Chciała nosić imię Debbie, Patty albo Cathy, jak inne dziewczyny w jej rodzinnym Summit w New Jersey. Skończyło się, jak zwykle w rodzinie Wilkinsonów, na Mary. Odziedziczyła imię po matce, ona z kolei po babce, tamta po swojej matce. Louise na drugie miało być hołdem dla maminej przyjaciółki. Oba zlepione w Meryl ułatwiały życie ojcu, który jakoś musiał je rozróżniać. Jej - mniej. - Byłam niezdarnym kujonem w okularach, o dziwacznym imieniu - wspomina. Wtedy nikt się nie spodziewał, że to brzydkie kaczątko wyrośnie na wielką aktorkę.
Pozostało 98% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej