Jak to się stało, że panienka z dobrego domu postanowiła zostać lekarzem, że wymyśliła sobie najpierw medycynę, a potem, co gorsza, ginekologię?

Chciałam czmychnąć z domu, z Sosnowca, gdzieś dalej. Złożyłam papiery na medycynę w Łodzi. Na pierwszym roku tak mi się nie podobało, że strasznie żałowałam i myślałam, że to rzucę. Ale podpierał mnie, listownie, mój dziadek. I wytrwałam. Moja grupa to było 11 osób, cztery babki i reszta chłopaków (bardzo fajni) - jakoś dzięki nim przetrwałam pierwszy rok.
Pozostało 96% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej