Śpiewasz, grasz, piszesz, robisz filmy, malujesz. Jest coś, czego nie potrafisz?
Tak, wszystkiego poza tym, co wymieniłaś. Przede wszystkim jestem pisarką. Dopiero potem jestem wokalistką i muzykiem. To, że robię filmy - to za dużo powiedziane. Zrobiłam kilka krótkometrażówek, bardzo nieprofesjonalnych - montaż i całe przygotowanie techniczne wymagało ode mnie bardzo dużo czasu i wysiłku. Namalowałam kilka obrazów, ale też nie maluję regularnie. We wszystkim innym jestem okrutnie niedobra.
A skąd potrzeba ekspresji na tylu różnych polach? To nie geny, nie pochodzisz z rodziny artystycznej.
Nie, ale za to pochodzę z rodziny o bardzo dużym poczuciu humoru. I to sprawiło, że od wczesnego dzieciństwa lubiłam i chciałam występować. Udawanie, odgrywanie małych rólek, szarady. W moim domu było tego mnóstwo i zawsze takim zabawom towarzyszyło dużo śmiechu. Być może to właśnie zainspirowało mnie do pójścia drogą, którą wybrałam. Może dlatego piszę i śpiewam - czyli opowiadam historie.
Mówisz o śmiechu i poczuciu humoru, ale przecież nie wszystko, co robisz, jest zabawne w bezpośredni, oczywisty sposób.
Książki są zabawne po prostu, z muzyki faktycznie nie można się pośmiać. Chociaż może to też zależy, kto słucha... Trzeba pamiętać, że ParisTetris to zespół, projekt, który dzielę z jeszcze dwoma muzykami, nie rządzę tu.
Ale to ty wyszłaś z pomysłem założenia zespołu?
Nie, to nie ja, to pewien człowiek. Powiedział do mojego męża: 'Marcin [Masecki, pianista], może byś zrobił coś ze swoją żoną?'. Ja wtedy pisałam i robiłam krótkie filmy, nie miałam nic wspólnego z muzyką. Ale pomyśleliśmy, że OK, właściwie możemy spróbować. Zadzwoniliśmy do Macia [Morettiego, perkusisty] i tak się zaczęło. Nagraliśmy płytę, nawet był nami zainteresowany wydawca. Wydawca przestał się interesować, ale mieliśmy płytę, więc byliśmy szczęśliwi. ParisTetris wzięło się z tego albumu.
To nie do końca prawda, że nie miałaś wcześniej nic wspólnego z muzyką. Parę lat temu występowaliście z Marcinem w warszawskich klubach.
Graliśmy standardy bluesowe, nie mieliśmy własnego materiału. No i te występy nie były regularne.
Poza tym studiowałaś muzykę.
Zawsze śpiewałam, ale tylko cudze utwory. Napisałam kilka własnych piosenek, ale były smutne i osobiste. Nie śpiewałam ich, bo to było zbyt krępujące. Mam je gdzieś zagrzebane głęboko. Na szczęście z czasem nauczyłam się komponować rzeczy, których się nie wstydzę.
Na studia muzyczne uciekłaś ze studiów filmowych. Co się stało?
Kiedy zdawałam na uniwersytet, byłam przekonana, że chcę zostać reżyserem. Pierwszy rok studiów był wspaniały, intensywny. A drugi rok był fatalny - nie poświęcano nam uwagi, bo wykładowcy zajęli się pierwszym rokiem. Czyli płaciłaś, żeby móc posiedzieć w uniwersyteckiej kawiarni. A do tego coraz bardziej ciągnęło mnie do dyrygentury. To kolejna rzecz, którą zawsze chciałam robić - dyrygowanie orkiestrą. Z dnia na dzień rzuciłam więc studia filmowe i zaczęłam studiować dyrygenturę.
Wtedy pojechałaś do Bostonu?
Najpierw studiowałam muzykę w Buenos Aires, a potem tak, wyjechałam i skończyłam studia w Bostonie. Uniwersytet nie był moją pierwszą lekcją muzyki. Już wcześniej, całą podstawówkę i liceum, chodziłam na lekcje śpiewu. Od kiedy skończyłam osiem lat. Nie pytaj dlaczego. To zagadka nawet dla mnie, co sprawia, że ośmioletnie dziecko chce brać lekcje śpiewania. Jeszcze bardziej nie wiem, dlaczego kontynuowałam naukę śpiewu przez całe życie, a potem i tak poszłam na film. Nie wiem.
Jednak opłaciło się.
Ale jak długo musiałam czekać, aż mi się opłaci. Niektóre rzeczy wracają do człowieka w bardzo dziwny sposób - kiedy najmniej się tego spodziewasz.
To prawda, że pracowałaś jako prywatny detektyw?
Krótko. Biuro było przygnębiające, zawalone półkami i papierami. Ale sama praca była bardzo zabawna. Prowadziłam śledztwo dla mężczyzny z Francji, który przyjechał do Argentyny, żeby odnaleźć pewną kobietę. W którymś momencie zaczęłam podejrzewać, że Francuz nie szuka konkretnej kobiety, ale kobiety w ogóle. Totalnie spanikowałam. Dałam przyjacielowi lornetkę i kazałam mu, żeby mnie śledził. I pewnego razu on podszedł do mnie z taką wiszącą na szyi lornetką. 'Co ty robisz? Wszystko zrujnujesz'. Musieliśmy uciekać. Śledztwo skończyło się zupełnym fiaskiem.