http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Sąd rodzinny

Violetta Szostak, Ewa Mikulec
06.10.2009 , aktualizacja: 07.10.2009 14:43
A A A Drukuj
Kuratorka notuje, że gdy wyszła z domu pani Wioletty i pana Szwaka, drogę przebiegła jej świnia z zakrwawionym uchem
Wioletta Woźna przed domem w Błotach Wielkich. 21 lipca urodziła ósme dziecko - Różę, którą decyzją sądu przyznano rodzinie zastępczej
Fot. Andrzej Monczak
Wioletta Woźna przed domem w Błotach Wielkich. 21 lipca urodziła ósme dziecko - Różę, którą decyzją sądu przyznano rodzinie zastępczej

Fot. Piotr Skórnicki Rodzinę przebadali biegli psychologowie, psychiatrzy, pedagodzy. Napisali: 'Dzieci postrzegają rodzinę jako zwartą, spójną emocjonalnie, o bliskich, ciepłych relacjach'
Fot. Andrzej Monczak
Rodzinę przebadali biegli psychologowie, psychiatrzy, pedagodzy. Napisali: 'Dzieci postrzegają rodzinę jako zwartą, spójną emocjonalnie, o bliskich, ciepłych relacjach'
RAPORTY
.

Przeczytaj raport Gazety Wyborczej Sterylizacja bez pytania

'Pan Szwak z panią Wiolettą wrócili tuż przed moim przyjazdem ze szpitala. Podopieczny wyraził swoje pretensje do kuratora o to, że nowo narodzona córka została zabrana do innej rodziny, pytając, cytuję: » I co pani narobiła? «. Pani Wioletta na moje pytanie, jak się czuje, odpowiedziała, że dobrze, dodając jednocześnie, że córeczka tak ładnie piła z piersi. W domu było wysprzątane, na tapczanie leżał nowy koc oraz pościele. Jedynie w pokoju, w którym zwykle spędza rodzina czas, było widać nieład, ubrania na jednym fotelu, pod meblościanką widoczne były niewymiecione ścinki, kurz. Jednak najważniejsze jest to, że do domu została nareszcie doprowadzona bieżąca woda. Reasumując, wewnątrz domu widoczna jest znaczna poprawa' - zanotowała kuratorka sądowa 31 lipca.

Cztery dni wcześniej sąd odebrał matce noworodka. W szpitalu dziecko przyniesiono matce na jedno karmienie, potem podano środki na zatrzymanie laktacji, piersi zalecono ścisnąć ciasnym stanikiem.

'Dom jest zaniedbany, a sama uczestniczka jest osobą niezaradną życiowo i nie potrafi zająć się ani dziećmi, ani gospodarstwem domowym. Jej konkubent natomiast prowadzi gospodarstwo rolne i niewiele pomaga uczestniczce. Pomimo nadzoru prowadzonego od kilku lat w rodzinie nie następują żadne istotne zmiany' - uzasadnił sąd, przekazując dziecko rodzinie zastępczej. W sądzie rozpocznie się sprawa o pozbawienie ich praw rodzicielskich do nowo narodzonej córki Róży oraz trójki starszych dzieci - 7-letniej Ani, 10-letniego Tomka i 11-letniej Natalii. Po miesiącu rodziców zbadają biegli, napiszą: 'Uczestnicy postępowania pozytywnie i właściwie zaspokajają potrzeby emocjonalne małoletnich, w szczególności poczucie przynależności do rodziny, miłości, zainteresowania nimi...'.

Z akt: ogromny bałagan, białe rajstopki

Historia opieki kuratorów sądowych nad rodziną rozpoczęła się pięć lat temu. Anonimowy list przychodzi do sądu w sierpniu 2004 r. U Szwaka trudne warunki, zaniedbane dzieci i zwierzęta - pisze ktoś. Do wsi Chojno-Błota Wielkie jedzie kuratorka. Opisuje, co widzi: trójka dzieci bawi się na skrawku podłogi w zagraconym domu, między zniszczonymi szafami, tapczanami, stosami brudnych rzeczy nie sposób przejść. Z matką trudny kontakt, pytana przytakuje: 'Posprzątałam... Prałam...'. Najstarsza córka Natalia zapytana, czy jest jej tu dobrze, mówi: 'Tak, jest mi tu dobrze'.

