Zapytałam Antonioniego: 'Jak widzisz tę scenę?'. On na to: 'Zrób, co chcesz, bylebyś skończyła na podłodze' - z Veruschką rozmawiamy m.in. o jej dzieciństwie na zamku w Sztynorcie

Fot. Archiwum rodzinne
'Pamiętam ojca, gdy siedzę mu na kolanach, jak coś mi pokazuje' - na zdjęciu Vera (lewej) z siostra Noną i ojcem Heinrichem von Lehndorff

Fot. Kilian Heck
Pałac w Sztynorcie (przed wojną Steinort w Prusach Wschodnich), zdjęcie z 2007 r.

Fot. Tomasz Waszczuk
Veruschka, a właściwie hrabina Vera Gottliebe Anna von Lehndorff, zanim została światowej sławy modelką, dzieciństwo spędziła w pałacu w Sztynorcie. Ponownie odwiedziła go w czerwcu 2009 roku, z okazji 65. rocznicy tragicznej śmierci
i zarazem stulecia urodzin jej ojca, oficera Wehrmachtu
i uczestnika nieudanego zamachu na Hitlera
w Wilczym Szańcu
ZOBACZ TAKŻE
- Liczę na Czyściec (27-12-09, 01:05)
- Skroić Paris Hilton (08-12-09, 01:00)
- Buzek znaczy "łaknący sławy" (24-11-09, 01:01)
- Zdjęcie od Nasierowskiej (17-11-09, 01:10)
- Autorka jednej książki (27-10-09, 01:00)
- W (A)pollonii śpiewam dla matki (20-10-09, 01:00)
- Ślicznotki bez figury modelki (28-09-08, 11:00)
- Gdy obsesją dziecka staje się dieta (23-12-00, 13:28)
W barze hotelu przy Bebelplatz w Berlinie punktualnie pojawia się bardzo wysoka i szczupła osoba. Czarna kurtka, czarne krótkie spodnie, czarne grube rajstopy i opaska na czole - czarna. Zupełnie jak Veruschka w latach 60. Hrabina Vera Gottliebe Anna von Lehndorff ma dziś 70 lat. Jej wieku nie zdradzają ani smukłe dłonie, ani bystre błękitne oczy, tylko gorzka opowieść z dzieciństwa. Spędziła je w pałacu w Prusach Wschodnich, we wsi Steinort (po wojnie Polacy zmienili nazwę na Sztynort), w której przez 500 lat mieszkał ród Lehndorffów. Wieś leży w sercu Krainy Wielkich Jezior. Prawdziwa perła. - Kto ma Sztynort, ten posiada Mazury - mawiał Ignacy Krasicki.
Ojcem Very był hrabia Heinrich von Lehndorff, oficer Wehrmachtu, który widząc na froncie zbrodnie nazistów, przystąpił do ruchu oporu. Grupa spiskowców, do których dołączył Lehndorff, przeprowadziła 20 lipca 1944 roku nieudany zamach na Hitlera w jego kwaterze w Wilczym Szańcu. Hrabiego nie było przy wybuchu, powierzono mu inne zadania. Miesiąc później został powieszony w więzieniu w Berlinie. Vera miała wtedy cztery lata. Międzynarodowa ikona stylu lat 60. i 70., muza Antonioniego, Avedona i Dalego Veruschka po 63 latach powróciła na Mazury, żeby ratować niszczejący pałac i pamięć o rodzinie.
Okna zabite deskami, odpadające tynki, dziurawy dach. W środku - ruina. W PRL-u była tu pegeerowska stołówka. Jakie to uczucie widzieć rodzinną posiadłość w takim stanie?
Do Sztynortu przyjechałam równo dwa lata temu. Jako dziecko z powodu wojny uciekłam stąd wraz z rodziną. Przeżyłam szok, kiedy zobaczyłam mój dawny dom. Kiedy stanęłam przed pałacem, usłyszałam niemy krzyk tych murów: ratujcie nas! Patrzyłam na żywy, ale dogorywający organizm.
Nie było tu pani od wielu lat. Studia w Hamburgu, życie we Włoszech, praca w Nowym Jorku. Wielki świat zagłuszył wspomnienia o korzeniach, o mazurskiej przeszłości?
