Straszna jest scena w 'Drewnianym różańcu', w której 12-letnia Tala wciera sobie w oczy denaturat. W sierocińcu u felicjanek nie znajduje innego sposobu na uniknięcie zbyt ciężkiej pracy przy sprzątaniu kościoła. Taki pomysł, kiedy miało się niewidomego ojca!
Byłam zdeterminowana. Wyobrażałam sobie, że nawet jeśli stracę wzrok, to i tak będę wszystko czuła. Ojciec stracił wzrok w dzieciństwie. Nie znałam go, umarł przed moim urodzeniem, ale dwaj wujkowie, bracia mojej mamy, Adam i Edek też byli ociemniali.
Obaj bracia niewidomi?
Nawet czterej, od urodzenia, dwóch szybko umarło. Trzeba powiedzieć prawdę - stało się tak na skutek strasznego alkoholizmu dziadka. Jego partnerem do wódki był ksiądz Orzeł z kościoła parafialnego przy ulicy Krupówki w Zakopanem. Ksiądz bardzo lubił dziadka, który był listonoszem, ale wcześniej miał bogatą kartę w wojsku austriackim. Siedzieli sobie we dwóch, gadali i pili. Mieszkaliśmy razem, dziadek, babcia, trzy siostry mamy - wszystkie widzące. Było ciężko, ale ociemniali wujkowie nie obciążali domu. Dzięki fundacji hrabiego Skarbka mieszkali i uczyli się za darmo we Lwowie w szkole dla niewidomych, przyjeżdżali tylko na wakacje. Ich opiekunem i nauczycielem muzyki we Lwowie był pan Józef Rolleczek, mój przyszły ojciec, którego hrabia Skarbek ze względu na zdolności wcześniej wysłał na nauki do Wiednia. Tam niewidomy nauczył się pisać brajlem, opanował fortepian i skrzypce. Kiedyś zlecono mu, żeby zawiózł młodych Kordasiewiczów do domu rodzinnego na wakacje. Dorosły niewidomy przewodnikiem dwóch chłopców ślepców - to przejmujące, jak z obrazu Breughla. W ten sposób poznał moją mamę pannę Kordasiewiczównę, zakochał się, oświadczył i został przyjęty. Dostał posadę organisty i samodzielne mieszkanie u ojców jezuitów na tzw. Górce w Zakopanem. To był najszczęśliwszy okres w życiu mamy, która została panią organiściną, osobą poważaną. Długo to nie trwało, bo ojciec zmarł na hiszpankę, która wtedy tylu ludzi zabiła.
Mama długo była sama?
Dopiero kiedy miałam 14 lat, mama przyjęła oświadczyny pana Józefa Olszewskiego, który pracował w Strugu, pracowni artystycznej w drewnie, na ul. Kościeliskiej. Przypuszczam, że musieli w tym Strugu wyrabiać meble w stylu zakopiańskim zapoczątkowanym przez Witkiewicza. Niestety, wkrótce wybuchł straszny kryzys i Zakopane pogrążyło się w nędzy. Mama była modystką, pracowała w domu.
Dlaczego pani mama nie zareagowała, kiedy jej siostra, która się panią wtedy opiekowała, oddała panią do sierocińca?
Mama strasznie płakała, kiedy się dowiedziała.
Ale nie zabrała pani.
A bo ja mamie nie mówiłam, jak mi było źle. Nie chciałam jej martwić. Wiedziałam, że w domu jest ciężko, i jeszcze dziecko przyszło na świat, córeczka z małżeństwa mamy z Józefem Olszewskim. Mama robiła kapelusze, na szczęście nie było wówczas w Zakopanem fabrykacji standardowych damskich nakryć głowy. Jedna pani polecała dobrą modystkę drugiej pani, ale tych pań nie było za wiele, najwyżej 20 w Zakopanem. A na ile kapeluszy było w ciągu roku zapotrzebowanie dla jednej osoby? Najwyżej na trzy - toczek aksamitny, kapelusz z tzw. słomki z dużym rondem i aksamitką i jeszcze rodzaj turbanu. Biedę u felicjanek, którą opisałam, znałam już z domu. Zawsze brakowało chleba. Mama mówiła: 'Już zjadłaś dwie kromki i jeszcze trzecią chcesz?'. I była rozpacz, nie bicie, nie krzyki, tylko rozpacz. Poza jakimś lizakiem nie przypominam sobie żadnych słodyczy, czasem dostawałam karpiele, słodkie bulwy, którymi górale karmili krowy.
To w czym był największy przeskok?
W sierocińcu najgorsze były rygor, dryl, zakazy. Jedzenie było reglamentowane, można było się zwijać z pragnienia, a i tak nie dostało się nic dodatkowo, nawet garnuszka mleka czy herbaty. No i warunki sypialniane - duża, wspólna, zimna sala na strychu, żelazne łóżka i jeden krótki piec kaflowy.
Tala, bohaterka 'Drewnianego różańca', mimo ponurych okoliczności nie wydaje się stłamszona, zakompleksiona. W poprzednich wydaniach książki były jeszcze dwie części, m.in. 'Litość' o upokarzających wakacjach, na które - w ramach filantropii - zaprosiła panią i pani siostrę Łucję jakaś hrabina.
Były upokarzające, bo nie byłyśmy dopuszczane do stołu 'jaśnie państwa' - tak oficjalnie nazwano właścicieli majątku - ale taki był wówczas styl życia oparty na nierówności klasowej. Obowiązywał nas też np. zakaz pokazywania się w pałacowym parku w czasie przejażdżki landem starej baronowej Goetzowej. Kiedy przeczyta się wszystkie trzy części, ma się pełniejszy obraz mojej młodości - nie tylko w zakładzie zakonnym. 'Litość' była okrutna, choć nie podałam nazwiska tych państwa, którzy nam te wakacje ofiarowali. Pamiętam, że kiedy okazało się, że będziemy jeść same w ciasnej komórce dla służby, gdzie na wielkiej wadze odważało się towary, moja o rok starsza siostra Łucja rozpłakała się. Ja tylko wzruszyłam ramionami.
Taka się urodziłam. Potem, podczas okupacji też miałam wiele złych przygód, ale potrafiłam wszystkiemu sprostać, byłam mocna w sobie. Wiem, że mój ojciec wyrażał do matki życzenie, że chciałby mieć córkę, która będzie odważna, będzie łaziła po płotach i darła na tych płotach majtki. I to się spełniło. Byłam rozgarnięta, buńczuczna, pyskata.
A ojciec?
Też był odważny, żaden tam niewidomy nieszczęśnik. Kiedyś, gdy mama była panną na wydaniu, siedział przy stole razem z drugim absztyfikantem, a był nim młody rzeźnik z perspektywami na własny sklep, a więc poważny konkurent. Ten rywal powiedział do pana Rolleczka: 'Szkoda, że pan jest niewidomy i nie może zobaczyć, jaka panna Helenka jest piękna'. A na to mój przyszły tato: 'Ja doskonale wiem, jak piękna jest panna Helenka'. Tamten: 'Ale pan nie może swobodnie chodzić'. Rolleczek: 'Jak to? Wszędzie chodzę'. Tamten: 'No, ale na Halę Gąsienicową to pan nie wejdzie'. Rolleczek: 'Dlaczego nie miałbym tam pójść, oczywiście, że pójdę'. 'No to zakład'. I założyli się. Panna Helenka z przyszłym właścicielem jatki oraz jej dwie siostry, bo nie wypada, żeby była sama, mieli siedzieć na Hali Gąsienicowej i czekać, aż pan Rolleczek wejdzie grzbietem górskim nad Jaworzynką.
I?
Siedzieli tam jak w gnieździe, a mama cały czas płakała, wyobrażając sobie, że starający się o jej względy musiał runąć w dół. Tymczasem pan Rolleczek w czarnym garniturze i kapeluszu, stukając laseczką, pojawił się na grani i zmierzał bezbłędnie w stronę Hali Gąsienicowej. No to może i po ojcu mam tę determinację. Ojciec był stanowczy, miał w sobie dużo niemieckiej krwi, jego dziadkowie byli kolonistami niemieckimi, którzy osiedlili się w okolicach Turki koło Stryja na obecnej Ukrainie.
A w ogóle to palę się do tego, żeby pani powiedzieć, jak w 1939 r. wykradłam Niemcom ojca, tzn. ojczyma, z jenieckiego szpitala. Mogę?