Kuratorka notuje, że gdy wyszła z domu, drogę przebiegła jej świnia z zakrwawionym uchem. Pisze do sądu: 'Dzieci są brudne i chodzą w zniszczonej i brudnej odzieży. Nie mają warunków do nauki. W pomieszczeniach jak i poza domem panuje ogromny bałagan. Rodzina nie ma cech patologii, ale nie potrafi stworzyć warunków'. Po jednej wizycie wnioskuje: dzieci umieścić w placówce opiekuńczo-wychowawczej.

Sąd prosi o opinię miejscowy ośrodek pomocy społecznej. Kierowniczka ośrodka opisuje rodzinę: między dziećmi i rodzicami silna więź, dom bez przemocy i alkoholu, Szwak stara się, nie chce pomocy, ale faktycznie jej potrzebuje i ośrodek jest gotów tę pomoc zapewnić. 'Uważam, że rozwiązaniem nie jest odebranie dzieci panu Szwakowi, ale sądowe nakazanie uporządkowania gospodarstwa i poprawienia warunków w mieszkaniu'. Sąd wszczyna sprawę o pozbawienie praw rodzicielskich. W aktach można przeczytać opis takiej sceny: z pretensjami do sądu przychodzą kierowniczka ośrodka pomocy, proboszcz i sołtys. Przekonują: to rodzina kochająca się, nie ma powodów, by zabierać dzieci. Opinię pisze dyrektorka szkoły - o najstarszej Natalii: 'Uczęszcza systematycznie na zajęcia. Jest dowożona do szkoły przez ojca. Ma przybory i podręczniki, jest zadbana i czysta (codziennie ma białe rajstopki), przynosi śniadanie'.

20 września do domu w Błotach Wielkich przychodzi kuratorka 'w celu umieszczenia małoletnich w domu dziecka'. Relacja kuratorki: 'Gdy pan Szwak został poinformowany o zaistniałej sytuacji, zaczął krzyczeć: » Ja wam dzieci nie oddam... moje dzieci krzywdy nie mają... chyba że je siłą zabierzecie... ja nie pozwolę «. Na uwagi o brudną pościel i porozrzucane rzeczy reagował złością. » Dzieciom się krzywda nie dzieje... wszystko mają... ja bez dzieci nie będę żył... na waszych oczach wbiję sobie nóż w piersi «'. Nie pozwala zabrać dzieci. Do akt dołączona zostaje opinia miejscowej policji - nie przeprowadzali w tym domu żadnych interwencji. Po dwóch tygodniach kuratorka wizytuje dom kolejny raz, notuje: 'Sytuacja się znacznie poprawiła'. Sędzia Jolanta Biniak z wydziału rodzinnego Sądu Rejonowego w Szamotułach wydaje decyzję o ograniczeniu praw rodzicielskich. Dzieci na razie zostaną w domu, ale rodzinę będzie nadzorował kurator. Prawdopodobnie gdyby nie adwokatka, która zajęła się sprawą charytatywnie, dzieci trafiłyby wtedy do domu dziecka.

