnie zdefiniować, ale to widać na pierwszy rzut oka. Mój mąż kiedyś to celnie scharakteryzował. Siedzieliśmy w kawiarni w Belgradzie i obserwowaliśmy przechodniów. W pewnym momencie wskazał jedną osobę na ulicy i powiedział: 'Założę się o dowolne pieniądze, że to aktor'. Bo widać było, że unika kontaktu z innymi ludźmi, ale równocześnie strój i gestykulacja pokazywały, że chce na siebie zwrócić uwagę.
Gra pani w tym filmie brawurową scenę, w której śpiewa pani, tańcząc w wyzywającym stroju - czy łatwo się było na to pani zgodzić?
Mam pewne doświadczenie w śpiewaniu w wyzywającym stroju - grałam w końcu Sally Bowles w 'Kabarecie' w londyńskim wystawieniu z 1968 roku. Poza tym zdarzało mi się śpiewać tu i tam, ale nigdy dotąd w filmie. A co do łatwości w podjęciu decyzji... Mamy z Nicole Kidman taki żart. Powiedziała mi kiedyś, że Rob Marshall zaprosił ją na lunch, podczas którego zaproponował jej rolę w 'Dziewięć', i ona zgodziła się natychmiast, nie prosząc o czas na zastanowienie się. Wystarczył jej czas potrzebny na zjedzenie lunchu. Ja na to odpowiedziałam, że Rob mnie zaprosił tylko na kawę i mnie wystarczył czas potrzebny na wypicie espresso. Decyzja przecież była oczywista: kto by nie chciał wystąpić pośród takich gwiazd, w tak przepięknej opowieści? A do tego Rob jest cudownym człowiekiem i wszyscy aktorzy wiedzą, że praca z nim jest po prostu przyjemna, jak dobra zabawa w gronie przyjaciół.
Jak patrzę, gdy pani biega po tych schodach i śpiewa...
...ja zresztą z tych schodów zleciałam i wylądowałam na pianiście, cały czas śpiewając...
...to z zazdrością myślę o pani kondycji. Ja się czuję za stary na takie wybryki, pewnie od razu dostałbym zadyszki - czy zdradzi mi pani sekret swojego reżimu ćwiczeń?
Nie mam żadnego reżimu ćwiczeń. Aktorstwo to jest zawód dla ludzi ze stałą nadwyżką energii. Dla ludzi, którym się chce i gdy usłyszą, że rola wymaga biegania po schodach, odpowiedzą: "To interesujące, chętnie spróbuję". Jeśli ktoś nie ma w sobie tej nadwyżki, musi poszukać sobie innego zawodu. Nie wierzę, żeby mogły ją dawać jakieś ćwiczenia. Ja ją po prostu mam od urodzenia i - odpukać - jeszcze mi nie przeszła.
Powiedziała pani, że przyciągnęła panią do tego projektu wizja pracy wśród wielu gwiazd - czy to nie może być też odstraszające? Gdy mamy wiele gwiazd w jednym widowisku, to może prowadzić do niezdrowej rywalizacji, do błyszczenia kosztem rywali?
Owszem, tak to może się skończyć, gdy reżyser traci panowanie nad spektaklem. Dlatego właśnie tak ważne było dla mnie to, że tę propozycję firmował Rob Marshall. To reżyser ze sporym doświadczeniem w realizowaniu widowisk, w których występuje wiele równoważnych postaci. Poprowadził pracę z zespołem w taki sposób, że praktycznie nie było czasu na to, żeby myśleć o rywalizacji. Zanim w ogóle zaczęły się zdjęcia, chodziliśmy razem na zajęcia ze śpiewu i z tańca, razem ustalaliśmy choreografię. To przypominało bardziej pracę zgranej trupy teatralnej niż pracę w filmie. Byliśmy już mocno zżyci ze sobą, kiedy zaczęły się właściwe zdjęcia, a te Rob zaczął od piosenki, która w filmie też pojawia się jako pierwsza - występują w niej wszystkie kobiety zamieszkujące fantazje Guida. W filmie bywa tak, że po zdjęciach każdy się zamyka w swojej przyczepie. Kręcąc 'Dziewięć', razem spędzaliśmy także wolne chwile. To nie był jeden z tych filmów, w których dopiero na premierze ktoś spotyka znajomego i pyta: 'Co ty tu robisz?', a on odpowiada: 'Jak to, gram główną rolę. A ty?'. 'A ja też'. Pan się śmieje, jakby mi pan nie wierzył, a dokładnie tak to wygląda z 'Bondami'. Z kim i gdzie 007 walczy w danym odcinku, dowiaduję się dopiero w dniu premiery. Ze mną tylko kręcą kilka scen biurowych na miejscu, w studiu pod Londynem. Tak jak M o wszystkim dowiaduję się więc ostatnia, dopiero w dniu premiery.