Żyłam swoim życiem i nie rozmyślałam o tym, co było. Zamknęłam ten bolesny rozdział. Na stałe do Berlina wróciłam w 2005 roku. Wtedy mój przyjaciel dr Kilian Heck, historyk sztuki, zaczął wysyłać mi maile ze zdjęciami Sztynortu. Kilian jest fanem tego regionu, przyjeżdża tu co roku. Pisał mi o zupełnie innym świecie niż ten, którego doświadczałam przez wiele lat. Opowiadał mi o niezniszczonej przez człowieka naturze, przyjaznych ludziach i dobrym powietrzu. W końcu zdecydowałam się odwiedzić to miejsce, także ze względu na pamięć o ojcu.
Ojca zna pani tylko z opowiadań?
Nie mam wielu wspomnień z dzieciństwa. Pamiętam ojca, gdy siedzę mu na kolanach, jak coś mi pokazuje. Czasem wspominam te chwile, szczególnie jeden epizod. Bardzo długo marzyłam, żeby mieć kanarka. I pewnego dnia tata mi go podarował. Ten kanarek był z nami w pociągu
W pociągu, którym uciekłyście do Saksonii?
W 1944 r. rodzice zdecydowali, że najlepiej byłoby opuścić Sztynort. Zbliżali się Rosjanie. Pamiętam, jak ojciec odprowadził mnie i moje siostry do pociągu. Jak machał mi przez okno. Kiedy wpatrywałam się w jego twarz, czułam, że stanie się coś złego. Po latach rozumiem, że to instynkt podpowiadał mi, że już nigdy go nie zobaczę. Pojechałyśmy do Graditz, do mojego dziadka. Matka została aresztowana. W więziennym szpitalu urodziła się moja siostra Catharina. Potem matka trafiła do obozu pracy. W tym czasie z siostrami i innymi dziećmi członków ruchu oporu przebywałyśmy w sierocińcu. Opiekunowie nadali nam nowe imiona i nazwiska. Zamierzali zniszczyć więzy rodzinne. Przebywałyśmy w tym miejscu do końca wojny.
Jak żyło się młodej uciekinierce z Prus Wschodnich w nowym niemieckim państwie?
Na początku niewiele lepiej. Pamiętam takie zdarzenie cztery lata po wojnie, kiedy miałam 10 lat. Nauczycielka chciała mnie za coś ukarać i powiedziała przy całej klasie: 'Jesteś córką mordercy'. Wszystkie dzieci na mnie spojrzały, wytykały palcami, a nawet biły. Ze łzami w oczach pobiegłam do domu i opowiedziałam o wszystkim mamie. A ona na to: 'Nie płacz, twój ojciec nie był mordercą, tylko bohaterem'.
Dorosłość była lepsza?
Przede wszystkim zaczęłam się cieszyć życiem. Po trzech latach studiów wyjechałam do Florencji. Tam na ulicy zaczepił mnie fotograf, powiedział, że powinnam spróbować sił w modelingu. Pomyślałam, że to dobry sposób na zarobienie pieniędzy, których mi wtedy brakowało. Wyjechałam do stolicy mody - Paryża. I przeżyłam porażkę. Usłyszałam: 'Za wysoka, za długie nogi, nic nie pasuje'. Wtedy modelki nie były wysokie. Podobnie odebrali mnie w Nowym Jorku. Zrozumiałam, że muszę mieć pomysł na siebie, być inna niż wszystkie - tak żeby fotografowie mnie zapamiętali. Wróciłam do Włoch, żeby stworzyć nowy wizerunek.
A potem kolejny raz Nowy Jork. Już jako Veruschka. Z pogranicza Rosji, Polski i Niemiec - tak się pani przedstawiała. To była pani prawdziwa osobowość czy kreacja?
Totalna kreacja. Ubierałam się na czarno, układałam bujną fryzurę, byłam egzotyczna. Nabrałam dużej pewności siebie. Poszłam do fotografa, do jego studia w Nowym Jorku i powiedziałam, że podobają mi się jego zdjęcia i chcę zobaczyć, jak on mnie widzi w swoim obiektywie. Takie zachowanie wszystkim imponowało. Niedługo potem zwracali się do mnie: 'Czy zechciałabyś to założyć dla »Vogue'a «?'.
