Bramini całują jej stopy
Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska
2009-08-25, ostatnia aktualizacja 2009-08-26 14:27
Siostra pokazała dalitom, że można się wyrwać - tłumaczy Rani. - Nim została premierem Uttar Pradeś, policjanci w ogóle nie przyjmowali spraw, w których dalici byli ofiarami. Teraz boją się Siostry
Po co składacie datki w świątyniach? - mawiała na wiecach. - To ja mogę poprawić waszą sytuację. To ja jestem waszą boginią. Uwierzyli
ZOBACZ TAKŻE
- Wielka Niedźwiedzica (22-02-09, 11:00)
- Wałęsa mówił do mnie "czarna owca" (05-01-10, 01:00)
- Pekin. Osiem losów (10-12-07, 11:00)
- Rząd kobiet (20-08-07, 11:00)
- Rodzić na Haiti (18-09-06, 11:55)
- Michelle Bachelet, prezydent Chile (18-02-06, 00:00)
- Nie ona pierwsza! (18-02-06, 00:00)
- Finki noszą w kieszeni nóż (15-12-09, 01:00)
- Od feminizmu do nacjonalizmu (03-11-09, 01:00)
Imię i nazwisko: Mayawati (nie używa nazwiska).
Wiek: 53 lata.
59. pozycja na liście wpływowych kobiet 'Forbesa'
Pochodzenie: delhijskie slumsy.
Zawód wyuczony: nauczycielka.
Stanowisko: premier 170-milionowego indyjskiego stanu Uttar Pradeś.
Aspiracje: fotel premiera Indii.
Słabość: diamenty.
Kandydaci, którzy wygrali w swoich okręgach wyborczych, niezwłocznie mają się stawić w świeżo odmalowanej na biało-niebiesko siedzibie partii w Lucknow. W swoich SUV-ach mijają wychudzonych rikszarzy, kobiety hodujące świnie na ulicznych śmieciach, dwa szlabany z żołnierzami uzbrojonymi w karabiny. Szefowa partii - Mayawati - niecierpliwie czeka na ostateczne wyniki majowych wyborów 2009. Od tego, ile miejsc w parlamencie wygrają jej ludzie, zależy, czy będzie miała szansę negocjować stanowisko premiera Indii. I od tego, czy po wygranych wyborach nie zdradzą. - Macie zapowiedzieć rodzinom, że mogą was nie widzieć przez następne dwa tygodnie - usłyszeli.
Zemsta dziecka slumsów
Ojciec Mayawati urodzeniem trzeciej córki był sfrustrowany. - Co to za mężczyzna, który nie ma syna?! - wykrzykiwał, a żona płakała z bezsilności. Matka Mayawati - analfabetka; ojciec - urzędnik pocztowy, który pracę dostał w ramach rezerwacji stanowisk dla niskich kast. Oboje ze wsi w największym indyjskim stanie Uttar Pradeś wylądowali w slumsie na wschodzie Delhi. Rodziny urzędnika niskiego szczebla nie stać na nic lepszego. Ciasno, obskurnie, o toalecie można pomarzyć. Żona w końcu się postarała. Po roku urodziła pierwszego syna. A potem następnych - w sumie sześciu.
Za z trudem odłożone pieniądze ojciec posyłał ich do prywatnych szkół. Trzy dziewczynki chodziły do gorszych - publicznych. Same miały sobie zarobić na posag. 'To synowie zapewnią mi przyszłość' - powtarzał.
Mayawati ma 35 lat i naoliwione włosy spięte w kucyk, kiedy odbija sobie ojcowskie krzywdy. W 1993 r. jej partia po raz pierwszy dochodzi do władzy w Uttar Pradeś. Ojciec przychodzi z delegacją z rodzinnej wsi, gdzie prąd jest przez kilka godzin i nieliczni mają wodę. - Wydawało mi się, że to synowie mieli kontynuować twoje nazwisko - odparła oschle. - Może ich poprosisz o zbudowanie szkół i dróg w swojej wsi?