Kupa gnoju, cyrkiel, jogurt, wycinanka

- Tyle, co się orientujemy, to ktoś z zewnątrz musiał wtedy przysłać ten anonim. Może któryś z letników objeżdżał rowerem okolicę, zobaczył kupę gnoju na podwórku, dzieci biegające po tym - mówi Jarosław Mikołajczak, sołtys wsi Chojno-Błota. 'Chojno jest wsią schowaną w Puszczy Noteckiej i jej mieszkańcy nie należą do zamożnych. Nie lada wysiłek jest potrzebny, żeby się utrzymać' - napisał w opinii dla sądu. - Tu się nikomu nie przelewa. Gleby słabe. I dlatego Władka Szwaka trzeba docenić. Bo on umie na rodzinę zapracować i o zasiłki nigdy nie prosił. Kupuje złom, oddziela żeliwo od stali, sprzedaje. Kupuje drewno, rąbie je dla ludzi. Ma oczywiście świnie, krowy - opisuje. Dlaczego myśli, że anonim napisał ktoś z zewnątrz, nie ze wsi? - Bo są tu rodziny z problemami większymi niż u Szwaka. I nikt, kto Władka zna, nie powiedziałby, że on się dla dzieci nie stara. Bardzo go skrzywdzono.

'Ich krzywda staje się też naszą sprawą. Nikt, żaden sąd, nie ma prawa wyznaczać kryteriów stanowiących, czy jesteśmy wystarczająco młodzi, zamożni, czyści, wykształceni, aby posiadać i wychowywać potomstwo' - napiszą sołtys i proboszcz w liście 'W obronie Róży Szwak'; podpisze go 300 mieszkańców okolicy. List wyślą do ministra sprawiedliwości, premiera, prezydenta. Umieszczą na stronie internetowej wsi. Co mówią ludzie we wsi? W środku Chojna są dwa sklepy. W spożywczo-przemysłowym na sznurkach huśtają się tabliczki: 'Kredyt umarł. Zabili go dłużnicy!' i 'Nie płacisz, nie palisz, nie pijesz'. Za ladą Rafał Olek: - Szwak jest w sklepie codziennie. Rano kupuje chleb, dla dzieci jogurty czy owoce. Nie ma czegoś takiego, że na zeszyt weźmie. Akurat jemu tobym dał, ale on płaci. Z dziećmi często przychodzi, dzieci otwarte, normalne. Alkohol? Od 17 lat tu walczę i nie widziałem, żeby kupował alkohol. On w ogóle pije alkohol?

Obok minimarket spożywczo-monopolowy, Aleksandra Jankowska, za ladą od 15 lat: - 'Co byście zjedli? Może dropsa, może co innego?' - pyta się dzieci. Bo one nie są takie, żeby krzyczeć: chcę to, kup mi tamto. Co tata kupi, jest dobrze. A on nawet wieczorem przyjedzie po cyrkiel, po wycinankę, jak dzieciom się przypomni. Jest jeszcze sklep nad jeziorem. Pracuje tam żona sołtysa: - Różni do nas przychodzą: nalewkę wezmą, a dla dzieci nic albo wafelek za 50 gr. A jak Szwak przychodzi, kupuje dzieciom lody, zawsze dla dzieci coś. Nie pije, nie pali, mówi, że to strata pieniędzy. A jak dzieci mają uroczystość, potrzebują się ubrać, jedzie do sklepu: 'Pani, ja się na tym nie znam, chciałbym, żeby wyglądały ładnie, nie jak ze wsi'.

Ludzie spotkani we wsi mówią: - Że jest bałagan... Władek się za porządki nie weźmie, bo taki był zawsze. Ale dzieci zawsze ubrane, najedzone. Halo zrobili z nie wiadomo czego. - W rodzinach dobrze sytuowanych nie ma tyle miłości. Tam jeden za drugim by poszedł w ogień. To z tej biedy tak. - Ja pani powiem prawdę, Władek flejtuch jest i do roboty ma dwie lewe. Ale bym zgrzeszyła, żebym powiedziała coś na dzieci. Tam one są najedzone, zdrowe, zahartowane jak małe Ruski, w rajstopkach wybiegną na śnieg i nic im nie jest, do doktorów nie jeżdżą. A śpiewać to umie ta cała Natalka! Zdolna, pamięć ma dobrą. Już jak była mała, mówię do niej: 'Przeczytaj tam ino'. I ona czytała. - Niech oni nie gadają, że Władek nie jest robotny! Nie można mu zarzucić, że się nie stara! Brakuje tam ręki kobiety, ale Wioletta zdrowie ma słabe... Tylko ją teraz dobili.

