'Coraz bardziej zauważam subtelność inteligencji Jayanti - i jej dużą kulturę osobistą. W porównaniu z dziewczętami Wschodu nasze wydają się hożymi wulgarnymi barbarzyńcami' - zanotowała w swoim 'Dzienniku' w lipcu 1962 roku Maria Dąbrowska. Co panią z nią łączyło?
Byłam żoną jej ukochanego bratanka Jurka Szumskiego. Jerzego poznałam w Kalkucie w Indiach. Pracował w polskim konsulacie. Ciocia Maryjka załatwiła mu tę posadę, żeby wyleczył złamane serce. Jego ukochana wyszła za mąż za innego. Konkretnie za Zdzisława Maklakiewicza, tego aktora. Jurek strasznie to przeżył. Smutek topił w alkoholu albo wypłakiwał w rękaw mojego sari. Przy okazji dowiedziałam się, że jego ciotka jest bardzo znana. To mi zaimponowało. Każdy może być konsulem, ale nie każdy może być bratankiem sławnej pisarki. Strasznie ciągnęło mnie do Europy. Znałam ją z opowieści ojca, który studiował medycynę w Wielkiej Brytanii. Tata był nowoczesny. Jak mówiła mama - lubił białą skórę. A mama, która miała najjaśniejszą karnację z nas wszystkich i wysokie kości policzkowe, nienawidziła Anglików i w ogóle białych. Rodzice zakochali się i mimo wszystkich różnic - pobrali. Jednak do końca życia mama miała ojcu za złe jego kontakty z białymi. Przezywała go lizusem.
Co pani wiedziała o Polsce?
Niewiele. Raz byłam na wystawie pewnego hinduskiego malarza, który malował Polskę. Przedstawiał ją w postaci chrześcijańskiego znaku ryby rozszarpywanej przez drapieżniki. Miało to symbolizować powojenny podział Polski.
A potem przyszedł list od cioci Maryjki. Pisała tak pięknie, tak serdecznie, że nie mogłam się doczekać wyjazdu do ojczyzny mego męża. Latem 1962 roku, pół roku po ślubie, przyjechaliśmy do Polski na urlop. To był szok! Szare ulice, bloki, szarzy ludzie. Maleńkie dwupokojowe mieszkanko w wielkim bloku. W sklepach kolejki. Gdyby nie ciocia Maryjka, chybabym się załamała. Komorów, gdzie mieszkała, tętnił życiem. Trwał nieustanny korowód gości: aktorka Elżbieta Barszczewska z mężem aktorem Marianem Wyrzykowskim, ich syn Julek, który zagrał króla Maciusia I, Jerzy Putrament, Wojciech Żukrowski, Melchior Wańkowicz. O Annie Kowalskiej, towarzyszce życia Dąbrowskiej, i jej córce Tuli nie wspominając.
Pod datą 10 grudnia 1964 roku Dąbrowska zanotowała: 'Jurkowie przyjechali o szóstej - na five o'clock za późno, na kolację za wcześnie. Gdy okazali apetyt na specjalność Meli - twarożek z kminkiem - Mela podała także karmazyna po grecku (). Zjedli z przyjemnością, potem było ciasto, herbata, wyborne konfitury z wiśni. Wizyta była przeurocza i jakoś mi się niezgorzej rozmawiało po angielsku. Coraz więcej lubię Jayanti - ta para czyni moje znędzniałe życie miłym, tacy mi są życzliwi, tacy mną zainteresowani, tak mi z nimi swobodnie i dobrze jak z nikim. Niestety, dziś trzy razy musiałam brać nitroglicerynę'. Dąbrowska była gościnna?
Bardzo! Upominała gosposię Melanię, żeby na stole niczego nie brakowało. Mela nie miała węchu, ale gotowała fantastycznie. Do dziś pamiętam smak jej gołąbków. Mało kto w Polsce słyszał o krabach, a u cioci Maryjki się je jadało. I sałatkę z krewetek. To były prawdziwe uczty. Po śmierci cioci Maryjki wierna gosposia dostała prawo dożywocia w Komorowie. Zaopiekowała się Dylem, ukochanym psem Dąbrowskiej. Uratowała go od niechybnej śmierci. Nikt z rodziny go nie chciał. Już go mieli uśpić, gdy Mela się zlitowała. Dyluś był strasznie kochliwy. Połowa Komorowa narzekała, że ma szczeniaki podobne do Dylusia. I okropnie pocieszny. Dominika, moja córeczka, go uwielbiała. Lubiłam pomieszkiwać w Komorowie. Jurek całe dnie pracował, a mnie ciągnęło do ludzi. Ciocia Maryjka uwielbiała, gdy przychodzili goście, a ja siedziałam wśród nich. Chlubiła się mną, wiedziała, że nie popełnię żadnego faux pas. Nie rozumiałam, o czym mówią, ale wiedziałam, że to sławne i mądre osoby. Podziwiałam elegancję cioci Maryjki. W czasie pobytów w Warszawie, gdy zatrzymywała się w swoim mieszkaniu w Alejach Niepodległości, występowała w sukienkach z Paryża. W Komorowie nosiła się z warszawska. Byłyśmy tej samej postury i ciocia Maryjka hojnie obdarowywała mnie sukienkami. Ładne były.
Czy widziała pani Dąbrowską przy pracy?