Rozhisteryzowana dalitka sięga po władzę
Nie wiadomo, czy lider socjalistów rzeczywiście chciał zamordować Mayawati. Nie byłoby to zresztą pierwsze morderstwo w historii indyjskiej polityki, a tym bardziej - polityki w Uttar Pradeś, w historycznej kolebce indyjskich terrorystów. 2 czerwca 1995 r. Mayawati wyłamuje się z aliansu z Partią Socjalistyczną (SP) i wchodzi w układ z opozycyjną nacjonalistyczną Indyjską Partią Ludową (BJP). Mają teraz wystarczającą liczbę głosów, żeby obalić panującą Partię Socjalistyczną. Po 15 latach żmudnej budowy struktur BSP - Partii Większości (a dokładniej - ubogiej większości) - Mayawati po raz pierwszy zostaje premierem stanu, w którym na obszarze wielkości dwóch trzecich terytorium Polski mieszka pięć razy więcej ludzi. - Ta rozhisteryzowana dalitka zwariowała! - przeklina obalony premier, podczas gdy Mayawati świętuje w pensjonacie. Niedługo świętuje. Po godz. 16 do pensjonatu wpada 200 członków Partii Socjalistycznej: - Pozabijamy was, wasze żony i wasze dzieci! - wrzeszczą. Kopią i tłuką po twarzach przerażonych i biernych zwolenników Mayawati. To dalici. Nie bronią się. Zawsze znajdowali się na samym dole drabiny społecznej i wyższe kasty miały prawo robić z nimi, co chciały. Dalici nazywani byli wprost - niedotykalnymi. Teraz nikt nie waży się używać tego określenia publicznie. Mayawati ledwie zdążyła zabarykadować się w apartamencie.
- Wyciągniemy dalitkę z jej dziury! - drą się napastnicy i przez godzinę forsując drzwi, wyliczają, co jej zrobią, jak ją dorwą. Hotelowa ochrona nie reaguje. Właściciel spokojnie ćmi cygaro. W całej okolicy siada prąd i przestaje lecieć woda. Potem będzie to jeden z argumentów, że odsunięty premier musiał maczać palce w ataku. Sytuację ratuje dwóch policjantów, którym udaje się ściągnąć posiłki, odciągnąć tłuszczę od apartamentu. Mayawati odważy się otworzyć drzwi dopiero późno w nocy. W śledztwie o atak i próbę morderstwa oskarżono 75 osób. Do tej pory nikt nie został skazany.
Miłość i polityka
Ochroniarz z przekrwionymi oczami blokuje przejście w bramie: - Nie wolno - splata ręce na czarnym, porządnie zakurzonym i byle jakim mundurze. Po krótkiej wymianie argumentów łaskawie doprecyzowuje: - Nie wolno robić zdjęć - i wpuszcza za ponadsześciometrowy mur do Centrum Inspiracji w środku Lucknow, stolicy Uttar Pradeś. Na zieleniącym się co kilka godzin podlewaną roślinnością dziedzińcu stoją pod baldachimem on i ona z brązu. On - ideolog. Ona - praktyk. On - ugodowy. Ona - bezkompromisowa. On - Kanshi Ram, i ona - Mayawati, pierwsza premier stanu Uttar Pradeś, która postawiła sobie samej pomnik. Niewysoka, zaokrąglona, kobieca, z krótko przyciętymi włosami i torebką na ramieniu. Z naoliwionych włosów spiętych w kucyk naśmiewały się parlamentarzystki z wyższych sfer.
- Pomniki przywódców trzeba stawiać, kiedy jeszcze żyją - tłumaczy Mayawati, kiedy po raz trzeci zostaje premierem Uttar Pradeś. - Pierwszy pomnik Kanshi Rama zbudowałam za jego życia, a on uważał, że obok powinien stać mój. Kiedy zmarł na zawał serca - przez lata po wylewie Mayawati pielęgnowała go w swoim domu - obok jego pomnika wystawiła swój. Przecież razem zakładali BSP. Za życia byli nierozłączni. Plotki na temat ich związku przez 30 lat to przygasały, to ożywały na nowo. Poznali się, kiedy zimowym wieczorem 1977 r. 43-letni Kanshi Ram zapukał do ubogiego domu rodziców Mayawati. Dalickiemu intelektualiście podobał się zapał, z jakim 21-latka przemawiała na uniwersytecie, odnalazł ją i złożył propozycję: - Zapomnij o egzaminie na urzędnika państwowego. W urzędzie będziesz wypełniać polecenia. W polityce będziesz je wydawać.
Bo Mayawati, już nauczycielka, marzyła o pracy poborcy podatkowego. Żeby jak ojciec dostać pracę w ramach rezerwacji dla niskich kast (w ramach rezerwacji znalazła się też na uniwersytecie). - Mieszkali ze sobą - mówi scenicznym szeptem Vijaya Pant, braminka z Lucknow obeznana w miejscowym światku politycznym. - Ale cicho! Panna i kawaler nie mogą mieszkać razem! To wbrew prawu - puszcza oko. Mayawati podkreśla, że jest Kumari Mayawati - Panną Mayawati. I że w przeciwieństwie do innych kobiet w indyjskiej polityce nie odziedziczyła funkcji po zmarłym mężu czy kochanku. 'Jako panna i dalitka musiałam stawić czoło pomówieniom, obelgom, lekceważeniu, grożono mi śmiercią' - pisze w autobiografii. - 'Musiałam walczyć o każdy kawałek politycznej przestrzeni, który dzisiaj zajmuję'. Za mąż nie wyszła, 'żeby poświęcić życie służbie i interesowi ubogiej większości społeczeństwa i biednym z wyższych kast'. Członkowie BSP uważali ją za słabość Kanshi Rama, więc kiedy w 2001 r. ogłosił ją szefową partii, oburzyli się. - Wyglądało, jakby dał się ponieść uczuciom - wspomina jeden z kolegów. - Ale się myliliśmy.
