Kompleks lolity po japońsku
Tekst: Joanna Bator
2003-08-08, ostatnia aktualizacja 2003-08-08 17:23
Do zdziecinniałych dorosłych nie trafia wizerunek dojrzałej, świadomej swojej seksualności kobiety. Japońskie nastolatki wcale nie chcą wyglądać na dorosłe i takie właśnie się podobają; lolitki zatrzymane w raju dzieciństwa. Tekst Joanny Bator
ZOBACZ TAKŻE
- Kobiety wspólczesnej Japonii (03-05-02, 12:00)
- Japońskie "hotele miłości" (16-10-04, 01:00)
- O tym się mówi (28-12-08, 11:00)
- Japonki (09-05-03, 12:00)
- Japonki w Krakowie (26-10-01, 11:00)
RAPORTY
KRAJ
"Mężczyźni w Japonii mają rorikon", powiedziała mi Michiko takim tonem, jakby była to ospa wietrzna albo różyczka, jedna z tych nieprzyjemnych wprawdzie, ale trudnych do uniknięcia chorób. "Rorikon" to w japońskiej wersji języka angielskiego "lolita complex", czyli kompleks lolity. W Japonii szybko zaczyna się rozumieć, dlaczego na niezamężną kobietę po 25. roku życia mówi się "christmas cake" - jest po prostu stara i nieapetyczna jak bożonarodzeniowe ciastko, którego nikt nie kupił na czas. Zamężna kobieta z kolei należy w Japonii do aseksualnej kategorii "żon i matek", w związku z czym wymaga się od niej statecznego zachowania i stosownego, skromnego ubioru. Świat należy do lolitek
Raj dla Humberta Humberta
Michiko dziś jest działaczką ruchu na rzecz obrony praw kobiet zatrudnionych w seks biznesie; filigranowa istota o delikatnych rysach, która mając lat 26, wygląda na nastolatkę. Jakże dziecinne wrażenie musiała więc sprawiać dziesięć lat temu, gdy pracowała w Krainie mydła, czyli w jednym z setek tokijskich "salonów masażu", które tak naprawdę są domami publicznymi. Michiko ma jakieś 150 cm, waży pewnie około 40 kg i idąc z nią, czuję się wielka, jak Brigit Nielsen. Mężczyźni w Japonii kochają jednak lolitki, i to właśnie one królują w ich erotycznym imaginarium. Panowie o takich preferencjach mogą spotkać się w fan clubach lolitek, poczytać o nich w męskich wydawnictwach, popatrzeć na nie na ulicach Tokio, gdzie licealistki noszą niebezpiecznie krótkie spódnice od mundurków, które muszą nieustannie przytrzymywać sobie na pupie, by nie podwiał ich wiatr. W Kabuki-cho, tokijskiej dzielnicy czerwonych latarni, w której Michiko pracowała, przed wejściem do domów publicznych wywieszone są zdjęcia zatrudnionych w nich prostytutek. I nie zobaczy się tu znanych z Zachodu wampów w czarnych koronkach, czerwonym lateksie i wysokich butach. Michiko mówi, że do pracy ubierała się w najpopularniejszy szkolny mundurek z krótką granatową spódniczką i białą bluzą z żeglarskim kołnierzem. Dziewczyny z Kabuki-cho, na których zdjęcia patrzę, spacerując z Michiko od jednego przybytku do drugiego, nadal wyglądają tak, że aż chce się zapytać, czemu nie są w szkole i gdzie podziewają się ich rodzice. Humbert Humbert, bohater "Lolity" Nabokova, oszalałby z radości.
Przepraszam, mogę pana podglądnąć?
