http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Autorka jednej książki

list Janiny Fatygi
27.10.2009 , aktualizacja: 29.10.2009 12:09
A A A Drukuj
Historię mojego życia przedstawiają obrazy, które zapełniają ścianę salonu. Są na nich: moja śliczna mama, ojciec w wojskowym mundurze, sielski obrazek teściów pod jabłonią w ich sadzie, nasze dzieci, wnuki i ostatnia radość mojego życia - prawnuki 
Jaś i Mateuszek, synowie naszej wnuczki Ludwiki Fot. Łukasz Giza Historię mojego życia przedstawiają obrazy, które zapełniają ścianę salonu. Są na nich: moja śliczna mama, ojciec w wojskowym mundurze, sielski obrazek teściów pod jabłonią w ich sadzie, nasze dzieci, wnuki i ostatnia radość mojego życia - prawnuki Jaś i Mateuszek, synowie naszej wnuczki Ludwiki
"Przed całkowitym załamaniem uchronił mnie pomysł napisania książki o Mostowicach. Zajęty pracą umysł ukrywał w niepamięci traumę ostatniego roku i przywoływał wspomnienia dawnych szczęśliwych dni". O swoim opowiada prof. Janina Fatyga, autorka książki 'Dwie wsie - jedna rzeka - trzy narody'
Prof. Janina Fatyga: Nie jestem fotogeniczna, na zdjęciach wyglądam fatalnie i miałam kłopot, gdy trzeba było dać zdjęcie na okładkę książki. Wykazałam jednak dużo dobrej woli
Fot. Łukasz Giza
Prof. Janina Fatyga: Nie jestem fotogeniczna, na zdjęciach wyglądam fatalnie i miałam kłopot, gdy trzeba było dać zdjęcie na okładkę książki. Wykazałam jednak dużo dobrej woli
Przyjrzyjmy się sudeckim Mostowicom. Rzeźba terenu, gleba, erozja, klimat. Świat roślin: trawy, zioła, gatunki drzew i krzewów, grzyby, paprotniki, mszaki. Świat zwierząt: od ssaków, przez szerszenie, do muchówek. Patrzmy dalej: historia osadnictwa, budownictwo, transport i łączność, sprawy narodowościowe, rolnictwo, gospodarka leśna. Na tym nie koniec. Bo jeszcze przemysł, oświata, zdrowie, sztuka, kultura, turystyka. Codzienność. Drogi życiowe mieszkańców niemieckiego pochodzenia, pierwszych osiedleńców i ich dzieci, osób, które się wżeniły w Mostowice. Miejscowe mity i teorie dziejów. Szanse przetrwania w zintegrowanej Europie wciąż malejącej wiejskiej wspólnoty.

Od geologii do antropologii, od atomu do świata ducha. Taką drogą prof. Janina Fatyga prowadzi czytelników książki 'Dwie wsie - jedna rzeka - trzy narody'. (Rzeka - Dzika Orlica w Sudetach, wsie - Mostowice i Orlické Zaho i, narody - Polacy, Czesi i Niemcy). Czekałam na tę monografię. O tym, jak będzie niezwykła, opowiadała mi córka autorki Barbara. Wiosną Janina Fatyga przyjechała do Warszawy. Spotkałyśmy się. Liczyłam na ciekawy wywiad, nie tylko o ziemi kłodzkiej. Ale nie wyszło.

Janina Fatyga pracuje w Instytucie Melioracji i Użytków Zielonych w Dolnośląskim Ośrodku Badawczym we Wrocławiu. Specjalistka od gospodarki górskiej, członkini Sekcji Górskiej Użytków Zielonych FAO i Polskiego Towarzystwa Łąkarskiego. O cokolwiek bym spytała w wywiadzie, panią profesor znosiło w stronę upadającego w Sudetach rolnictwa, rolno-środowiskowych programów unijnych, ograniczonego użytkowania i nawożenia łąk i pastwisk. Zero prywatności, wspomnień, uczuć. Kilka miesięcy później dostałam ten list.
Lidia Ostałowska

Tak, czuję się autorką jednej książki, mimo że uzyskanie tytułu profesora wyższej uczelni zobowiązywało mnie do wykazania się dorobkiem naukowym w postaci odpowiedniej liczby publikacji naukowych i popularnonaukowych (te ostatnie były też konieczne, ponieważ Instytut Melioracji i Użytków Zielonych, w którym przepracowałam 55 lat, należy do Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi i ma obowiązek służyć praktyce rolniczej).