Wiek: 53 lata.
59. pozycja na liście wpływowych kobiet 'Forbesa'
Pochodzenie: delhijskie slumsy.
Zawód wyuczony: nauczycielka.
Stanowisko: premier 170-milionowego indyjskiego stanu Uttar Pradeś.
Aspiracje: fotel premiera Indii.
Słabość: diamenty.
Kandydaci, którzy wygrali w swoich okręgach wyborczych, niezwłocznie mają się stawić w świeżo odmalowanej na biało-niebiesko siedzibie partii w Lucknow. W swoich SUV-ach mijają wychudzonych rikszarzy, kobiety hodujące świnie na ulicznych śmieciach, dwa szlabany z żołnierzami uzbrojonymi w karabiny. Szefowa partii - Mayawati - niecierpliwie czeka na ostateczne wyniki majowych wyborów 2009. Od tego, ile miejsc w parlamencie wygrają jej ludzie, zależy, czy będzie miała szansę negocjować stanowisko premiera Indii. I od tego, czy po wygranych wyborach nie zdradzą. - Macie zapowiedzieć rodzinom, że mogą was nie widzieć przez następne dwa tygodnie - usłyszeli.
Zemsta dziecka slumsów
Ojciec Mayawati urodzeniem trzeciej córki był sfrustrowany. - Co to za mężczyzna, który nie ma syna?! - wykrzykiwał, a żona płakała z bezsilności. Matka Mayawati - analfabetka; ojciec - urzędnik pocztowy, który pracę dostał w ramach rezerwacji stanowisk dla niskich kast. Oboje ze wsi w największym indyjskim stanie Uttar Pradeś wylądowali w slumsie na wschodzie Delhi. Rodziny urzędnika niskiego szczebla nie stać na nic lepszego. Ciasno, obskurnie, o toalecie można pomarzyć. Żona w końcu się postarała. Po roku urodziła pierwszego syna. A potem następnych - w sumie sześciu.
Za z trudem odłożone pieniądze ojciec posyłał ich do prywatnych szkół. Trzy dziewczynki chodziły do gorszych - publicznych. Same miały sobie zarobić na posag. 'To synowie zapewnią mi przyszłość' - powtarzał.
Mayawati ma 35 lat i naoliwione włosy spięte w kucyk, kiedy odbija sobie ojcowskie krzywdy. W 1993 r. jej partia po raz pierwszy dochodzi do władzy w Uttar Pradeś. Ojciec przychodzi z delegacją z rodzinnej wsi, gdzie prąd jest przez kilka godzin i nieliczni mają wodę. - Wydawało mi się, że to synowie mieli kontynuować twoje nazwisko - odparła oschle. - Może ich poprosisz o zbudowanie szkół i dróg w swojej wsi?
Rozhisteryzowana dalitka sięga po władzę
Nie wiadomo, czy lider socjalistów rzeczywiście chciał zamordować Mayawati. Nie byłoby to zresztą pierwsze morderstwo w historii indyjskiej polityki, a tym bardziej - polityki w Uttar Pradeś, w historycznej kolebce indyjskich terrorystów. 2 czerwca 1995 r. Mayawati wyłamuje się z aliansu z Partią Socjalistyczną (SP) i wchodzi w układ z opozycyjną nacjonalistyczną Indyjską Partią Ludową (BJP). Mają teraz wystarczającą liczbę głosów, żeby obalić panującą Partię Socjalistyczną. Po 15 latach żmudnej budowy struktur BSP - Partii Większości (a dokładniej - ubogiej większości) - Mayawati po raz pierwszy zostaje premierem stanu, w którym na obszarze wielkości dwóch trzecich terytorium Polski mieszka pięć razy więcej ludzi. - Ta rozhisteryzowana dalitka zwariowała! - przeklina obalony premier, podczas gdy Mayawati świętuje w pensjonacie. Niedługo świętuje. Po godz. 16 do pensjonatu wpada 200 członków Partii Socjalistycznej: - Pozabijamy was, wasze żony i wasze dzieci! - wrzeszczą. Kopią i tłuką po twarzach przerażonych i biernych zwolenników Mayawati. To dalici. Nie bronią się. Zawsze znajdowali się na samym dole drabiny społecznej i wyższe kasty miały prawo robić z nimi, co chciały. Dalici nazywani byli wprost - niedotykalnymi. Teraz nikt nie waży się używać tego określenia publicznie. Mayawati ledwie zdążyła zabarykadować się w apartamencie.
