http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Tania w utrzymaniu

Wojciech Orliński
01.12.2009 , aktualizacja: 26.11.2009 15:26
A A A Drukuj
<b>Ewa Jasiewicz</b>
Fot. Jacek Łagowski Ewa Jasiewicz
Ja mogłam chwycić za broń izraelskiego żołnierza, żeby uniemożliwić mu strzał, bo mam urodę typowo europejską. Gdyby to samo zrobiła kobieta o arabskiej urodzie, już by nie żyła
<b>Ewa Jasiewicz</b> 
- urodziła się w 1978 roku w Londynie w rodzinie polskich emigrantów z armii Andersa. Ukończyła antropologię w Goldsmith College, ale zajmuje się działalnością społeczną i dziennikarstwem jako wolny strzelec. Była jedną z nielicznych zachodnich dziennikarek obecnych w Strefie Gazy podczas izraelskiego ataku. Jej reportaże z Iraku i Palestyny ukazywały się m.in. w 'Guardianie', 'Daily Telegraph', 'The Independent' i 'Le Monde Diplomatique'. Na początku przyszłego roku ukaże się jej książka 'Gaza - getto nieujarzmione'
Fot. Jacek Łagowski
Ewa Jasiewicz - urodziła się w 1978 roku w Londynie w rodzinie polskich emigrantów z armii Andersa. Ukończyła antropologię w Goldsmith College, ale zajmuje się działalnością społeczną i dziennikarstwem jako wolny strzelec. Była jedną z nielicznych zachodnich dziennikarek obecnych w Strefie Gazy podczas izraelskiego ataku. Jej reportaże z Iraku i Palestyny ukazywały się m.in. w 'Guardianie', 'Daily Telegraph', 'The Independent' i 'Le Monde Diplomatique'. Na początku przyszłego roku ukaże się jej książka 'Gaza - getto nieujarzmione'
'Masakra trwa nadal' - transparent z takim napisem przemyciła na konferencję prasową gen. Sancheza 
w Bagdadzie, poświęconą sukcesom misji stabilizacyjnej. Konferencję przerwano, a Ewę Jasiewicz wyprowadzili siłą amerykańscy żołnierze
Fot. AP
'Masakra trwa nadal' - transparent z takim napisem przemyciła na konferencję prasową gen. Sancheza w Bagdadzie, poświęconą sukcesom misji stabilizacyjnej. Konferencję przerwano, a Ewę Jasiewicz wyprowadzili siłą amerykańscy żołnierze
ZOBACZ TAKŻE
GALERIA ZDJĘĆ
Najwięcej sławy przyniosło ci przerwanie konferencji prasowej generała Sancheza w Bagdadzie?

Tak, pokazali mnie nawet w CNN. To było w roku 2003, wtedy jeszcze oficjalna wersja była taka, że sytuacja w Iraku jest już całkiem pod kontrolą. Generał Ricardo Sanchez prowadził cotygodniowe konferencje prasowe w Zielonej Strefie w Bagdadzie, na których mówił o kolejnych sukcesach misji stabilizacyjnej. Ja byłam w Basrze i w Bagdadzie z ramienia międzynarodowej organizacji Voices in the Wilderness, czyli 'głos wołającego na puszczy' - ona dokumentowała bezsens sankcji jeszcze wobec reżimu Saddama, pokazując ich realne skutki, wcale nieuderzające w reżim, tylko w ludzi. Widziałam straszne rzeczy, zupełnie niepasujące do oficjalnej wersji. Przemyciłam z koleżanką na tę konferencję dwujęzyczny transparent 'Masakra trwa nadal' i udało mi się pokazać do kamer zdjęcie rodziny Abu Kawas, którą amerykańscy żołnierze bez powodu zabili w dzielnicy Sulejch. Nie było żadnych przeprosin, żadnych wyjaśnień - po prostu zabili, bo mogli to zrobić bezkarnie. Konferencję przerwano, żołnierze wynieśli mnie siłą z sali i zagrożono nam wtrąceniem do obozu, straszono potraktowaniem jak terrorystów. Nasz kolega z Reutersa był prześladowany tylko za to, że siedzieliśmy z nim na tej konferencji przy jednym stoliku, potem go nie dopuścili na konferencję Rumsfelda. Podobno nasze zdjęcia rozdano żołnierzom, żeby szczególnie uważali na mnie i na moją koleżankę.