Ta książka związana jest z najbardziej tragicznym momentem mojego życia, utratą najbliższego mi człowieka, z którym przeżyłam ponad 50 lat. Mąż mój Józef Fatyga, profesor zwyczajny w Katedrze Szczegółowej Uprawy Roślin Akademii Rolniczej we Wrocławiu, w roku 1991 zasłabł podczas wykładu i przewieziony do Kliniki Szkół Wyższych na placu Katedralnym dostał wylewu krwi do mózgu. Gdy odzyskał przytomność, lekarze starali się mnie pocieszać. 'Nie jest źle. Mąż wyjdzie z tego i może żyć jeszcze trzy-cztery lata'. Pomyślałam: 'Boże! Jak krótko! Jak strasznie krótko'. Mąż po wylewie żył prawie 12 lat, a każdy dzień odbierałam jako szczególny dar losu. Z początku był ogromny strach przed najgorszym, później nasze życie się ustabilizowało. Wyniki okresowych badań były dobre. Pozostał mu bezwład lewej ręki i niedowład lewej nogi, ale dość sprawnie chodził o lasce. Miał wielką wolę życia i bardzo skrupulatnie wykonywał zalecane ćwiczenia rehabilitacyjne. Normalnością stały się kilkakrotne w ciągu dnia pomiary ciśnienia krwi i traumatyczne chwile, gdy ciśnienie wysoko przekraczało ustaloną normę. Życie jednak toczyło się dalej i postanowiliśmy, że ja wrócę do pracy. Mąż oficjalnie był na zwolnieniu lekarskim i na emeryturę przeszedł znacznie później. Był w miarę samodzielny, sprawny umysłowo (przeprowadził doktorat, opiekował się habilitantem i często bywał na uczelni). Większą część czasu spędzał jednak w domu, a ja byłam jego łącznikiem ze środowiskiem naukowym. Jak bardzo czekał na wieści, świadczyły wypowiadane codziennie na pożegnanie słowa: 'Wracaj szybko'. A kiedyś, gdy wyjeżdżałam do Warszawy na radę naukową swojego instytutu, powiedział: 'Wracaj szybko, bo gdy tylko wyjdziesz za furtkę, ja już na ciebie czekam'.

Odszedł w ostatnim dniu października 2003 roku. Mimo że oswajałam się z tym faktem przez 12 lat, był to dla mnie cios trudny do przeżycia. Nie zostałam sama. Mieliśmy wspaniałą rodzinę. Troje kochających i kochanych dzieci oraz czworo wnucząt. Podkreślałam to każdego roku, kiedy zbieraliśmy się przy świątecznym stole. Wszyscy opiekowali się nami i pomagali, szczególnie nasz syn Wojtek, w którym miałam prawdziwe oparcie, ponieważ jako właściciel samochodu był w dzień i w nocy gotowy na każde moje wezwanie. Jednak w czasie tych pierwszych miesięcy czułam się strasznie samotna. Nasza córka Basia została ze mną po pogrzebie przez przeszło tydzień, wysprzątała dom, który lśnił i pachniał czystością, kupiła mi kilka czarnych rzeczy do ubrania oraz bardzo drogie perfumy i całymi dniami przy niezliczonej liczbie filiżanek wypitej herbaty wysłuchiwała moich wspomnień i płaczu, dzieląc ze mną żal i rozpacz. Zrozumiałam wtedy odwieczny, funkcjonujący we wszystkich kulturach świata rytuał opłakiwania zmarłych i jego oczyszczającą moc. Wkrótce córka musiała wyjechać do swoich zajęć na uniwersytecie w Warszawie, a ja popadłam w ciężką depresję. Lekarze twierdzili, że była to reakcja na 12 lat ciągłego stresu i strachu przed tą właśnie chwilą.

Przed całkowitym załamaniem uchronił mnie pomysł napisania książki o Mostowicach - obiekcie doświadczalnym, z którym związana była większa część moich badań naukowych. Jak zwykle zaczęłam od kompletowania materiałów i literatury, które pobudziły moją ciekawość. Odkrywałam nieznaną mi dotąd historię wsi i regionu, a krąg poruszanych tematów ciągle się rozszerzał i z czasem sięgnął na stronę czeską do wsi Orlické Zaho i. Zajęty pracą umysł ukrywał w niepamięci traumę ostatniego roku i przywoływał wspomnienia dawnych szczęśliwych dni.

Poznaliśmy się z mężem na pierwszym roku studiów rolniczych na Uniwersytecie Wrocławskim, na które ja trafiłam po nieudanych próbach dostania się na wydział medyczny, a on prosto z Oficerskiej Szkoły Podchorążych. Na wydział rolniczy zgłosiło się ich trzech bardzo przystojnych chłopców: jeden wysoki, szczupły, o urodzie filmowego amanta (w czasie studiów złamał kilka dziewczęcych serc), drugi średniego wzrostu, o gęstych ciemnych włosach i niebieskich oczach i trzeci, najniższy z nich, o miłym, wesołym usposobieniu. Moim mężem został ten drugi. Gdy w galowych mundurach żołnierskim krokiem przemierzyli korytarz gmachu uniwersytetu i stanęli na baczność przed sekretarką, surową i zrzędliwą kobietą, ta z zachwytem w oczach pobiegła oznajmić ich przybycie ówczesnemu dziekanowi wydziału, którym był słynny już wtedy profesor Stanisław Tołpa. Dziekan również nie krył zadowolenia: polecił sekretarce szybkie załatwienie formalności. Po rozpoczęciu zajęć z miejsca zyskali zainteresowanie koleżanek. Długo z przyzwyczajenia do odpowiedzi stawali na baczność i salutowali przełożonym, co z rozbawieniem przyjmowane było przez młodszych, a starszych profesorów wyraźnie wzruszało. Do końca studiów nosili przydomek 'oficery'.

Ja, niestety, nie byłam tak mile przyjęta. Gdy zgłosiłam się w dziekanacie z podaniem, po dwukrotnym nieudanym starcie na wydział medyczny i zaświadczeniem o zaliczeniu I roku Studium Wychowania Fizycznego, ta sama sekretarka powiedziała z przekąsem: 'Patrzcie no! Skąd to jeszcze na rolnictwo nie zaczną przychodzić'. Profesor Tołpa potraktował mnie jednak bardzo życzliwie - zapytał, dlaczego tak diametralnie zmieniłam zainteresowania, a gdy mu odpowiedziałam, że nie mogę w nieskończoność zdawać na medycynę, pochodzę ze wsi i rolnictwo jest mi bliskie, przyjął to ze zrozumieniem i zaczął się zastanawiać, czy niektórych przedmiotów takich jak fizyka czy chemia nie dałoby się zaliczyć. Niestety, nie dało się. Chemia u pani profesor Trzebiatowskiej była postrachem wszystkich powojennych roczników. Nie ominęło to również mnie.