W tokijskim metrze wszyscy albo śpią, albo coś czytają. A jak czytają, to najczęściej komiksy manga, rysunkowe opowieści popularniejsze w Japonii niż książki, kupowane przez dorosłych i dzieci obojga płci. Bardzo lubię zaglądać współpasażerom przez ramię tak, by widzieć obrazki w ich manga. "Pokaż mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś", zasada, w którą zawsze wierzyłam, a na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, iż robię to z tak zwanej ciekawości poznawczej i dyskretnie. Oto starszy pan w drogim garniturze i krawacie nieco bardziej fantazyjnym niż przeciętny, a więc ktoś, kto zajmuje na tyle wysokie stanowisko, że może sobie pozwolić na tę odrobinę ekstrawagancji w zuniformizowanej Japonii. Wsiadł na stacji Shinjuku, dzielnicy biurowców i siedziby władz miasta, zajął wolne miejsce koło mnie i wyjął gruby kolorowy komiks z teczki Luisa Vuttona. Co może czytać? Coś o uprawie ogródka? Grze w golfa? Nic z tego. Zezując w bok, obserwuję przygody nieletniej bohaterki, w które zagłębił się mój współpasażer, dorosły poważny mężczyzna, pewnie ma już wnuki. Na pierwszym obrazku jego manga ubrana w mundurek dziewczynka wybiega ze szkoły, na drugim - odwija z papierka lizaka, na trzecim - mamy zbliżenie jej rozchylonych ust, wysuniętego języka i wielkich oczu przypominających puste oczy zwierzątka. Tak patrzy mój kot, gdy udaje, że rozumie, co do niego mówię. Na kolejnych obrazkach historia się rozwija: dziewczynka spostrzega przyglądającego jej się mężczyznę w garniturze (klona tego, co siedzi koło mnie) i jej oczy powiększają się do wielkości spodków, zrywa się, biegnie, wpada w pustą uliczkę, na końcu której jest wysoki mur. Mężczyzna rusza za nią. Dobiegłszy do końca dziewczynka przewraca się, gubi tornister, tłucze sobie kolano. Siada, opierając się o mur tak, że spod króciutkiej spódniczki widać jej majtki. Białe dziecinne gatki i stłuczone kolano. I łza zbierająca się w kąciku jednego z wielkich przerażonych oczu. Obrazek pokazany jest z perspektywy ścigającego dziewczynkę mężczyzny, który zastygł wpatrzony w swoją ofiarę wzrokiem tak samo pełnym fascynacji jak czytający manga mężczyzna w metrze. To może być koniec jednej z historii, jakie zawiera gruby tom, ale jeśli komiks należy do gatunku pornograficznej ero manga, bohaterowi nie wystarczy patrzenie na bezbronną dziewczynkę, która na kolejnych stronach może być gwałcona, torturowana i zabita z okrucieństwem, o jakim nie śnił Hannibal Lecter. Japońskie prawo przeciw obsceniczności zabrania realistycznego przedstawiania genitaliów i przede wszystkim pokazywania włosów łonowych (jeszcze dziś można znaleźć w japońskiej księgarni przykład pracy cenzorów, którzy wydrapali włosy łonowe z zachodniej publikacji, a na pchlich targach stare numery Playboya z białą plamą na podbrzuszu modelek). Japońskie prawo nie zabrania jednak przedstawiania seksu z dziećmi ani żadnej innej dewiacji kiedykolwiek wymyślonej przez ludzkość. Pedofilia jest oczywiście karana, podobnie jak we wszystkich innych cywilizowanych krajach świata, ale w krainie wyobraźni, jaką jest manga, wszystko wolno. Fakt, iż małe dziewczynki jeszcze nie mają włosów łonowych ułatwia sprawę i rzecz dzieje się w majestacie prawa. Lolitka, której spod króciutkiej spódniczki widać bieliznę, stanowi jeden z ikonicznych wizerunków nie tylko w stricte pornograficznych publikacjach, ale również w komiksach skierowanych na przykład do dorastających chłopców. W fabułę dotyczącą takich "męskich" spraw jak baseball czy wyścigi samochodowe wpleciony jest wątek erotyczny, a jego kulminację stanowi scena, w której bohater/czytelnik podgląda roznegliżowaną koleżankę. Zaambarasowana lolitka, nieświadoma, że jakiś przypadek wyeksponował jej dziewczęcą bieliznę, i męskie oczy wpatrzone między jej nogi to obrazek, jaki widzę niemal codziennie, zaglądając przez ramię mężczyznom w metrze.
