Konkurs: wygraj wycieczkę na Zanzibar!
Weź udział w konkursie.
Regulamin konkursu
Zobacz zdjęcia z Zanzibaru
Jest jeszcze rześko, ale za chwilę będzie jak w maglu, wystarczy, że wstanie słońce. W takim maglu o zapachu imbirowo-goździkowym z otwartymi na przestrzał oknami, bo na wybrzeżu przecież wieje wiatr. Dorota Katende nawet głowy z łóżka nie podnosi i już widzi, że ocean dzisiaj jest trochę mniej spokojny. Ocean Indyjski, bo dom Doroty, oddalony o kilkadziesiąt palm od najbliższego meczetu, stoi w wiosce Jambiani na wschodnim wybrzeżu Zanzibaru. Na śniadanie Dorota zje mango, marakuję, papaję. Zbliżając się do pięćdziesiątki, spełniła swoje marzenie - ma dom w Afryce. I afrykańskiego męża - najlepszego miejscowego divemastera, przewodnika po podwodnych rafach koralowych. Podobno była pierwszą Polką, która wyszła za Zanzibarczyka. I wygląda na to, że z czwartym mężem jest szczęśliwa jak nigdy dotąd.
Matka, żona, bizneswoman
Z marzeniami o Afryce wcale nie było łatwo. Realia mocno ściągały do ziemi. Bo kiedy pojawiły się marzenia, był już i 13-letni Karol, i czteroletnia Iza, i trzyletni Mikołaj. Była jeszcze 14-letnia pasierbica i mąż, który kilka lat wcześniej hodował i sprzedawał róże, tryskał humorem i optymizmem, a teraz raczej wybucha sarkazmem i cynizmem. A przecież miała wyższe wykształcenie ekonomiczne, własny salon kosmetyczny. To ona, będąc w ciąży, ścinała róże, spiesząc się przed przymrozkami, i sprzedawała je na targu, kiedy mąż bezskutecznie przez pół roku szukał pracy w Stanach. To ona sprzedała swój salon kosmetyczny, żeby kupić maszyny do produkcji pustaków, żeby postawić halę i wreszcie otworzyć sklep z meblami rattanowymi, który zupełnie nieźle rozkręciła. Na początku lat 90. meble rattanowe to był hit.
Z poprzedniego małżeństwa wyniosła kiepskie doświadczenia - żony bogatego właściciela kwiaciarni, który płacił i wymagał absolutnego posłuszeństwa. Kiedy już nie mogła znieść odgrywania słodkiej idiotki, pojechała do Wielkiej Brytanii pakować w fabryce wyposażenia barów i podawać kawę, dzięki czemu miała na salon kosmetyczny. To właściwie można uznać za pozytywne doświadczenie.
Więc w 1994 r. Dorota ma 35 lat i tak po ludzku przestaje widzieć w tym wszystkim sens. W tej ciągłej harówie w pracy i w domu, w wysłuchiwaniu docinków. Chce uciec od wszystkiego.
Tak jak ona o Afryce marzy wtedy wielu. I co z tego.
Decyzja
- Jedź do Afryki - nakłania Edyta, pracownica rattanowej firmy, która nieoczekiwanie staje się powiernicą Doroty. Cztery słowa wystarczyły, żeby Dorota się przed nią otworzyła: 'Jak on tak może?' - zadane po kolejnych docinkach przy gościach podczas kolacji: że nie ma poczucia humoru, że jest kiepską gospodynią, że na niczym się nie zna.
Dorota nie jest przekonana do wyjazdu. - Kto to widział żonę i matkę czwórki dzieci, która rzuca wszystko i pozwala sobie na Afrykę?
- Potrzebujesz odpoczynku.
- Choroby tropikalne, robaki.
- Byłam i żyję - bo rzeczywiście Edyta była w południowej Afryce.
- A kto się zajmie dziećmi?
- Ja. Masz gosposię, która się wszystkim zajmuje, ja tylko popatrzę, czy wszystko idzie jak trzeba. Jak zachorują, na głowie stanę.
- W końcu też mi się coś należy - konstatuje Dorota.
Rodzice pytają po co. Siostra mówi, że to za duże ryzyko. Znajomi pukają się w głowę. Mąż uważa, że to śmieszne. Tylko pieniądze, 1,8?tys. dol. - to nie problem, ale i tak niektórym znajomym mówi, że safari w Kenii wygrała, żeby nie wyglądało na zbytnią nonszalancję.