Ale co ty tam w ogóle robiłaś?

Zajmowałam się kwestią ekonomicznej grabieży Iraku, za co odpowiadał Marek Belka. We współpracy z amerykańskimi związkowcami pomagaliśmy się organizować irackim pracownikom przemysłu wydobycia ropy naftowej - powstały irackie związki zawodowe. Zresztą to akurat był sukces, robotnicy się zorganizowali i udaremnili prywatyzację, przemysł naftowy pozostaje na razie własnością Iraku.

Ale dlaczego Polka z Londynu pakuje się w tak niebezpieczne miejsca i naraża się dla obcych ludzi?

Pewnie decyduje właśnie to, że nie jestem ani typową Polką, ani typową Angielką. Urodziłam się w Londynie w rodzinie andersowskiej emigracji. Chodziłam do polskiej szkoły w sobotę, do polskiego kościoła w niedzielę, a w każdy wtorek do polskiego ośrodka w Hammersmith, gdzie uczyłam się tradycyjnych tańców. Rodzice wychowywali mnie na Polkę, chociaż więc dorastałam wśród Anglików i Angielek, nie czułam się jedną z nich. Od najmłodszych lat najlepiej czułam się wśród takich nietypowych londyńczyków. Myślę, że to mnie uczyniło wrogiem wszelkiego rasizmu, nacjonalizmu.

Ale żeby opuścić bezpieczne londyńskie ulice i się dobrowolnie pakować w bliskowschodnie piekło...

To, po pierwsze, nie jest piekło, tam naprawdę jest bardzo pięknie. A po drugie, londyńskie ulice wcale nie są takie znowu bardzo bezpieczne. Najpierw, w latach 90., działałam właśnie w organizacji Reclaim The Streets, czyli Odzyskać Ulice. To jest taki kolektyw artystyczno-polityczny, który organizuje happeningi mające ludziom przypomnieć, że ulice należą do całego społeczeństwa, a nie tylko do kierowców i kapitału. Byliśmy atakowani przez prawicowe bojówki oraz policję, więc założyliśmy własną bojówkę - WOMBLES. Nazwa nawiązuje do bajek dla dzieci, ale jednocześnie jest skrótem - White Overalls Movement Building Libertarian Effective Struggle ('ruch białych kombinezonów na rzecz budowy skutecznej walki libertariańskiej'). To było połączenie walk ulicznych z teatrem politycznej pantomimy, nasze działania były bardzo teatralne, ale czasem skuteczne, udawało nam się na przykład przebić przez linie policyjne i ułatwiać masowe protesty na ulicy. Czułam się na tyle zaprawiona w ulicznych walkach w Londynie, że nie bałam się pojechać na Zachodni Brzeg.

Dlaczego właśnie tam? Jest tyle miejsc na świecie, gdzie ludzie cierpią i czekają na pomoc...

To się wszystko zaczęło od czytania o Palestynie. Miałam znajomych - żydowskie koleżanki, które pojechały na Zachodni Brzeg działać w Międzynarodowym Ruchu Solidarności (International Solidarity Movement), który powstał jako odpowiedź na cierpienia Palestyńczyków. Poza tym na moje zaangażowanie wpłynęła historia mojego ojca. Najpierw był więziony dwa lata na Syberii, a potem wydostał się z ZSRR razem z armią Andersa. Palestyna była wtedy pod brytyjską okupacją i polskie wojsko przez pewien czas pełniło funkcję okupanta. Mój ojciec stacjonował w pobliżu Strefy Gazy i po raz pierwszy tę nazwę usłyszałam w jego wspomnieniach. On uwielbiał Palestynę. Pisał w pamiętniku, że czuł się tam jak u siebie. Ale jednocześnie był pionkiem historii, okupantem wbrew woli. A przecież ojciec i jego towarzysze przystali do armii Andersa, żeby walczyć o wolność swojego kraju, a nie żeby zniewalać inne kraje. To też sprawiło, że czuję, że mam dług wobec tej ziemi.

