Jak to się stało, że panienka z dobrego domu postanowiła zostać lekarzem, że wymyśliła sobie najpierw medycynę, a potem, co gorsza, ginekologię?

Chciałam czmychnąć z domu, z Sosnowca, gdzieś dalej. Złożyłam papiery na medycynę w Łodzi. Na pierwszym roku tak mi się nie podobało, że strasznie żałowałam i myślałam, że to rzucę. Ale podpierał mnie, listownie, mój dziadek. I wytrwałam. Moja grupa to było 11 osób, cztery babki i reszta chłopaków (bardzo fajni) - jakoś dzięki nim przetrwałam pierwszy rok. A jak się już zaczęły zajęcia w klinikach, kontakt z ludźmi, z pacjentami, to mi się zaczęło podobać. A najbardziej podobały mi się oddziały zabiegowe. I neurochirurgia. W to poszłam.

Skończyłaś studia w 1954 roku i dostałaś nakaz pracy w Chorzowie.

Dostałam nakaz pracy na Śląsku. W Katowicach szefem wojewódzkiej służby zdrowia był znajomy ojca dr Orłowski. Leczył mnie, jak byłam dzieckiem. Kiedy się z nim spotkałam, miał dla mnie złą wiadomość - okazało się, że w naszym województwie nie było neurochirurgii. Była do wyboru chirurgia albo ginekologia w Chorzowie. Powiedziałam mu, że w takim razie wybieram ginekologię, bo stanowczo wolę pracować z kobietami. Moje doświadczenie było takie, że mężczyźni bardziej histeryzują, jak im coś dolega, albo to lekceważą.

Zwłaszcza kobietę lekarkę, tak?

Nie, w ogóle lekceważą proces leczenia. Są trudnymi pacjentami. Wyszukują sobie wiele schorzeń, ale tej dyscypliny w leczeniu jest u nich mało. Natomiast kobieta, jak choruje, to chce jak najszybciej wrócić do domu.
Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej