Wybierałam dziewczyny, które podobnie do mnie nie czuły się istotami pięknymi. Moje pierwsze portrety zdumiały mnie samą: 'Przecież one są śliczne! Tylko nie znają samych siebie'
- Veruschka nad rozlewiskiem (12-01-10, 01:00)
- Miss Jo ceruje pończochy (26-11-09, 01:01)
- Nie strzelaj od drzwi, czyli portret z klimatem w tle (28-10-09, 17:01)
- Najpierw pstrykaj, potem myśl czyli poradnik fotografa miejskiego (27-10-09, 13:47)
- Ucho, ręka, nos, czyli co potrafi czterooki (09-10-09, 15:48)
- Co ja, Jezus Chrystus jestem? (11-08-09, 01:00)
- Cięcie - wystawa fotografii (15-10-09, 01:00)
'Zdąży' - odpowiadał ojciec.
Do studia, gdzie fotografowało się klientów, wchodziło się klatką schodową na pierwsze piętro. Stał tu stary, ogromny aparat skrzynkowy. Widzę, jakby to było dziś: ojciec wsuwa głowę pod czarną materię, ustawia na matówce obraz (klisze na początku były szklane, później celuloidowe), wybiega do przodu, odsłania obiektyw, unosi kasetę-szyberek i mówi łagodnie: 'Proszę patrzeć w obiektyw'. Wypowiada liczby: dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa, trwa to sekundę, i zamyka obiektyw.
- Jako trzynastolatka - dzielił się wspomnieniem Eugeniusz Nasierowski - zastąpiła mnie kiedyś w zakładzie i z wielkim przejęciem zrobiła pierwsze zdjęcia. Były bardzo dobre. Klientka, która nie była pewna, czy zdjęcie wykonane przez dziecko może się udać - kamera była przynajmniej o połowę wyższa od niej - zamówiła tylko trzy odbitki. Poprosiła o więcej.
Prawdziwa praca i wyzwanie zaczęły się dla Zosi w Technikum Fototechnicznym. Szkoła na ulicy Spokojnej, nawiązywała do Państwowej Szkoły Fotograficznej powołanej w Warszawie w roku 1929 na ulicy Górnośląskiej. Zosi podanie wraz ze świadectwem podstawówki przyjmowała Irena Raczyńska. 'Pamiętam skromną, drobniutką panienkę, która pośród większości uczących się w technikum chłopców wyróżniała się pracowitością i solidnością, ale też ruchliwością i niespożytą energią. W szkole jej zazdroszczono. Pochodziła z zamożnego domu, jej ojciec pan Nasierowski miał zakład fotograficzny i duży dom na Bielanach. A wtedy wszędzie biednie, tyle że na swój sposób miło'. - W klasie byłam zawsze najmniejsza, chucherkowata. Nazwali mnie 'Nasionko'. Do tego nieśmiała, małomówna i największe nieszczęście dla podlotka: miałam odstające uszy. Wymyślałam rozmaite fryzury ze swoich mysich warkoczyków. Uszy zawsze wysuwały się spod włosów. Cierpiałam, bo koledzy ciągle mi z tego powodu dokuczali.
Już wtedy pomyślałam, że powinien być ktoś w życiu dziewcząt i kobiet, kto potrafiłby im powiedzieć, w jaki sposób mogą tuszować braki urody. Sama z sobą nie umiałam sobie poradzić, ale wiedziałam, patrząc na koleżanki, co powinny zmienić w swoim ubiorze, fryzurze, nawet w sposobie bycia, by oczarować pięknem. Moje zeszyty zamalowane były portretami koleżanek. Zaczęłam je fotografować. Wybierałam dziewczyny, które podobnie do mnie nie czuły się istotami pięknymi. Moje pierwsze portrety zdumiały mnie samą: 'Przecież one są śliczne! Tylko nie znają samych siebie!'. W maturze najbardziej ją cieszyło, że jako osoba już dorosła będzie mogła ściąć warkocze. - Maturę zdałam o dwunastej pięćdziesiąt, a na fotelu u fryzjera siedziałam już po dziesięciu minutach. Po paru tygodniach ta maturzystka dołączyła do kolorowego tłumu młodzieży z całego świata na 'poststalinowskim karnawale radości', trwającym w Warszawie V Światowym Festiwalu Młodzieży. Po raz pierwszy zobaczyła odważne stroje, całowanie się na ulicach. 'Trudno było powiedzieć - wspominał Henryk Grynberg - kto kogo zwiedzał, oni nas czy my ich'.