- Wyciągniemy dalitkę z jej dziury! - drą się napastnicy i przez godzinę forsując drzwi, wyliczają, co jej zrobią, jak ją dorwą. Hotelowa ochrona nie reaguje. Właściciel spokojnie ćmi cygaro. W całej okolicy siada prąd i przestaje lecieć woda. Potem będzie to jeden z argumentów, że odsunięty premier musiał maczać palce w ataku. Sytuację ratuje dwóch policjantów, którym udaje się ściągnąć posiłki, odciągnąć tłuszczę od apartamentu. Mayawati odważy się otworzyć drzwi dopiero późno w nocy. W śledztwie o atak i próbę morderstwa oskarżono 75 osób. Do tej pory nikt nie został skazany.
Miłość i polityka
Ochroniarz z przekrwionymi oczami blokuje przejście w bramie: - Nie wolno - splata ręce na czarnym, porządnie zakurzonym i byle jakim mundurze. Po krótkiej wymianie argumentów łaskawie doprecyzowuje: - Nie wolno robić zdjęć - i wpuszcza za ponadsześciometrowy mur do Centrum Inspiracji w środku Lucknow, stolicy Uttar Pradeś. Na zieleniącym się co kilka godzin podlewaną roślinnością dziedzińcu stoją pod baldachimem on i ona z brązu. On - ideolog. Ona - praktyk. On - ugodowy. Ona - bezkompromisowa. On - Kanshi Ram, i ona - Mayawati, pierwsza premier stanu Uttar Pradeś, która postawiła sobie samej pomnik. Niewysoka, zaokrąglona, kobieca, z krótko przyciętymi włosami i torebką na ramieniu. Z naoliwionych włosów spiętych w kucyk naśmiewały się parlamentarzystki z wyższych sfer.
- Pomniki przywódców trzeba stawiać, kiedy jeszcze żyją - tłumaczy Mayawati, kiedy po raz trzeci zostaje premierem Uttar Pradeś. - Pierwszy pomnik Kanshi Rama zbudowałam za jego życia, a on uważał, że obok powinien stać mój. Kiedy zmarł na zawał serca - przez lata po wylewie Mayawati pielęgnowała go w swoim domu - obok jego pomnika wystawiła swój. Przecież razem zakładali BSP. Za życia byli nierozłączni. Plotki na temat ich związku przez 30 lat to przygasały, to ożywały na nowo. Poznali się, kiedy zimowym wieczorem 1977 r. 43-letni Kanshi Ram zapukał do ubogiego domu rodziców Mayawati. Dalickiemu intelektualiście podobał się zapał, z jakim 21-latka przemawiała na uniwersytecie, odnalazł ją i złożył propozycję: - Zapomnij o egzaminie na urzędnika państwowego. W urzędzie będziesz wypełniać polecenia. W polityce będziesz je wydawać.
Bo Mayawati, już nauczycielka, marzyła o pracy poborcy podatkowego. Żeby jak ojciec dostać pracę w ramach rezerwacji dla niskich kast (w ramach rezerwacji znalazła się też na uniwersytecie). - Mieszkali ze sobą - mówi scenicznym szeptem Vijaya Pant, braminka z Lucknow obeznana w miejscowym światku politycznym. - Ale cicho! Panna i kawaler nie mogą mieszkać razem! To wbrew prawu - puszcza oko. Mayawati podkreśla, że jest Kumari Mayawati - Panną Mayawati. I że w przeciwieństwie do innych kobiet w indyjskiej polityce nie odziedziczyła funkcji po zmarłym mężu czy kochanku. 'Jako panna i dalitka musiałam stawić czoło pomówieniom, obelgom, lekceważeniu, grożono mi śmiercią' - pisze w autobiografii. - 'Musiałam walczyć o każdy kawałek politycznej przestrzeni, który dzisiaj zajmuję'. Za mąż nie wyszła, 'żeby poświęcić życie służbie i interesowi ubogiej większości społeczeństwa i biednym z wyższych kast'. Członkowie BSP uważali ją za słabość Kanshi Rama, więc kiedy w 2001 r. ogłosił ją szefową partii, oburzyli się. - Wyglądało, jakby dał się ponieść uczuciom - wspomina jeden z kolegów. - Ale się myliliśmy.
Źródło: Wysokie Obcasy
1
2
następne »
-
Bramini całują jej stopy
indie1-5
28.08.09, 08:53
W wyborach parlamentarnych w 2009 r nie bylo juz tak dobrze. BSP zdobylo wprawdzie wiekszosc glosow w stanie Uttar Pradesh , ale niewiele poza nim, w Parlamencie bedzie liczna partia, ale »
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień









