http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Konfrontacja z szarą słoniną

Maciej Stasiński
10.11.2009 , aktualizacja: 05.11.2009 14:56
A A A Drukuj
Tessa Capponi z mężem Kubą i dziećmi - na kolanach taty Zygmunt i Cosima, na kolanach mamy Flavia. Warszawa, 1995 r. Fot. archiwum prywatne Tessa Capponi z mężem Kubą i dziećmi - na kolanach taty Zygmunt i Cosima, na kolanach mamy Flavia. Warszawa, 1995 r.
'Dla moich bliskich i przyjaciół moje opowieści z Polski to były horrory. Patrzyli na mnie albo ze współczuciem, albo z politowaniem. Albo: biedna, jak ty sobie tam radzisz? Albo: głupia pinda, ma, co chciała' - rozmowa z Tessą Capponi, arystokratką, która wybrała PRL
Wigilia 1998 r. Włosko-polska rodzina Tessy Capponi na strychu w mieszkaniu
w Warszawie
Fot. archiwum prywatne
Wigilia 1998 r. Włosko-polska rodzina Tessy Capponi na strychu w mieszkaniu w Warszawie
Tessa Capponi z mężem Jakubem Borawskim po ślubie cywilnym. Na weselu serwowano tort czekoladowy z ziemniakami. Warszawa, 1985 r.
Fot. archiwum prywatne
Tessa Capponi z mężem Jakubem Borawskim po ślubie cywilnym. Na weselu serwowano tort czekoladowy z ziemniakami. Warszawa, 1985 r.
ZOBACZ TAKŻE
Masz tu w domu archiwalny numer 'Trybuny Ludu' z 24-25 września 1983. Przyjaciele przerobili na komputerze pierwszą stronę. Jest informacja, że do Polski z Włoch przyjechała agentka kleru i burżuazji Tessa Capponi, alias Bazylia, żeby podważać ustrój. Przyjechałaś do nas w tzw. noc stanu wojennego. Córka pradawnego rodu florenckiego, który rywalizował o władzę z Medyceuszami. Co to za pomysł był?

To było surrealistyczne. Wsiadałam w Wiedniu na Südbahnhof około północy, odprowadziła mnie siostra cioteczna, u której się zatrzymałam na jeden dzień po przyjeździe z Florencji. Na dworcu normalny ruch, życie. Ale pociąg do Polski pusty i ciemny. Siostra mówi: 'No jasne, przecież ty jedziesz w odwrotnym kierunku niż wszyscy'. Cały wagon pusty, byłam sama jedna, słowo honoru, do samej polskiej granicy do szóstej rano nie było nikogusieńkiego. Siedziałam sama w ciemnym przedziale, słuchałam na walkmanie Dire Straits - 'Sultans of Swing', 'Romeo and Juliet' i 'Local Hero'. I Warsaw Concerto na fortepian i orkiestrę Addinsella. I Mozarta Koncert na róg i orkiestrę, bo to uspokajało. Wiozłam butelkę oliwy z oliwek i jedną parę butów dla kogoś. Byłam na 120 procent zakochana.

A w domu? Jak cię żegnano?

Były setki telefonów, żebym zabrała listy i jakieś rzeczy dla bliskich, ale wzięłam tylko te buty. Mama na dworcu była przerażona, ale nie dawała po sobie poznać. U nas w rodzinie nie należy się skarżyć ani za dużo tłumaczyć. Widziałam, że ma ochotę powiedzieć: 'Może się jeszcze namyślisz', ale powiedziała tylko: 'Miłej podróży, Bóg z tobą'. Rodzicom powiedziałam, że jadę do Polski, trzy miesiące wcześniej. Stwierdzili, że nie mają pieniędzy, więc sama muszę sobie zarobić na podróż. Mama załatwiła mi pracę w Londynie, w domu aukcyjnym Christie's. Pracowałam w recepcji i uśmiechałam się do wszystkich. Dobrze płacili. Wołali na mnie 'Hello, Warsaw Pact'.



W Londynie mieszkałam u kuzyna, miałam tam rozległą rodzinę z bardzo starego rodu szkockiego Arbuthnot, z prawem do noszenia kiltu - szkockiej spódnicy. Akurat odbywał się tam zjazd rodzinny. Poszłam wystrojona, a tam głowa rodu mówi na początek: 'Mamy dzisiaj przyjemność gościć moją kuzynkę z Florencji, która niedługo wychodzi za Polaka'. Zapadła cisza. Kiedy przeszliśmy do sali jadalnej, nagabnął mnie jeden z kuzynów. Oni wszyscy są albo Hugh, albo Keith. I mówi: 'No, wiesz, ja ich znam, Polacy to wspaniali żołnierze, no i niebezpieczni dla kobiet, całe to całowanie po rękach, oszukańcza galanteria. Ale przynajmniej będziesz miała ciekawe życie, te podróże: Londyn, Nowy Jork itd.'. Ja na to: 'Ale ten mój mieszka w Polsce'. Kuzyn zaniemówił, popatrzył na mnie i powiedział: 'Powinniśmy dziękować Bogu, że nie jest Murzynem'.

A co mówili twoi bliscy?

Pukali się w głowę, ale za moimi plecami. Nikt z rodziny nie próbował mi tego wybić z głowy. Wiedzieli, że jak powiedzą 'nie', to dziecko tylko się tym bardziej zaweźmie. Ja miałam jechać na wakacje, na półtora miesiąca. Sama intuicyjnie wiedziałem, że to na zawsze, byłam pełna entuzjazmu, ja nie jestem bardzo racjonalna. Ale oni myśleli raczej, że niech jedzie, zobaczy, jak to jest, posmakuje, a potem się zobaczy, co dalej. Niektórzy członkowie mojej rodziny tłumaczyli moim rodzicom, że trzeba mi odciąć wszelką pomoc finansową, niech sobie radzi sama, to się opamięta. Mówili, że ten Kuba to pewnie szpieg komunistyczny jest itd.

Ale ludzie, twoi koledzy, przyjaciele rówieśnicy, co mówili?

Reakcja była bardzo negatywna. Nawet wroga. Mówili, że jestem nieodpowiedzialna, że jak mogę opuszczać Florencję i Włochy i gonić za jakimiś mrzonkami. Nikt mnie nie wsparł z mojego towarzystwa, ludzi z tzw. mojej sfery. Dopiero potem poznałam innych, którzy znali Polskę i mi pomogli bardzo, jak Francesco Cataluccio...

A co sama myślałaś wtedy, 24-letnia, wszechstronnie wykształcona arystokratka, które jedzie za żelazną kurtynę?

Wyjeżdżałam bez pojęcia, co mnie czeka. Wcześniej nie byłam nawet na wakacjach po tej stronie. Coś słyszałam, że kartki na mięso, że neony tylko częściowo się świecą. Ale co innego słyszeć, co innego zobaczyć, doświadczyć. Kiedy wcześniej Kuba wracał z Florencji do Polski, nie rozumiałam, czemu kupuje np. pastę do butów. Wiedziałam od niego, że jest stan wojenny, że Jaruzelski itd. Znieśli go zresztą na miesiąc przed moim wyjazdem do Polski. Wiedziałam, że jeszcze rok wcześniej mówiło się, że Polacy walczą, nie dają się. W 1983 widać było, że coś oklapło, było zmęczenie. Tydzień przed wyjazdem rozmawiałam z Kubą przez telefon. Wtedy trzeba było zamawiać rozmowy. Pytam go: 'Co przywieźć?'. A on, że tylko oliwę z oliwek. Że w razie czego są Peweksy. 'Co to są Peweksy?' - pytam. 'Zobaczysz'. Polska to była trochę czarna dziura. Papież, Wałęsa, Chopin, ale niewiele więcej.

To wróćmy do pociągu.

Ciemno, pusto. Trzęsę się z zimna i ze strachu. Na granicy austriacko-czechosłowackiej wsiada celnik czeski. Próbuje pytać po niemiecku, ale ja pokazuję, że nie rozumiem. To zaczyna łamaną włoszczyzną: 'Giornali, revisti, libri ofensivi dla socialismo reale?'. Ja na to, że nie, że tylko butelka oliwy. On macha ręką, że nieważne. 'A alkohol jest?' 'Nie, tylko walkman'. 'A narkotyki?' Ja, że nie, tylko oliwa. 'A pornografia jest?' I wysiadł. Dalej, do granicy polskiej, do świtu znowu jechałam sama. Na granicy koło szóstej rano zaczęli się pojawiać żołnierze i celnicy, zaglądali, otwierali drzwi, śmiali się i wychodzili. Nic nie rozumiałam. Potem zaczęli wsiadać ludzie. W Katowicach wsiadła taka jedna gruba kobieta z koszami, a w nich sery, jaja itd. Próbowała rozmawiać, ale ja nic nie rozumiałam. Tacy ludzie jeździli pociągami trzeciej klasy we Włoszech w latach 50.-60., ale potem to znikło. Ale żeby w pociągu międzynarodowym?!