W październiku '56 miała 18 lat i podobnie jak rówieśnicy musiała odpowiedzieć sobie na pytanie: co robić i jak żyć?
Niepokój budziła wiadomość o blisko 30 kandydatach na miejsce w Filmówce w Łodzi. Istniała też bariera na razie nie do pokonania - ojciec absolutnie nie zgadzał się na wyjazd córki poza Warszawę, tym bardziej do szkoły, o której nasłuchał się, że tam ruja i porubstwo! Uknuły z mamą, że będą go obłaskawiać przez rok. Ona w tym czasie przygotuje dobry zestaw zdjęć.
W następnym roku, ciągle w tajemnicy przed ojcem, złożyła prace w Łodzi na Wydział Operatorski. Dowiedziała się, że w roku akademickim 1956/57 przyjmą tylko siedmiu studentów. Dostała się jako jedyna dziewczyna. Wysłałam telegram do domu. Mama relacjonowała, że ojciec dostał szału. 'Co?! Do Łodzi?! To jest rozpustna szkoła'. Kiedy ochłonął, nie mógł wyjść z podziwu: 'Popatrz, popatrz, sama tego dokonała '.
- Na dobre nie zaczęłam studiować, gdy Związek Artystów Fotografików, którego byłam najmłodszym członkiem, zorganizował tuż po październikowej odwilży wyjazd do Włoch. Pierwszy raz z tej szarej Polski za granicą. - Przeżycie ważniejsze dla nas niż wystrzelenie Łajki, która w tamtych dniach poleciała w kosmos - porównuje Wojciech Plewiński, uczestnik wycieczki, fotografik przez 45 lat związany z 'Przekrojem'. Zosia nie mogła się wprost napatrzeć na piękne buty. - Stałam i przeliczałam, czy będzie mnie stać na jakąś parę. A we Włoszech wspaniałe widoki, pyszne jedzenie, pierwszy raz próbowałam pizzy. Z podróży przywiozłam pięć tysięcy zdjęć. Po powrocie byłam w szkole gwiazdą słynnych schodów, wszyscy byli ciekawi, jak wygląda zgniły Zachód. Największe zainteresowanie i zazdrość wzbudziło zdjęcie lambretty komentowane przez znawców pojazdu ze szczegółami. Zdecydowany udział w zakupie lambretty miał tata, ale w części sama na nią zarobiłam - z kolegami wyjeżdżaliśmy na wieś fotografować śluby, komunie i chrzciny. Ciężka praca, w nocy wywoływaliśmy i kopiowaliśmy w szkolnym laboratorium, czasem w łazience, rano zawoziliśmy i już miałam pieniądze. Dostawałam co prawda od rodziców co miesiąc pewną sumę na utrzymanie, ale chciałam mieć na kolacyjki w Malinowej.
Parę twórczą tworzyły z Agnieszką Osiecką. Poznały się w Studenckim Teatrze Satyrycznym. - Agnieszka, która studiowała na reżyserii, rok niżej ode mnie, zapytała zwyczajnie: 'Chcesz robić ze mną filmy?'. Od tej chwili niemal we wszystkich jej etiudach byłam autorką zdjęć. Dobrze nam się współpracowało. Ona nie miała ambicji zostania reżyserem, ja - operatorem. Ją pochłonęło pisanie piosenek, mnie - zdjęcia. Nie czułyśmy się dobrze na planie, tłum ludzi mnie onieśmielał. Do tego kamera ważyła blisko 25 kilogramów. Jerzy Mierzejewski: - Zdobyła już sporą popularność, znały ją wszystkie baby w Warszawie przez to robienie pięknych portretów. Od natury miała dany talent do tego rodzaju fotografowania.