Tak więc rozpoczęłam studia na dwóch wydziałach. Na ćwiczeniach z chemii poznałam swojego przyszłego męża. Gdy byłam zajęta wykrywaniem pierwiastków metodą miareczkowania (metoda ta wymagała precyzji i skupienia uwagi), kilkakrotnie podchodził do mnie od sąsiedniego stołu i udzielał praktycznych rad, co mnie rozpraszało i denerwowało. Moja niechęć sięgnęła zenitu kilka dni później, gdy po zajęciach w studium spóźniłam się na wykład jednego z profesorów, który zapowiedział, że od obecności na tym właśnie wykładzie będzie zależał wpis do indeksu. Wykład odbywał się w tak zwanej piątce, dużej sali wykładowej. Stojąc pod drzwiami, słyszałam, że już się rozpoczął, ale wobec groźby późniejszych kłopotów, zebrałam się na odwagę i weszłam. Gdy skrzypnęły drzwi, profesor stracił wątek i powiedział syczącym głosem: 'Pani przerywa mi wykład'. Wyszeptałam: 'Przepraszam', i przysiadłam w pierwszej ławce obok jednego z kolegów, którego w międzyczasie poprosiłam o pożyczenie notatek. Po wykładzie jednak podszedł do nas mój przyszły mąż i kategorycznym tonem oświadczył, że odprowadzi mnie do domu. Byłam wściekła, na wykład przybiegłam prosto z boiska szczypiorniaka, gdzie rozgrywałyśmy mecz na zaliczenie. Grałam w ataku i byłam wykończona. Szczypiorniak był moim jedynym atutem, ponieważ w grach sportowych (siatkówce i koszykówce) byłam 'nogą'. W tym dniu liczyłam, że tramwajem szybko dostanę się do domu, ale nie miałam pieniędzy na bilet i nie chciałam, żeby on o tym wiedział. W tramwajach w tamtych czasach opłatę za bilety pobierał konduktor i trzeba było mieć się na baczności, żeby się z nim nie spotkać. Powiedziałam więc, że chcę wracać pieszo, i tak wlekliśmy się prawie bez słowa pięć długich przystanków z ulicy Norwida na Biskupin. Gdy stanęliśmy przed bramą mojego akademika, przeprosił za nachalność i powiedział, że przepisze dla mnie swoje notatki z wykładu, co wprowadziło mnie w lepszy humor. Usłyszałam przysłowiowe 'trzaśnięcie kopytami', ręka z dwoma palcami skoczyła do daszka czapki (widać było, że tego gestu wyraźnie się zawstydził) i każde z nas poszło w swoją stronę. Od tego czasu na wydziale poczułam się bezpiecznie. Byłam dokładnie informowana, gdzie są jakie zajęcia, które wykłady są obowiązkowe, a które można pominąć. Zawsze miałam dokładne notatki. Często uczyliśmy się razem i zdawaliśmy egzaminy. Nie wychodził na tym najlepiej, gdyż ja, ucząc się, wychwytywałam różnego rodzaju ciekawostki i zaskakiwałam nimi egzaminatorów, co przyćmiewało jego solidną, gruntowną wiedzę. Prawie zawsze otrzymywałam lepsze stopnie.

Przełomem w naszym życiu akademickim i prywatnym przed ukończeniem stopnia inżynierskiego były wprowadzenie dyscypliny studiów oraz zaproponowanie mojemu przyszłemu mężowi asystentury przez profesora Antoniego Wojtysiaka - kierownika Katedry Szczegółowej Uprawy Roślin i posła na Sejm. Pierwsze zmobilizowało mnie do zdania w błyskawicznym tempie zaległych egzaminów (groziło mi usunięcie ze studiów), drugie - do podjęcia przez nas decyzji o trwałym związku. Ślub wzięliśmy po zdaniu egzaminu dyplomowego w piątek 13 czerwca w małym kościółku położonym w parku niedaleko ulicy Tramwajowej, gdzie wtedy mieszkałam w akademiku. Po odejściu od ołtarza przeszłam wzdłuż szpaleru kolegów, którzy jako pierwszą mężatkę na roku całowali mnie w rękę. Dwie koleżanki z pokoju, w którym wspólnie mieszkałyśmy, wystąpiły ze wspaniałym prezentem (dwoma wielkimi emaliowanymi garnkami koloru czerwonego), po które od godziny piątej rano stały w kolejce. Garnki te są w moim domu do dziś. Ze względu na objętość były używane tylko kilka razy w roku (do świątecznego bigosu lub jarzyn na sałatę), dlatego gdy w 50. rocznicę ukończenia studiów zaprosiłam koleżanki, garnki - wyszorowane, z pięknymi kokardami na uszach - stały na honorowym miejscu i ciągle wyglądały imponująco. Przyjęcie weselne odbyło się w najbliższą niedzielę po naszym ślubie u moich rodziców w Bolesławcu.