Potem wzeszło słońce i zobaczyłam tę ziemię po horyzont, niekończące się płaskie pola. A na środku pola samotny człowiek z koniem i pługiem. Tego też nie widziałam od dzieciństwa. Koło południa pociąg stanął na jakiejś stacji, ludzie zaczęli wysiadać. Ja myślałam, że to jakaś podmiejska stacja. Gdybym nie zobaczyła Kuby na peronie, pojechałabym dalej, a pociąg był do Moskwy. Okazało się, że to Dworzec Gdański, a wyglądało... dzisiaj powiedziałabym: Przystanek Alaska. Potem jechaliśmy taksówką, Kuba pokazał mi Pałac Kultury, 'prezent od Wielkiego Brata', pojechaliśmy do mieszkania na Opoczyńskiej, pokój z kuchnią, 37 metrów kwadratowych, byłam głodna jak wilk. Kuba zrobił forszmak, dobrze gotował. Kończyło się lato, było jeszcze zielono i dużo kolorów, byłam przejęta, wszystko widziałam na różowo. Następnego dnia pojechaliśmy na urodziny mojej przyszłej teściowej do mieszkania na bardzo ładnym strychu w kamienicy przy Alejach Ujazdowskich. Kamienica nie taka znowu inna niż we Włoszech, obiad też był pyszny. Krótko mówiąc, moje zderzenie z architekturą realnego socjalizmu zostało odroczone.

A gdzie zderzenie z rzeczywistością realnego socjalizmu było najboleśniejsze?

W sklepach spożywczych i w sklepach z odzieżą. Ja bardzo reaguję na zapachy, obrazy, dotyk. Weszliśmy do mięsnego. Niby wiedziałam, że mięso jest na kartki. Ale jak zobaczyłam rozwalające się brudne pomieszczenie, a w nim na tle brudnej ściany wiszące na haku coś szarego, nie miałam pojęcia, co to jest, a to była słonina, a na ladzie leżały jakieś kości... Kuba mówi: 'Nie rzucili, idziemy'. 'Co to znaczy »nie rzucili «?' - pytam. 'Albo jest zaopatrzenie, albo nie ma, albo tu, albo tam'. Spytałam: 'Jak to? To może tak potrwać parę dni?'. 'No jasne, że tak'. Potem pojechaliśmy do Supersamu, już nie istnieje...

To wtedy najlepszy sklep na Mokotowie był...

Było brudno. I te ilości octu. Ale to już banał, nawet dla mnie dzisiaj. I konserwy w occie, makaron szary jak błoto. Zabłocone pojemniki z kefirem w zabłoconych skrzynkach. Spytałam: 'A gdzie będziemy robić zakupy?'. 'Tutaj'. 'Ale tu nic nie ma. Poza tym jest brudno. Niczego nie dotknę'. 'Nie ma inaczej'. Na rogu Narbutta i Opoczyńskiej był sklep warzywny. Trochę bardziej normalny. Kuba mówi: 'Są syfony, woda, bierzemy'. Spytałam: 'Woda? A z kranu nie można?'. 'Wykluczone'. Poszliśmy na spacer po sklepach odzieżowych. Nie rozumiałam, dlaczego na zakurzonych wystawach wisiały jakieś trzy smutne kiecki. Był taki sklep Mody Polskiej koło Domów Centrum, na końcu Rutkowskiego, dzisiaj Chmielnej. Poszliśmy tam, a na wystawie manekin kobiety ubrany w coś, ale na kolanach, z rozrzuconymi ramionami jak na krzyżu i z głową przechyloną w bok. Wyglądał jak kiepska figurka świętego.

Podziel się