Jej karierę zapoczątkowało zdjęcie Lucyny Winnickiej, które zdobiło okładkę 'Ekranu' w 1958 roku. 'Szukaliśmy okładki do świątecznego numeru - wspomina Barbara Wachowicz, wówczas redaktorka tego tygodnika. - Jakże brzydkie były wszystkie nasze aktorki! Ostre, kanciaste, sztywne, martwe ich twarze na portretach milczały. I oto biorę w dłonie zdjęcie Lucyny Winnickiej. Sama jasność, świetlistość, wdzięk, ciepło, urok. Autorka? Studentka Wydziału Operatorskiego Wyższej Szkoły Filmowej - Zofia Nasierowska'. Później różne tygodniki rozchwytywały zdjęcia Zosi: 'Zwierciadło', czarno-biały 'Świat', 'Film'. Towarzyszyły akcji 'Piękne dziewczęta na ekrany'.
Miałam ledwie 20 lat, gdy przyszła do mnie na zdjęcia Nina Andrycz. Ojciec mi opowiadał, że w 1937 roku została Królową Mody na balu w Hotelu Europejskim, kulminacyjnym punkcie każdego przedwojennego karnawału. Za najlepiej skrojony frak wyróżniono wówczas Jarosława Iwaszkiewicza. Zajechała z garderobianą i lustrem. 'Gram - oznajmiła - więc muszę patrzeć w lustro, zawsze tak robię podczas sesji zdjęciowych'. Łagodnie zaproponowałam, że jedne ujęcia zrobię z lustrem, drugie bez. Kobietom zdaje się, że jak będą robić miny do lustra, lepiej wypadną, a jest odwrotnie. Andrycz wybrała ujęcia bez lustra.
Lubiłam seanse z Beatą Tyszkiewicz. Jesteśmy z tego samego rocznika. W krótkim czasie pokazywała różne twarze. Grzeczna panienka z dworku, kiedy jej upięłam gładko włosy, a w rozpuszczonych i z dodatkiem boa przeistaczała się w wampa. Jej twarz zawsze bardzo dobrze 'łapała' światło. Podobnie jak Kaliny Jędrusik, najbardziej niesłownej i niezorganizowanej osoby, ale dowcipnej, bystrej. Światło po prostu ją kochało, jakby po jej twarzy płynęło. Nigdzie się nie załamywało, nie tworzyło kontrastów. Nie wiadomo, od czego to właściwie zależy, bo nie ma znaczenia, czy twarz jest szczupła, czy pełna. Napisała kiedyś: 'Te zdjęcia z lat 80. są mi bliższe, wydaję się sobie piękniejsza niż na tych z lat 50. To właśnie Zosi tajemnica'.
