Marta Świech żyje beztrosko z mężem górnikiem. Adam zna jej myśli. Na przykład idą do sklepu. Marta bierze z półki papier i sól, a w koszyku już jest papier i sól. Nieraz chce się pokłócić, więc ble-ble. A Adam macha ręką: - Przejdzie ci. Robią sobie przyjemności, do kina chodzą zawsze na nocne seanse. Czekają, aż dzieci zasną, i już ich nie ma. Wariactwa. Ona śpi, on późną nocą wraca z pracy. Wstawaj, jedziemy do Tesco. Tam całą noc otwarte. - Robiliście kiedyś zakupy o trzeciej nad ranem? - pyta Marta. Pieniądze? Marta nie musi się prosić. Jest karta, idź se weź. Adam zrobił kurs ratownika górniczego, nieźle zarabia. Będzie nowe, większe mieszkanie. Bank ocenia, że mają zdolność kredytową. - Chcielibyście tak żyć - mówi Marta.
Beata Goniwiecha pracuje w urzędzie od rana do popołudnia. Mariusz, jej mąż, bierze nocki, żeby dziewczynki nie były same. Drogę z kopalni do domu pokonuje w pięć minut, wariat jeden. Chce zobaczyć Beatę choć przez chwilę. Przytula ją: - Myszko, liczy się każda minuta. Dba o rodzinę. Zawsze razem - na spacer, na wycieczkę, do kościoła. Lubi z żoną chodzić po ciuchy, aż dziwne jak na chłopa. Kiedy rodzi się Karolina, pierwszy do przewijania i kąpania. Gotuje. Risotto - danie popisowe. Droczy się z młodszą córką: - Ramona, jak ugotujesz takie risotto, będziesz mistrz.
Tylko u Poloczków się nie przelewa. Bernard dawno temu odszedł z kopalni bez prawa powrotu. Wziął odprawę - ponad 30 tysięcy na rękę. Chciał założyć biznes, nie wyszło. Pieniądze szybko się rozeszły, a nowej pracy nie było. Dorabiał jako kierowca w WSS Społem, a potem przy rozwożeniu węgla. Przynosił do domu do 40 złotych dziennie. Mariola Poloczek oszczędza. Bieda, ale ma być czysto. Zamiast proszku - szare mydło, dla zapachu kapka lenoru do płukania. Dezodorant koniecznie, nawet taki za 2 złote. Poloczkowie nie płacą czynszu za mieszkanie. Dług rośnie do 15 tysięcy. Mariola babciom na osiedlu za parę groszy pucuje okna i wiesza w nich gardiny. Aż nagle Bernardowi trafia się robota w firmie MARD, która na zlecenie kopalń rabuje wyczyszczone z węgla chodniki, czyli wyciąga na górę wszystko, co jeszcze może się przydać.
Mariola: - Wreszcie co miesiąc wypłata, można pożyczyć i oddać. Znów życie jak u ludzi, zwyczajne. Przy sobocie Bernard robi z kolegami ściepkę, chłopy piją. Przychodzi po tym do domu, je i kładzie się spać. Bez awantur. W poniedziałek szychta na Halembie.
Zamień się, straszny sen miałam
Marianna Jędralska: Pozostało po nim pięć fotografii. Minęło ponad 50 lat, ale kiedy patrzę na zdjęcia i wspominam męża, zawsze pojawiają się łzy. Drugi raz nie wyszłam za mąż. Nieraz żałuję, bo na starość jestem sama
Sosnowiec 1959. Marianna Jędralska jest z rodziną na Nowym Sielcu w kościele: - Nagle obraz Matki Boskiej złamał się i leci na nas. A Najświętsza Panienka wyciąga rękę. Ochrania dzieci, mnie, ale nie męża. Mówię mu rano: Józek, taki sen straszny miałam. Zamień się, nie idź na tę szychtę. Odpowiedział: Będą źle patrzeć. I poszedł. Józef ginie w wieku 25 lat w kopalni Sosnowiec. Potężny kawał węgla przygniata go jak ten obraz Matki Boskiej.
Ruda Śląska 2006. Beata Goniwiecha w urzędzie miejskim czeka na telefon Mariusza. Jeśli rano nie zdążą się spotkać, zawsze dzwoni po szychcie w Kopalni Węgla Kamiennego 'Pokój'. - Dla spokojności, taki zwyczaj - wyjaśnia. Koleżanki radzą: - Sprawdź w kopalni, podobno wypadek był. Nie sprawdza. Wyobraża sobie, jak jej mąż leży w czarnym chodniku przysypany węglem. Żyje, czeka na pomoc. Tak było dwa miesiące wcześniej. Beata nie wie, że tuż po drugiej w nocy 790 metrów pod ziemią ginie czterech górników. Silne tąpnięcie. Na liście ofiar 40-letni Mariusz Goniwiecha.
