Korzystasz z tego, że jesteś Ziomecka?
Nazwisko mi nie pomaga. Mój tata ma znajomości w wydawnictwach, do których mnie nie ciągnie, a mama u prezydenta, na którego nie głosowałam. Niemniej lubię je. Pomaga w sytuacjach towarzyskich, gdzie na wstępie jestem już swoja - ziomalka (śmiech).
Twoją mamę atakują konserwatyści, że nie powinna zajmować się sprawami społecznymi, skoro jej córka ma rubrykę o nazwie 'Sexklusiv'. Wiesz o tym? Macie poważne różnice światopoglądowe w rodzinie.
Nie wiedziałam. Moja mama jest otwarta, tolerancyjna i wrażliwa na krzywdy społeczne. Gorzej z popkulturą, na którą wrażliwości raczej jej brak, bo mama porusza się głównie w kulturze wysokiej. Na szczęście potrafimy ze sobą rozmawiać i wyjaśniać spory. Na przykład, że ona cierpi, słuchając mojej 'łupanki', w takim samym stopniu jak ja, oglądając balet. Między nami główny problem to to, że mama jest wierząca, a ja mam kłopot z Kościołem katolickim. Mimo to dałam się przekonać i pozwoliłam jej zabierać mojego syna Felka do kościoła, choć sama nigdy do żadnego kościoła nie pójdę. Wytłumaczyła mi, że dziecko potrzebuje wiedzieć, co to jest. Ja żyję w ciągłym lęku, że przewrotność losu mnie dopadnie i któreś z moich dzieci zostanie wchłonięte w struktury Kościoła. Wolę im więc pokazywać ten Kościół, posługując się mamą, niż zakazywać jak owoc, który będzie ich kusił.
Twoje dzieci - Felek i Florka - mają na nazwisko Ziomeckie. Bo to dobra marka?
Tak, to dobre dziedzictwo. Po mnie, po moim ojcu, po mojej mamie. Po bracie, który kiedyś trafi do Księgi Guinnessa za posiadanie największej kolekcji samochodów, których łączny wiek przekracza 200 lat. A ich tata Norbullo nie pracuje na nazwisko Kubacz, lecz na?pseudonim artystyczny. Gdybym mogła dać dzieciom na nazwisko Norbullo Kontrabacz, to moglibyśmy się jakoś podzielić, ale że tak nie jest, to mają moje nazwisko. I uważam, że dziedzictwo dziadków i różnej od nich matki to też wartość, która pokazuje, z jakiego domu pochodzą. Tolerancyjnego, otwartego.
Zostałaś uznana za naczelną roku przez 'Media & Marketing', jesteś naczelną 'Gagi' - pisma dla rodziców, wydawcą pism lifestyle'owych 'Aktivist' i 'Exklusiv'. Prowadzisz program w telewizji. A kilka lat temu, jak przyjechałaś do Polski, to ledwo mówiłaś po polsku.
A jedynym moim doświadczeniem zawodowym była półtoraroczna praca w portalu internetowym w San Francisco. To była firma prowadzona przez Australijczyków, którzy mieli dziwną etykę pracy - za każdym razem, gdy podpisali jakiś kontrakt, zamawiali szampana i wszyscy celebrowali. Zaczęłam tam pisać książkę o tym, jak to moja pierwsza praca uczyniła ze mnie alkoholiczkę. To było bardzo imprezowe wejście w życie zawodowe i jednocześnie jedyne doświadczenie, na którym mogłam oprzeć swoje CV, szukając w Polsce pracy.
Dlaczego przyjechałaś do Polski?
Wróciłam tylko na jakiś czas. Zamierzałam przenieść się do Nowego Jorku, tylko chciałam uzbierać trochę pieniędzy.
Przyjechałaś do Polski uzbierać pieniądze?
No, masz mnie. Przyjechałam do Polski, żeby uciec przed moim chłopakiem Patrykiem, z którym się rozstałam po raz kolejny, i wiedziałam, że jeśli będziemy zbyt blisko, to znowu się zejdziemy i nigdy nie wyrwiemy się z cyklu złej miłości. Postanowiłam stworzyć dystans między nami i odwiedzić rodzinę, z którą się nie widziałam od dwóch lat.
Wasza rodzina ze względów politycznych wyemigrowała do Stanów w '82 roku, a potem rodzice wrócili, a ty zostałaś. Dobrze mówię?
Wyemigrowaliśmy, jak miałam sześć lat, mama w brzuchu miała mojego brata Stasia, była w dziewiątym miesiącu. Po dziesięciu latach wróciliśmy do Polski, skończyłam tu liceum amerykańskie i już sama pojechałam na studia do Stanów. Po studiach pojechałam do San Francisco pracować i leczyć związek z Patrykiem, który nie działał w Michigan. Potem na Hawaje, bo nie działał w San Francisco, i pomyślałam, że jak już na Hawajach nie będzie działał, no to już nigdzie. I nie działał.
Uciekłam do Polski. To był listopad.
Zimno i brzydko.
Depresyjnie. Znowu spałam u mamy. To nie był powrót w chwale i z wielkimi osiągnięciami. Mama mówiła: 'Mam znajomości w prasie, ojciec też ci pomoże'. A ja byłam uparta. Przez siedem lat byłam niezależna i to było uwłaczające, że mama chce mi coś załatwić. To znaczy - sama nie umiem? W kawiarni znalazłam drugi numer 'Aktivista', weszłam na ich stronę internetową i uznałam, że bardzo mnie potrzebują. Poszłam w podartych dżinsach i z kolczykiem w nosie, a wydawca - Fin - uśmiechnął się i zatrudnił mnie z miejsca. Nagle byłam otoczona ludźmi, z którymi przyjemnie spędzałam czas w pracy i poza pracą. Dobrze trafiłam.
W sam środek warszawki.
Wiedziałam, że będę tam pasować. Z wykształcenia byłam humanistką, skończyłam literaturę porównawczą i pisanie twórcze. Nic nie wiedziałam ani o zarządzaniu, ani o biznesie, ani o mediach. Właściwie znałam się jedynie na imprezach. A 'Aktivist' to właśnie było i jest pismo o imprezach.
Wąska specjalizacja.