I to Veruschka, a nie Vera Lehndorff w 1966 r. zagrała słynną scenę w 'Powiększeniu' Michelangela Antonioniego. Kilka minut, dzięki którym na trwałe zapisała się pani w historii kina.
Do tej pory nie rozumiem, jak to się stało, że dwie sceny i jedno słynne zdanie sprawiły, że wszystko się zmieniło. Stałam się rozpoznawalna w wielu krajach. Ludzie na imprezach zaczepiali mnie słynną kwestią z filmu, tak jak David Hemmings mówili: 'Veruschka, I thought you were in Paris', a ja im odpowiadałam: 'Well, I am in Paris'. To zdarzało się często i było zabawne.
Ojcem Very był hrabia Heinrich von Lehndorff, oficer Wehrmachtu, który widząc na froncie zbrodnie nazistów, przystąpił do ruchu oporu. Grupa spiskowców, do których dołączył Lehndorff, przeprowadziła 20 lipca 1944 roku nieudany zamach na Hitlera w jego kwaterze w Wilczym Szańcu. Hrabiego nie było przy wybuchu, powierzono mu inne zadania. Miesiąc później został powieszony w więzieniu w Berlinie. Vera miała wtedy cztery lata. Międzynarodowa ikona stylu lat 60. i 70., muza Antonioniego, Avedona i Dalego Veruschka po 63 latach powróciła na Mazury, żeby ratować niszczejący pałac i pamięć o rodzinie.
Okna zabite deskami, odpadające tynki, dziurawy dach. W środku - ruina. W PRL-u była tu pegeerowska stołówka. Jakie to uczucie widzieć rodzinną posiadłość w takim stanie?
Do Sztynortu przyjechałam równo dwa lata temu. Jako dziecko z powodu wojny uciekłam stąd wraz z rodziną. Przeżyłam szok, kiedy zobaczyłam mój dawny dom. Kiedy stanęłam przed pałacem, usłyszałam niemy krzyk tych murów: ratujcie nas! Patrzyłam na żywy, ale dogorywający organizm.
Nie było tu pani od wielu lat. Studia w Hamburgu, życie we Włoszech, praca w Nowym Jorku. Wielki świat zagłuszył wspomnienia o korzeniach, o mazurskiej przeszłości?
Żyłam swoim życiem i nie rozmyślałam o tym, co było. Zamknęłam ten bolesny rozdział. Na stałe do Berlina wróciłam w 2005 roku. Wtedy mój przyjaciel dr Kilian Heck, historyk sztuki, zaczął wysyłać mi maile ze zdjęciami Sztynortu. Kilian jest fanem tego regionu, przyjeżdża tu co roku. Pisał mi o zupełnie innym świecie niż ten, którego doświadczałam przez wiele lat. Opowiadał mi o niezniszczonej przez człowieka naturze, przyjaznych ludziach i dobrym powietrzu. W końcu zdecydowałam się odwiedzić to miejsce, także ze względu na pamięć o ojcu.
Ojca zna pani tylko z opowiadań?
Nie mam wielu wspomnień z dzieciństwa. Pamiętam ojca, gdy siedzę mu na kolanach, jak coś mi pokazuje. Czasem wspominam te chwile, szczególnie jeden epizod. Bardzo długo marzyłam, żeby mieć kanarka. I pewnego dnia tata mi go podarował. Ten kanarek był z nami w pociągu
W pociągu, którym uciekłyście do Saksonii?
W 1944 r. rodzice zdecydowali, że najlepiej byłoby opuścić Sztynort. Zbliżali się Rosjanie. Pamiętam, jak ojciec odprowadził mnie i moje siostry do pociągu. Jak machał mi przez okno. Kiedy wpatrywałam się w jego twarz, czułam, że stanie się coś złego. Po latach rozumiem, że to instynkt podpowiadał mi, że już nigdy go nie zobaczę. Pojechałyśmy do Graditz, do mojego dziadka. Matka została aresztowana. W więziennym szpitalu urodziła się moja siostra Catharina. Potem matka trafiła do obozu pracy. W tym czasie z siostrami i innymi dziećmi członków ruchu oporu przebywałyśmy w sierocińcu. Opiekunowie nadali nam nowe imiona i nazwiska. Zamierzali zniszczyć więzy rodzinne. Przebywałyśmy w tym miejscu do końca wojny.