Znów Ruda Śląska, ten sam rok. We Wszystkich Świętych Bernard Poloczek wybiera sobie miejsce na cmentarzu: - Jakby coś się stało, to tu bym chciał leżeć, w tym grobie zaniedbanym koło matki. I żebyś mnie nie spaliła - przykazuje żonie.
21 listopada w kopalni Halemba wybucha metan i pył węglowy. Bernard ginie tak jak chciał - w mgnieniu oka, bez bólu. Razem z nim 22 kolegów.
Siemianowice Śląskie 2007. Do Marty Świech dzwoni brat: - Włącz telewizor, jakiś wypadek na Staszicu pokazują.
Marta przeczuwa - Adam zginął. Dzwoni na kopalnię: - Co z mężem? - Jak mamy pani to powiedzieć? - Normalnie nie żyje. No, nie żyje. Źle zamocowana obudowa jednego z chodników w kopalni nie wytrzymała naporu. Skały przygniotły Adama. Miał 35 lat. To było we wtorek 23 kwietnia.
Kopalnie losują pogrzeby
Komunia Dominika, najmłodszego syna Świechów, wypadała 20 maja. Sala na działkach zamówiona, goście zaproszeni, w domu remont. W poniedziałek wieczorem Adam skończył malować duży pokój, zawiesił na ścianach obrazy, a stare meble przykrył folią i ustawił na środku. Zaraz po nocce miał je wynieść, żeby zrobić miejsce na nowe. Marta: - Pojechałam do niego na kopalnię. Nie chcieli mnie wpuścić, bo prokurator ma pierwszeństwo. Ale koledzy Adama pomogli i zobaczyłam, co miałam zobaczyć. W domu już cała rodzina, siostra, teściowie. Zajmują się dziećmi. Dzwoni ktoś ze związków górniczych. Marta prosi: - Dajcie mi kogoś do pomocy. Tomek, kolega Adama, podjeżdża autem. Marta: - Mamy pieniądze zaoszczędzone na lokacie, trzeba je podebrać. Tomek: - Gdzie te pieniądze? - W banku. - W jakim? - Nie wiem. Chryste, zapomniałam wszystko. W Katowicach. Tomek wozi Martę po mieście. Pyta, jak ten bank wyglądał. W końcu trafiają.
Potem do zakładu pogrzebowego wybrać trumnę. - Jaką chcesz? - pyta Tomek. Marta: - Trumnę? Dzisiaj nowe meble nam przywieźli, trzeba poskręcać. Tomek wzywa kolegów: - Wnoście, skręcajcie, ustawiajcie.
21 listopada przed północą podano informację, że w Halembie wybuchł metan. Trąbili o tym w telewizji. Mariola Poloczek chciała od razu pobiec na kopalnię, ale ojciec wybił jej z głowy. - Przecież cię tam nie wpuszczą. Dzwoń do MARD-u, bo Bernard u nich pracuje. Tam do świtu nikt nie odbierał. Poczta pantoflowa: rodziny poszkodowanych górników zbierają się w kopalnianej stołówce. Niektórzy całą noc czekają na wiadomości, kto zginął, kto przeżył. Mariola przychodzi tam o świcie 22 listopada. Widzi śpiące dzieci. Zmęczone kobiety drzemią z głowami opartymi na ramionach. W stołówce sekretarka z MARD-u. Tłumaczy, czemu nie podnosiła słuchawki. - Prezes zabronił. Mariola łapie prezesa za klapy kurtki: - To ja się muszę o wypadku z telewizji dowiadywać? Niech go pan z dołu wyciąga. Może być połamany, bez rąk, bez nóg, byle żywy.
Prezes wystraszony: - Pani Poloczek, gdybym tylko mógł zjechać na dół... Ale ja przy windach stoję, ja ręce rozkładam.
Wieczorem telewizja podaje, że wszyscy zginęli. Rano 23 listopada telefon. - Pani Mariolu, niech pani siedzi w domu, przyjdzie prezes składać kondolencje. Górnikom z Halemby kopalnia odprawi pogrzeby. Tych z MARD-u wylosują inne śląskie kopalnie, bo MARD nie ma pieniędzy. Obowiązek pochowania Bernarda przypada kopalni Anna w Rydułtowach.
Dla kopalni umarłam z mężem
Józefina Kręcichwost: Kiedy siadam w dużym pokoju, zawsze go wspominam, bo to, co pozostało po mężu, to ściany, panele i nowe meble. To ostatni remont, jaki zrobiłam. Na inne w przyszłości nie będzie pieniędzy