Z akt: porozrzucane różne rzeczy, dzieci zdrowe

Od października 2004 r. do domu w Błotach Wielkich przychodzić będą kolejno cztery kuratorki. 3 stycznia 2005 r. jedna z nich pisze o dzieciach: 'Brak u nich jakiegokolwiek napięcia, impulsywności, negatywnych zachowań. Prawdopodobnie dzieci mają poczucie bezpieczeństwa. Na zewnątrz nadal panuje bałagan, porozrzucane różne rzeczy'. Po interwencji sądu proboszcz zorganizował pomoc - sąsiadka będzie pomagać w prowadzeniu domu. Kuratorka notuje, że matka z pomocą sąsiadki chętnie pierze, prasuje, układa. W lutym kuratorka zastaje matkę przy gotowaniu obiadu, dom posprzątany. W czerwcu uderza ją straszny bałagan. W lipcu: 'Rzeczy poukładane, na stołach obrusy i kwiaty w wazonach'. Dzieci ubrane czysto, mają już podręczniki na nowy rok szkolny.

W listopadzie: 'Zastałam całą rodzinę przy posiłku. W mieszkaniu nie jest zbyt czysto, lecz widać, że pani Woźna stara się utrzymać porządek. Poza tym relacje w rodzinie są dobre, dzieci są zdrowe, uśmiechnięte'. 28 grudnia bałagan uderzający. 'Dzieci ubrały pięknie choinkę'.

Życie Władysława

Ludzie we wsi opowiadają:

- Władziu zawsze lubił żartować. Nawet jak był napracowany, nie upadał na duchu. Niewykształcony, bo kiedyś się na szkolnictwo tak nacisku nie kładło. Ale miał naprawdę pamięć, 'Pana Tadeusza' w sklepie recytował. Bardzo uczynny. Zawsze jak ktoś przyjechał: 'Władziu, pomóż', to rzucał swoją robotę i pomagał. Szóstka ich w domu była. Rodzice zacni ludzie. Ojciec Władzia miał tak wspaniały głos, że jak zaśpiewał, to wszyscy wiedzieli, że Szwak jest w kościele. Natalka ma to po nim. Gospodarstwo prowadzili bardzo dobrze. Matka tak radziła, że dzieci ubrane, chlewy pobudowane. Władek miał żyłkę do handlu, tu konie kupił, tam sprzedał. Był najlepszym hodowcą świń we wsi. Pierwszy miał ciągnik. Pierwszy centralne ogrzewanie. Pierwszy kupił nawet meble w skórze, żeby było ładnie, jak żona przyjdzie. Tak dom odpicował, że jak ksiądz przyszedł po kolędzie, to nie poznał. Ale z tego małżeństwa wtedy nic nie wyszło. Gdy rodzeństwo poszło do miast, pomagał im finansowo. Nie myślał, że kiedyś sam będzie potrzebował. Bo potem, w którymś momencie, Władek Szwak podupadł. Może przez to załamanie w produkcji rolnej, może zaniedbał, może sił zabrakło. Teraz obraz nędzy. Pali w piecu, bo to ogrzewanie centralne się zepsuło. Nie ma łazienki, woda ze studni. Ale wie pani, jest jeszcze na wsiach więcej ludzi, którzy tak żyją. Uparty. Nie chciał brać z pomocy społecznej. Namawiali go, żeby zdał gospodarstwo i wziął za to rentę. 'A co stanie się z moją ziemią?' Sąsiad weźmie. 'Moją krwawicę?!' Przekonują: 'Władziu, masz 60 lat, jak sobie poradzisz?' 'Drzewo będę ciął i rozwoził, ale dzieciom chleba nie zabraknie'. Dzieci pragnął zawsze.

Podziel się