Jak często zadajesz sobie pytanie: dlaczego Polska? Austriacka aktorka mieszkająca w Szwajcarii, bez żadnych polskich korzeni od ośmiu lat gra w Polsce po polsku, nie znając języka.
Od niedawna uczę się polskiego. Wcześniej uczyłam się monologów fonetycznie. Tak... nie mam polskich korzeni, ale wiesz, nigdy nie wiadomo. Przyjechałam na zaproszenie Krzysztofa Warlikowskiego, który obsadza mnie w swoich spektaklach. Jego i Małgosię Szczęśniak, scenografkę, poznałam w Niemczech, uważam, że to światowi ludzie. Szybko się zrozumieliśmy. Dlaczego Polska? Może podświadomie poczułam, że ktoś wyciąga do mnie rękę.
Innym motywem jest możliwość pracy nad tematem Holocaustu, przeszłości mojego i twojego kraju, a nawet przeszłości mojej rodziny. Moja babcia mieszkała w Braunau. Jej najbliższym sąsiadem był Hitler. Dom Hitlerów stał obok. Moja rodzina nie chciała, żeby dzieci zadawały pytania albo odwiedzały miejsca, w których mieszkali dziadkowie. Rodzice powiedzieli mi, że babcia umarła, chociaż wciąż żyła. Nie wiem, jakie było zdanie babci na temat Niemiec, ich roli, wojny, Holocaustu, bo nigdy jej nie spotkałam.
Czy twoja rodzina była antysemicka?
Mogę się tylko domyślać. Mój ojciec był - nawet nie podświadomie, ale nieświadomie - antysemitą. Nie znając Żydów, żydowskiej kultury, niczego, co wiązałoby się z Żydami... Ale coś się zmieniło w ostatnich latach. Chyba przechodzi jakiś proces. Całkiem niedawno powiedział mi, że odwiedził Muzeum Żydowskie niedaleko miasta, w którym mieszka. To duży krok. Kiedy byłam dzieckiem, był w Austrii taki program społeczny - w czasie świąt Bożego Narodzenia nasze domy odwiedzali Żydzi. U nas pojawił się młody mężczyzna Chaim. Bardzo dobrze go pamiętam. Miał ciemne włosy. Dziwna atmosfera w domu. Młody Żyd przyszedł zjeść z nami świąteczną kolację. Takie wspomnienie.
Powiedziałaś mi wczoraj, że to, co dzieje się wokół twojego udziału w spektaklach Warlikowskiego, wokół płyty i koncertu, nie przydarzyłoby ci się w żadnym innym kraju.
Na pewno nie przydarzyłoby mi się to w Austrii, skąd pochodzę. Nie przydarzyłoby mi się to także w Niemczech ani w Szwajcarii. W żadnym kraju niemieckojęzycznym. Może przydarzyłoby mi się to gdzieś... w Hondurasie.
Dlaczego nie w kraju niemieckojęzycznym?
Bo tutaj jest Krzysztof Warlikowski. On widzi we mnie coś, czego nie widzą inni. W krajach niemieckojęzycznych proponowano mi raczej stereotypowe role. Krzysztof znalazł we mnie coś, co nazwałabym 'izolacją Kalibana', czyli izolacją obcego z 'Burzy' Szekspira. To pozwoliło mi zajrzeć głębiej w siebie. Zdaje się, że właśnie to kocha polska publiczność. Tam, skąd pochodzę, nigdy nie czułam się kochana. Krzysztof daje mi takie poczucie. W Austrii wspaniale pracowało mi się na przykład z Martinem Kušejem i Georgiem Taborim, ale nigdy nie czułam się w ten sposób.
Czy to, co znalazł w tobie Warlikowski, znałaś już wcześniej?
Czy ja się tym stałam teraz, czy może zawsze taka byłam? I jedno, i drugie. Zaczął się we mnie proces. Nie wiem, czy muszę to kontynuować. Czasami chciałabym, żeby to się skończyło.
Odnoszę wrażenie, że gdy dłużej przebywasz w Polsce, masz jej dosyć, ale gdy potem jedziesz do Niemiec lub Szwajcarii, mówisz to samo. W Szwajcarii wręcz rzuciłaś teatr w środku kontraktu.
Odeszłam, bo ten teatr nic dla mnie nie znaczył. Nie umiem tylko grać. Teatr musi mnie rozwijać.
Gdy graliście w Austrii '(A)pollonię', żaden z krytyków nie zauważył twojego udziału w spektaklu. Jedyna Austriaczka w polskim zespole śpiewająca wstrząsające songi, które w Polsce zauważyły wszystkie recenzje, we własnym kraju nie została nawet zauważona. Jak to tłumaczysz?
To mnie nawet nie zdziwiło. We Francji reakcja ludzi na mnie była niesamowita. Zaskakujące dla mnie, bo śpiewanie jest wciąż jak wycieczka... Kiedy pracowałam w Operze Paryskiej, czułam się jak turystka, bo to było więcej niż spełnienie marzeń. Rodzice powiedzieli mi, że nigdy nic nie będę miała. I w Austrii, mojej ojczyźnie, to się spełnia. Austriacy w ogóle nie zareagowali na mój występ, a przecież mnie znają, grywałam w Wiedniu. Wyjechałam, więc już tam nie istnieję. Austria to dziwny kraj. Kiedy chciałam zostać aktorką i mówiłam o tym, ludzie się ze mnie śmiali, nie traktowali tego poważnie. Przyjaciel, którego znałam od dzieciństwa, z którym byłam związana, kiedy powiedziałam, że chcę zdawać do szkoły teatralnej, zerwał ze mną. Nie rozumiał, że chcę spełnić marzenie.
Dlaczego?
Wtedy go o to nie zapytałam. Po prostu przestaliśmy ze sobą rozmawiać. Teraz śledzę w prasie dyskusję na temat Romana Polańskiego i wydaje mi się, że na świecie panuje tendencja: 'Chcesz więcej, masz więcej, jesteś czymś więcej - nienawidzę cię'. Nigdzie jednak nie spotkałam się z tym tak mocno jak w Austrii. Poczucie własnej wartości jest tam bardzo nadwyrężone historią. Może to się bierze z niepewności? To przechodziło przez pokolenia. Nie wywodzi się z życia jednego człowieka, tkwi głębiej.
Czujesz się Austriaczką?
Nie. Nawet nie chcę tam mieszkać. Jednak nie wiem, gdzie chcę mieszkać. Teraz mieszkam w Szwajcarii i jestem trochę roztrzęsiona po tym wszystkim, co Szwajcarzy zrobili Polańskiemu. Nie rozumiem, jak państwo może coś takiego zrobić artyście, którego zaprasza po odbiór nagrody za życiowe osiągnięcia.
Pokolenie Austriaków, z którego się wywodzisz, zrywało z rodzicami, uciekało do Niemiec, mieszkało w squatach, dokonywało rewolucji na swój własny użytek.