Ja mogłam chwycić za broń izraelskiego żołnierza, żeby uniemożliwić mu strzał, bo mam urodę europejską. Gdyby to zrobiła kobieta o arabskiej urodzie, już by nie żyła. A ja uważam, że życie jest zbyt krótkie, by je marnować - trzeba tworzyć historię, a nie być pionkiem.

Słuchaj, ale po co w ogóle narażać swoje życie, skoro od takich spraw jest ONZ, Czerwony Krzyż itd.?

Właśnie te organizacje nie mogą się zajmować takimi sprawami. My jesteśmy nieformalną siecią ochotników, którzy jadą na własną odpowiedzialność. Nie wiem, jak to powiedzieć po polsku, po angielsku to się nazywa 'grassroots'...

Właśnie, nie ma dobrego polskiego odpowiednika - my mamy dużo dobrych słów, by określić, że jacyś oni coś za nas robią, ale brak nam słów na określenie oddolnej akcji obywatelskiej.

No więc my jesteśmy właśnie taką organizacją oddolną - jak korzenie trawy. Tymczasem ONZ czy nawet jakaś formalnie działająca organizacja pozarządowa (NGO) po prostu nie może wysłać obserwatorów do palestyńskiego osiedla w tak zwanej strefie buforowej, w której wojsko izraelskie po prostu strzela, do kogo chce i kiedy chce. Oni nie mogą narażać swoich pracowników na tak duże ryzyko śmierci czy kalectwa, to byłoby nielegalne. Dlatego takie profesjonalne instytucje są skazane na działanie w jakichś 'zielonych strefach', jak ten wydzielony rządowy sektor w Bagdadzie. Ludzie poza taką strefą byliby już pozostawieni własnemu losowi, gdyby nie ochotnicze organizacje takie jak nasza. Poza tym ludzie niewychodzący poza Zieloną Strefę przestają rozumieć, co się dzieje, nie znają ludzi, którym w teorii mają pomagać, łatwo przed nimi ukryć prawdę.

To jak to wyglądało w praktyce - wysiadłaś z samolotu i zaczepiłaś pierwszego z brzegu Araba, że 'dzień dobry, chciałabym się zapisać do Al-Fatah'?

Nie do Al-Fatah, tylko do ISM - International Solidarity Movement (Ruchu Międzynarodowej Solidarności). Przyłączyłam się do niego, jeszcze zanim tam pojechałam, w tym ruchu już działało wielu moich znajomych z Reclaim The Streets. Organizację założyli w roku 2001 Palestyńczycy i Izraelczycy, nie stosuje ona żadnej przemocy, po prostu chce, żeby na Zachodnim Brzegu i w Gazie byli świadkowie tego, co tam robi izraelska armia okupacyjna. Staramy się pomagać rannym, nie dopuszczać do eskalacji przemocy albo stajemy na drodze buldożerów, które niszczą palestyńskie domy.

I te buldożery się zatrzymują?

Nie zawsze. W roku 2003 Amerykanka Rachel Corrie została żywcem rozjechana przez izraelskiego kierowcę. Miała 23 lata. Parę tygodni później na moich oczach inny Amerykanin Brian Avery został postrzelony w twarz przez żołnierzy z transportera, stracił oko i kość policzkową. Potem Tom Hurndall, obywatel brytyjski, został zabity strzałem w głowę.

W jaki sposób izraelska ambasada potem tłumaczy rządom USA czy Wielkiej Brytanii zabicie ich obywatela - 'Ups, sorki, myśleliśmy, że to Arab'?

Podziel się