Tworząc już rodzinę, postanowiliśmy kontynuować studia na stopniu magisterskim. Żyliśmy z pensji męża i mojego stypendium, mieszkając w wynajętych pokojach. Przydział na mieszkanie dostaliśmy dopiero po dwóch latach. Urodziło nam się troje dzieci. Basia, która w metryce ma zapisane: 'córka asystenta i studentki', Małgosia (obydwie ukończyły studia kulturoznawcze) i Wojtek, który odziedziczył po moim ojcu zamiłowanie do mechaniki. Mimo tak dużych obowiązków rodzinnych całe nasze życie było zdominowane przez naukę. Pasją męża była ponadto dydaktyka, co odziedziczyły po nim nasze córki. Uwielbiają uczyć. Pracując w instytucjach naukowych (mąż na uczelni, ja w instytucie resortowym), przechodziliśmy kolejne stopnie naukowe. Nasze życiorysy i osiągnięcia zostały zamieszczone w kilku publikacjach poświęconych ludziom nauki. Obydwoje figurujemy w wielotomowym opracowaniu 'Współcześni uczeni polscy'. Nigdy jednak nie zajmowaliśmy ważnych stanowisk. Mąż przez wiele lat prowadził dział doświadczalny w Pawłowicach pod Wrocławiem, bardzo krótko był zastępcą dyrektora Instytutu Produkcji Roślinnej, który powstał z połączenia kilku katedr. Instytut wkrótce został rozwiązany, a katedry odzyskały autonomię.

Ja po studiach zostałam zatrudniona w Instytucie Melioracji i Użytków Zielonych, obecnym Dolnośląskim Ośrodku Badawczym, i pracuję tam (z nakazu pracy) od roku 1954. W ciągu 55 lat pracy w rubryce 'stanowisko' wpisywałam kolejno: asystent, adiunkt, docent, a obecnie - profesor. Od zawsze w środowisku naukowym funkcjonowałam, posługując się stopniem lub tytułem naukowym, od zawsze jednak miałam własną wizję i koncepcję uprawiania nauki, od jej organizacji po metody badawcze. Brakowało mi natomiast woli walki i determinacji w dążeniu do ubiegania się o stanowiska kierownicze i podporządkowywaniu sobie ludzi. Nie bez znaczenia były również obawy mojego męża, który do końca czuł się w obowiązku opiekowania się mną. Często powtarzał: 'Rób swoje, rozwijaj się naukowo i nie wdawaj się w żadne utarczki'.

Nie jestem jednak tak skromna, jak pani się wydawało podczas naszej pierwszej rozmowy. Nie mam nic z chrześcijańskiej pokory. Nigdy nie miałam poczucia, że jestem 'prochem i niczym'. Powiedziałabym nawet, że mój materialistyczny światopogląd doprowadził mnie do pewnego rodzaju megalomanii. Czuję się pełnoprawną cząstką przyrody i z tego powodu mam poczucie, może nawet przesadzone, własnej wartości. Odczuwam je, zwłaszcza gdy opracowuję wyniki badań i napotykam coś nowego. Lubię też pisać. Zawsze miałam grafomańskie skłonności i dużą wrażliwość na słowo. W tym względzie bardzo boleśnie zostałam sprowadzona na ziemię podczas egzaminu do liceum. Wydawało mi się, że napisałam przepiękne wypracowanie, ale dostałam za nie dwóję. Pomijając jego treść, pamiętam, że 'bohater' napisałam przez 'ch'. Od tamtej pory raczej krytycznie podchodziłam do własnych tekstów. Bardzo niepewnie czułam się też po napisaniu pierwszego tomu prezentowanej tu książki, ale recenzenci okazali się łaskawi. Pierwotnie książka miała dotyczyć wyłącznie warunków przyrodniczych, fizjografii terenu, rolnictwa i ochrony środowiska. Jestem wdzięczna mojej córce Basi, że zwróciła moją uwagę na ludzi, którzy tam mieszkają. To ona nauczyła mnie techniki wywiadów narracyjnych i w dużej mierze wskazała odpowiednią literaturę. Nie jest to w książce zaznaczone, ponieważ uznałam, że główną jej treścią jest wiedza przyrodnicza i to moim nauczycielom i wychowawcom jestem przede wszystkim winna wdzięczność i podziękowania.