Fajna kulturka
W odważnej obrazoburczej książce "Dogs and Demons" Alex Kerr pisze, że kultura japońska zdziecinniała, winiąc za to powojenny system edukacyjny. Autor twierdzi, że torturując dziecięce umysły nakazami, zakazami, ostrzeżeniami i pamięciowym wkuwaniem wyprodukował on dorosłych niedojrzałych do dorosłego życia. Kerr nie wspomina o genderowym aspekcie tej historii, ale nie przez przypadek ten nieprawdopodobnie restrykcyjny system szkolny ubiera uczennice w stroje, które z dzieci, jakimi są, czyni erotyczne obiekty. Do zdziecinniałych dorosłych nie trafi bowiem wizerunek dojrzałej, świadomej swojej seksualności kobiety. Japońskie nastolatki wcale nie chcą wyglądać na dorosłe i takie właśnie się podobają; lolitki zatrzymane w raju dzieciństwa. Michiko mówi, że nawet te nastolatki, które chodzą do szkół nie wymagających mundurków, chętnie je kupują i przebierają się w nie, aby
wyglądać kawaii. "Kawaii", słowo najczęściej chyba słyszane na ulicach Japonii, a już na pewno wtedy, gdy rozmawiają dziewczynki, jest kluczem do zrozumienia fenomenu japońskich lolitek. Kawaii zwykle tłumaczy się na angielski jako "cute", ale termin ten ma nieco inny zakres znaczeniowy. Służy bowiem do opisywania rzeczy i zjawisk, które są nie tylko miłe, słodkie, wdzięczne, niewinne i "fajne", lecz także słabe, bezbronne, maleńkie, troszkę żałosne. Kawaii jest na przykład kocię, które spadło z tapczanu, pluszowe zwierzątko doczepione do damskiej torebki, miękka wielkooka maskotka bez ust, różowy toster, włochata ramka na wewnętrzne lusterko w samochodzie. Przede wszystkim jednak kawaii powinna być dziewczyna. Kerr nie wspomina też w swojej książce o genezie kultury kawaii, która jednak jest bardzo istotna dla tego, co stało się w Japonii w ciągu ostatnich trzydziestu lat.
Rewolucja dziewczynek
Na początku lat 70. japońskie dziewczęta zainicjowały lokalną odmianę obyczajowej rewolucji, która w tym czasie szalała w Europie i Ameryce. Aby wytłumaczyć, na czym ona polegała, należy poświęcić kilka zdań uwagi jednemu z najważniejszych aspektów japońskiej kultury, a mianowicie językowi. Nawet niedługi pobyt w Japonii wystarczy, by się przekonać, jakim szacunkiem otoczony jest tu język, skarbnica wartości, oznaka tożsamości narodowej. Japończycy często podkreślają z duma, że posługują się najbardziej skomplikowanym systemem językowym świata. Bunt dziewcząt wobec obowiązujących reguł zaczął się więc od ataku na bastion świętości. W nauce kolejnych japońskich alfabetów obowiązuje system koszarowy: każdy uczeń musi opanować znak w tym samym czasie i zapisywać go dokładnie według ustalonych reguł, nie mając prawa do najmniejszej zmiany. W Japonii pisze się od prawej strony z góry kartki w dół, używając pędzelka. Dziewczynki zaczęły pisać na sposób zachodni, czyli horyzontalnie, a pędzelki zastąpiły kolorowymi długopisami. Następnie zmieniły kształt znaków nie tylko nadając im krągły, wystylizowany charakter, lecz także ozdabiając je serduszkami, gwiazdkami lub małymi postaciami. W nowym języku zaczęły pisać listy i pamiętniki, a szkolne autorytety nie mogły poradzić sobie z rozprzestrzeniającym się szaleństwem dziewczynek, których ilość dwukrotnie przewyższała liczbę chłopców posługujących się nowym pismem. W ciągu kilku lat liczba używających go buntowniczek osiągnęła 5 milionów. Jak pisze Sharon Kinsella, socjolożka z Cambridge, szybko doceniono powagę sprawy i zaczęto zastanawiać się, jak poradzić sobie z buntem, bo w Japonii nikt nie lubi takich ekstrawaganckich pomysłów naruszających porządek. Autorytety podniosły alarm. Zaczęły powstawać publikacje, których autorzy przerażeni buntem dziewczynek wymyślali kolejne terminy mające oddać specyfikę zjawiska. I tak pismo dziewczynek nazywano pismem "komiksowym", "okrągłym", "nieprawidłowym", "zdeprawowanym", "zdegenerowanym", podczas gdy jego twórczynie określały je po prostu mianem "kawaii". Zanim jednak opracowano środki zaradcze, rewolucja dziewczynek została pożarta przez prawa kapitalistycznego rynku. Dostrzeżono bowiem, że nowa moda na milusie pismo, której hołduje ponad połowa japońskich uczennic, jest żyłą złota, a pismo buntu stało się jeszcze jednym towarem i utraciło swój rewolucyjny potencjał.