Wracam kiedyś do domu, na schodach siedzi korpulentna niewiasta i zajada się ciastkiem. 'Proszę pani - błaga - odezwał się po latach mój narzeczony, byliśmy razem w Powstaniu, zaginął. Losy rzuciły go do Australii. Spotkał tam kogoś, kto mnie znał i dał mu mój adres. Napisał: » Czy jesteś sama jak ja? Czy mogłabyś przyjechać do mnie? Przyślij choć fotografię «. Mam 65 lat, nawet pani nie zrobi ze mnie wampa, ale od tego, jak będę wyglądać na zdjęciu, zależy, czy on mnie zaprosi'. Sfotografowałam ją, trochę wyszczupliłam i prosiłam, żeby przestrzegała diety. Napisała mi już z Australii, że było co prawda lekkie rozczarowanie, ale mimo to są razem. Nie poddała się mojej sugestii malarka Maja Berezowska, wówczas już pani po siedemdziesiątce. Delikatnie dałam do zrozumienia, że do zdjęcia lepiej by pasowała sukienka z długim rękawem, może szal, ale pani Maja zdecydowała, że się świetnie czuje w sukience na szelkach i taką ją lubi jej adorator, młody, muskularny mężczyzna, który nam towarzyszył. 'Janku, otwórz kufer i poczęstuj nas piernikiem' - poprosiła po zakończeniu zdjęć. Otworzył pokaźną skrzynię, rozszedł się zapach goździków. 'Pani Zosiu, to jest bardzo dobry sposób na panów mieć pierniki pod ręką, w skrzyni' - poradziła mi pani Maja. Od 14. roku życia Zofia Nasierowska pracuje przy ciągłych zmianach światła: w ciemni mrok, w pracowni reflektory. Jej oczy są w złym stanie. Musi zrezygnować - po 35 latach. - Użaliłam się nad sobą, spłakałam, myślałam: Boże, dlaczego? Na matówce aparatu widzę tylko zamazany obraz, cień człowieka. Muszę dostrzec jego źrenice, jego twarz, w których wszystko się odbija: czy on się uśmiecha, czy jest zalotny, czy smutny. Jeśli nie widzę tego, nie zrobię dobrej fotografii.
Wymyśliłam, że w domu, który budujemy na Mazurach, powstanie pensjonat. Pochwały przy stole staną się ważniejsze niż oficjalne nagrody, a wnuki będą mnie wspominać nie dlatego, że robiłam dobre zdjęcia, lecz że piekłam świetne mazurki. Gotowanie przypomina fotografowanie, obowiązują te same zasady: proporcje, kompozycja, smak. I ten najważniejszy moment tworzenia, który zależy od osobowości. Choć moje zdjęcia były czarno-białe, a stół jest barwny, zawsze podstawowym elementem jest światło. W ciemniejszym pokoju nakrywam stół jasnym obrusem, a mniej oświetlony jego kraj ozdabiam jaskrawszym elementem. Potrawy też dobieram kolorystycznie. - Zachwyciłam się plackiem ziemniaczanym, ułożyłam na nim befsztyk owinięty boczkiem, przystroiłam zielonościami, wybiegłam z talerzem przed dom, na słońce, zobaczyć wszystkie niuanse, których nie widzę już w sztucznym świetle, i zrobiłam zdjęcie.
na podst. swojej książki 'Nasierowska. Fotobiografia', wyd. Marginesy
-
Re: Zdjęcie od Nasierowskiej
dymscha
18.11.09, 10:17
zdjęcia takie hmm legitymacyjne? Tradycyjne, bez polotu, poprawen, alesztampowe. Gdyby nie bohaterowie tych zdjęć, nie byłoby o czym mówić.»
-
Zdjęcie od Nasierowskiej
barakuda100
18.11.09, 16:28
Bardzo żałuję, że już nie ma takich ( jeżeli są to przepraszam - ja o nich nic nie wiem )artystów fotografików jak pani Zofii Nasierowskia, którzy bez obróbki komputerowej potrafią robić tak»
-
Zdjęcie od Nasierowskiej
jeanne71
06.12.09, 12:25
i pomysleć, że miałam zaszczyt z p. Nasierowską rozmawiać niegdyś :) podziwiamjej Twórczość i mam nawet jej kilka ksiązek:)»
W numerze z 6 marca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
-
Za rzeczką jest już inny kraj
Rozmowa z Marią Mileńko, laureatką międzynarodowego konkursu 'I love Europe'
-
Różowy sposób myślenia
Pink Stinks to nowy ruch społeczny, który sprzeciwia się seksualizacji dziewczynek i uprzedmiotowieniu kobiet. Działa w Wielkiej Brytanii i Polsce, a jego zwolennicy nawołują: ...







więcej zdjęć