Historię mojego życia przedstawiają obrazy, które zapełniają najbardziej eksponowaną ścianę mojego salonu. Są na nich: moja śliczna mama, ojciec w wojskowym mundurze, sielski obrazek teściów pod jabłonią w ich sadzie, nasze dzieci, wnuki i ostatnia radość mojego życia - prawnuki Jaś i Mateuszek, synowie naszej wnuczki Ludwiki. Obrazy namalowała Jaga Karkoszka, której malarstwo zafascynowało mnie przeszło 30 lat temu, gdy bywałam na stacji doświadczalnej w Jaworkach w regionie Pienin. Zobaczyłam wtedy wiszące na ścianie karykatury moich kolegów, które, jak się okazało, malowała córka jednego z pracowników, absolwentka wrocławskiej PWSSP. Nie czuła się dobrze w ich środowisku, bo zagadnięta przeze mnie w sprawie tych portretów, potraktowała to jako kolejną próbę powiększenia grona mało interesujących ją znajomych. Propozycję namalowania portrecików moich wnuczek jednak przyjęła. Powiedziała: 'Malarstwo jest sztuką elitarną i nie ma powodu, aby musiało trafiać pod strzechy. Kto nie ma pieniędzy, ten nie musi mieć obrazów'. Ja musiałam. Odkąd miałam własne mieszkanie, wszystkie oszczędności zostawiałam we wrocławskiej Desie. Było to możliwe dzięki szczególnemu układowi w sprawach finansowych panującym w naszej rodzinie. Mąż nigdy nie wtrącał się do moich zarobków - wydawałam pieniądze częściowo na jedzenie, ubranka dla dzieci i wyposażenie domu, takie jak: zastawa stołowa, zasłony, książki i właśnie obrazy. Wszystkie poważniejsze wydatki, remonty, zakup naszego pierwszego samochodu - syrenki zwanej 'Przydróżką' - pokrywał mąż. To dzięki jego zapobiegliwości i oszczędnościom mogliśmy, gdy dzieci dorosły i urodziły się nam wnuki, rozpocząć budowę własnego domu. Odkąd poznałam Jagę, kupuję prawie wyłącznie jej obrazy. Znajdują się one zresztą w całej mojej rodzinie, a kilka szczególnie pięknych w domu Basi, z którą się serdecznie zaprzyjaźniły. Jaga malowała nasze portrety - mój i męża - dwukrotnie. Pierwsze ze zdjęć dyplomowych na stopień inżynierski - wszyscy twierdzą, że wyglądamy na nich jak maturzyści; a drugie, gdy zostaliśmy dziadkami.

Jestem starą kobietą. W tym roku kończę 80 lat. Dzięki przychylności dyrekcji mojego instytutu pracuję na pełnym etacie i jestem zatrudniona na czas nieokreślony. Jest to dla mnie dobrodziejstwem, gdyż nigdy nie byłam tak sprawna umysłowo i nigdy nie miałam tylu pomysłów. Zdaję sobie sprawę, że nie może to trwać wiecznie, dlatego staram się wykorzystać każdy dzień.