Jak żyło się młodej uciekinierce z Prus Wschodnich w nowym niemieckim państwie?
Na początku niewiele lepiej. Pamiętam takie zdarzenie cztery lata po wojnie, kiedy miałam 10 lat. Nauczycielka chciała mnie za coś ukarać i powiedziała przy całej klasie: 'Jesteś córką mordercy'. Wszystkie dzieci na mnie spojrzały, wytykały palcami, a nawet biły. Ze łzami w oczach pobiegłam do domu i opowiedziałam o wszystkim mamie. A ona na to: 'Nie płacz, twój ojciec nie był mordercą, tylko bohaterem'.
Dorosłość była lepsza?
Przede wszystkim zaczęłam się cieszyć życiem. Po trzech latach studiów wyjechałam do Florencji. Tam na ulicy zaczepił mnie fotograf, powiedział, że powinnam spróbować sił w modelingu. Pomyślałam, że to dobry sposób na zarobienie pieniędzy, których mi wtedy brakowało. Wyjechałam do stolicy mody - Paryża. I przeżyłam porażkę. Usłyszałam: 'Za wysoka, za długie nogi, nic nie pasuje'. Wtedy modelki nie były wysokie. Podobnie odebrali mnie w Nowym Jorku. Zrozumiałam, że muszę mieć pomysł na siebie, być inna niż wszystkie - tak żeby fotografowie mnie zapamiętali. Wróciłam do Włoch, żeby stworzyć nowy wizerunek.
A potem kolejny raz Nowy Jork. Już jako Veruschka. Z pogranicza Rosji, Polski i Niemiec - tak się pani przedstawiała. To była pani prawdziwa osobowość czy kreacja?
Totalna kreacja. Ubierałam się na czarno, układałam bujną fryzurę, byłam egzotyczna. Nabrałam dużej pewności siebie. Poszłam do fotografa, do jego studia w Nowym Jorku i powiedziałam, że podobają mi się jego zdjęcia i chcę zobaczyć, jak on mnie widzi w swoim obiektywie. Takie zachowanie wszystkim imponowało. Niedługo potem zwracali się do mnie: 'Czy zechciałabyś to założyć dla »Vogue'a «?'.
I to Veruschka, a nie Vera Lehndorff w 1966 r. zagrała słynną scenę w 'Powiększeniu' Michelangela Antonioniego. Kilka minut, dzięki którym na trwałe zapisała się pani w historii kina.
Do tej pory nie rozumiem, jak to się stało, że dwie sceny i jedno słynne zdanie sprawiły, że wszystko się zmieniło. Stałam się rozpoznawalna w wielu krajach. Ludzie na imprezach zaczepiali mnie słynną kwestią z filmu, tak jak David Hemmings mówili: 'Veruschka, I thought you were in Paris', a ja im odpowiadałam: 'Well, I am in Paris'. To zdarzało się często i było zabawne.
Źródło: Wysokie Obcasy
1
2
następne »
Przeczytaj 17 komentarzy na Forum
-
Veruschka nad rozlewiskiem
carmelaxxx
14.01.10, 10:46
Średni ten tekst bo w sumie nie opowiada o kims istotnym i nadzwyczaj ciekawym.»
-
Veruschka nad rozlewiskiem
kumoszka8410
15.01.10, 08:35
Dziennikarz nie wysilił się. Zgadzam się z przedmówcą. Historia powojenna Sztynortu jest też bardzo ciekawa. Starano sie Sztynort przywrócić do świetności, sporo zrobiono w otoczeniu. Nie »
-
Pałac w Pilwa
k-x
18.01.10, 12:21
Podobny pałac w miejscowości Pilwa/Pilwo niem.Pilwen został rozebrany w latach 70(?80) ub. wieku, a materiał budowlany i rzeźby posłużyły do budowy willi komuchów w powiecie Bartoszyce. »
W numerze z 13 marca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień˝





więcej zdjęć