Pracowała w sypialni. Biurko stało pod oknem, a za oknem rósł prześliczny srebrny świerk. Chciałam taki wyhodować w ogrodzie mojego warszawskiego domu, ale ze srebrnego zrobił się szary. Gdy była słaba, pracowała w łóżku. Czasem nie miała sił, by zejść na śniadanie. Ale przy obiedzie zawsze nam towarzyszyła. Rozmawiałyśmy po angielsku, bo ciocia Maryjka chciała szlifować swój English. Pamiętam zapach jej perfum. Gdy umarła, wyciągnęłam z torebki perfumy Diora - najlepsze, jakie miałam - i skropiłam ją nimi. A Jurek uczesał jej grzywkę tak, jak zawsze nosiła, na czoło. W kostnicy wszystkie włosy zaczesali jej do góry. Wyglądała groźnie, taka niepodobna do siebie. Panicznie bała się bólu i śmierci. Nie byłam przy tym, ale podobno jej ostatnie słowa brzmiały: 'Nie chcę umierać '. Miała też obsesję, że mogą ją pogrzebać żywcem. Dlatego kazała sobie zrobić sekcję zwłok. Tak dla pewności. Sekcji nie było, ale i żywej jej na pewno nie pochowali. Dotykałam ją w trumnie, to wiem. Chciała być pochowana skromnie, przy mężu. Ale zafundowali jej państwowy pogrzeb i złożyli w Alei Zasłużonych na Starych Powązkach. Przykryli marmurową płytą, choć za życia prosiła o skromny nagrobek.
Czy choroba ją zmieniła?
Ani trochę. Coraz częściej trafiała do szpitala, ale nie traciła dobrego humoru. Żartowała, że jest chora na serce, a umrze na żołądek, bo każą jej tu jeść półsurową wątróbkę i tatara. Była szczególnym pacjentem, miała pokój dla siebie, można ją było odwiedzać w dowolnych porach. Mój widok zawsze ją radował. Gdy byli inni goście, siadałam skromnie i czekałam, aż sobie pójdą. Wtedy przechodziłyśmy na angielski.
29 listopada 1964 roku Dąbrowska notuje: 'Na kolacji byli Henryk i Jurkowie. Po raz pierwszy występowałam ubrana [M. Dąbrowska właśnie wróciła ze szpitala] i wręczałam Jayanti złoty naszyjnik, bardzo skromny, ale gustowny, który natychmiast nałożyła. Jurek powiedział, że według zwyczajów hinduskich dopiero teraz dokonał się akt 'acknowledgement' [z ang. uznanie] przez rodzinę męża'. Ma pani ten naszyjnik?
Nie mam. Może nosi go druga żona Jurka? W końcu pierścionek ze szmaragdem, który mi sprezentował, też musiałam oddać. I mieszkanie w Warszawie, które za własne pieniądze kupił mój ojciec. Budda uczy, żeby nie przywiązywać się do rzeczy. Nie noszę biżuterii. Mam tylko kolczyki po matce i pierścionek po teściowej. Nie mam żadnego zdjęcia cioci Maryjki, żadnej jej książki z dedykacją. Nie potrzebuję tego, by o niej pamiętać.
Pod datą 21 lipca 1962 roku Dąbrowska pisze: 'Przyjechał Jurek z Jayanti. Zjedliśmy mnóstwo malin, które Jayanti zna, bo jako dziecko żyła w Nepalu, gdzie są maliny'. Co pani robiła w Nepalu?
Ojciec dostał posadę nadwornego lekarza króla Nepalu. Przeprowadziliśmy się całą rodziną. Rodzice posłali mnie i moją starszą siostrę do szkoły z internatem. To była katolicka szkoła prowadzona przez zakonnice z Irlandii. Gdy siedziałam na lekcji, przez okno widziałam najwyższe szczyty świata. Byłam przerażona, gdy po raz pierwszy zabrali nas do refektarza. Był biały i cichy. Potem dali nam jeść. Obok talerza leżał nóż i widelec. Nie wiedziałam, jak się nimi posługiwać. W domu karmili mnie służący albo jadłam rękami.
Uczyliśmy się po angielsku. To jest mój pierwszy język, choć znam też hindi i trochę bengali.
Rodzina Hazra, z której się pani wywodzi, była inteligencka. Czy także zamożna?
Nie za bardzo. Tata był lekarzem, a mama nauczycielką. Mieliśmy służbę, ładny, wygodny dom, samochód i dobre jedzenie. Służby było dużo, ale rodzice wszystkich traktowali dobrze. Dawali każdemu miesiąc urlopu w roku, by mógł pojechać odwiedzić rodzinę. Wszyscy moi wujkowie byli albo lekarzami, albo adwokatami, a mój dziadek ze strony ojca był sędzią sądu najwyższego. Tata zaś był filantropem, dużo zrobił dla ludzi. Pracował dla Matki Teresy, oczywiście za darmo. Dobrze żyliśmy, ale nie stać nas było, by wyjechać na wakacje za granicę, czy podróżować po Indiach. Za to rodzice nie szczędzili pieniędzy na moją i siostry edukację.
Po miesięcznym pobycie w Polsce wraca pani z mężem do Indii.
Wiedziałam, że tata nie ma wiele pieniędzy. Ale mu powiedziałam: 'Podobają mi się Polacy, nauczę się ich języka, ale żyć w maleńkim mieszkaniu w szarym bloku nie mogę'. Mój mąż nie miał pieniędzy. Tata wyjął 5 tys. dol., poszedł do polskiego konsulatu w Kalkucie i oficjalnie przekazał pieniądze Jurkowi. Starczyło na czteropokojowe mieszkanie w bloku przy Armii Ludowej. Nie mógł kupić tego mieszkania na mnie, bo nie miałam polskiego obywatelstwa. Kupił na Jurka. Ojciec wierzył ludziom.