Odkąd zostałam sama, zmieniłam całkowicie tryb życia, a także sposób ubierania się. Wstaję o piątej rano i pracuję intensywnie około trzech godzin. Są to godziny najbardziej twórcze. Później idę do pracy w instytucie, gdzie załatwiam różne sprawy administracyjne oraz kontaktuję się ze współpracownikami. Najprzyjemniejsze są dyskusje na tematy naukowe z zakresu metodyki badań, opracowywania wyników, przygotowywania referatów na konferencje i publikacji. W ubiorze nie potrafię pozbyć się czerni, kolory mnie drażnią, jedyne, na co sobie pozwalam, to jaśniejsze kołnierzyki bluzek wykładane na czarne sweterki. Na okazje i wyjazdy ubieram się ciągle jednakowo: czarne spodnie, jaśniejsza bluzka i czarny żakiet. Dawniej ubierałam się ładnie, co zawdzięczam swojej krawcowej pani Kazi. Do mojego ubioru dużą wagę przywiązywał również mąż. Podobnie jak Bielicka lubiłam kapelusze. Najbardziej te duże o fantazyjnych kształtach, z szerokim rondem, ale tylko w niektórych było mi dobrze. Teraz noszę ciągle ten sam czarny, lekko spłowiały kapelusz z podwyższoną główką i odwiniętym rondem, który przybrany woalką zakrywającą twarz włożyłam w najtragiczniejszym dniu mojego życia. Mam go na głowie również na zdjęciu, które na użytek tego artykułu zrobił mi mój współpracownik. Żeby nie wyglądać zbyt ponuro, zarzuciłam na szyję ulubiony jedwabny szal w kolorze starego złota, który przywiozła mi z Hiszpanii wnuczka Matylda. Często noszę ciemne okulary, za którymi mogę się schować. Okularami rozbawiłam niedawno okulistkę, gdy zapytana, do czego są okulary, które mam na nosie, odpowiedziałam: 'Ach te, one są do niczego, to zwykłe szkiełka'.

Teraz są w moim życiu, jak u każdego człowieka, dni ciężkie, przygnębiające, gdy nie widzę światełka w tunelu. Są jednak i takie, zwłaszcza gdy uda mi się rozwiązać jakiś problem lub poznać coś nowego, że życie wydaje się najpiękniejszym darem losu i mimo mojego wieku skrzy się wszystkimi kolorami tęczy, a wspomnienia szczęśliwych dni stanowią nieoceniony skarb.

Czas zrobił swoje. Jak każdy człowiek w podeszłym wieku śledzę osiągnięcia geriatrii. Każdy zdaje sobie sprawę, że starość jest to proces osłabiania wszelkich funkcji życiowych, w tym intelektualnych, i powolnego zamierania całego organizmu. Wiele osób się przed tym broni i nie przyjmuje tego do wiadomości. Chmielewska napisała: 'Starości nie ma i nie będzie'. Starość jest i każdy musi przejść przez ten etap życia. Uważam jednak, że jest okresem równie pięknym jak młodość, a może nawet piękniejszym. Są to nabyte: doświadczenie życiowe oraz spokój i mądrość, umiejętność rozróżniania rzeczy ważnych od nieważnych, głębokie przeżywanie każdego zdarzenia, chwili i dnia. Nieważne stają się rzeczy materialne, które stanowią teraz nawet pewien balast. Zawsze chciałam mieć dom, ogród, książki i obrazy. Teraz, gdy brakuje mi sił i środków na ich utrzymanie, wystarczą zachowane w pamięci ich wyobrażenia.

Długo podświadomie broniłam się przed upublicznieniem pewnych faktów ze swojego życia. Skłoniło mnie do tego kilka przesłanek: pierwsza to solidarność z bohaterami mojej książki, którzy bez oporów i z pełnym zaufaniem opowiedzieli mi historię swojego życia. Mieszkańcom Mostowic: rodzinom Żuków, Antosiaków, Hołowaczów, Świszczów, i przybyszom z zewnątrz jestem winna to samo.

Podziel się