W królestwie kiczu
Na początku firma Sanrio wypuściła na rynek papeterie, pocztówki i zeszyty przeznaczone specjalnie do pisania kawaii, a potem posypała się cała lawina "fanshi guzzu", czyli w japońskiej wersji angielskiego "fancy goods". Tak zaczęła się era kawaii. Język dziewczynek przyjął się w manga i filmach animowanych, czasopismach, a nawet w oprogramowaniu komputerowym. Kawaii, estetyka możliwie najdalsza od wyrafinowanej elegancji i umiaru, z jakimi kojarzymy Japonię, stała się dominującym nurtem. Postaci z manga zaczęły pojawiać się na wszystkim, od prezerwatyw po samoloty, miejscowi architekci stylizowali posterunki policji na piernikowe domki z bohaterami kreskówek na drzwiach, przemalowywano dźwigi na żyrafy albo dinozaury, a każda z japońskich prefektur wybrała na swoje logo jednego z milusich dziecinnych bohaterów. Mimo iż apogeum kultury kawaii przypadało na lata 80., jest to nadal jeden z dominujących trendów i trudno kupić jakikolwiek produkt, który nie miałby gdzieś narysowanej wielkookiej buzi. Niedaleko mojego domu w dzielnicy Dene'n Chofu jest sklep Sanrio w kształcie ogromnej truskawki, która podczas jakiegoś spaceru wyrosła mi przed oczami jak narkotyczna wizja, a gdy zakładałam konto w japońskim banku Mizuho dostałam kartę z wizerunkiem kotka Hello Kitty i takąż torebkę w prezencie. "Kawaii!", powiedziała towarzysząca mi japońska sekretarka. "Kawaii!!!", rozlega się co chwila na tokijskich ulicach. Co roku na milusie rzeczy wydaje się w Japonii miliardy jenów. Rynek nie tylko wyszedł na przeciw wszystkim potrzebom, ale wykreował nowe. W ten sposób dziewczynki z buntowniczek stały się konsumentkami milusich rzeczy i najdoskonalszymi obiektami pragnienia.
Być lolitką w Japonii
Ideałem milusiej dziewczynki jest burikko, japońska odmiana Lolity, kobieta-dziecko, która ideę bycia kawaii doprowadziła do perfekcji. Na początku lat 80. trend ten zapoczątkowała Seiko Matsuda, japońska piosenkarka pop, którą bez przesady porównać można do tutejszej wersji Madonny. Matsuda uosabiała ideał japońskiej dziewczyny z sąsiedztwa, stając się obiektem męskich pragnień i niedoścignionym wzorem do naśladowania dla młodych Japonek. Pozbawiona talentu wokalnego i scenicznych warunków, obdarzona za to w nadmiarze umiejętnością sprzedawania tego, czego akurat potrzebuje widownia, szczebiocząc i chichocząc, wspięła się na szczyt popularności, a jej kolejne 24 single stały się hitami. Ubrana w rzeczy odpowiednie dla wybierającej się na szkolny bal dwunastolatki, pozbawiona wyraźnych cech dojrzałej kobiecości, chodziła, szurając stopami, a w wywiadach posługiwała się afektowanym dziewczęcym językiem, sepleniła i przekręcała słowa. Gdy tego było mało, jak na zawołanie zaczynała szlochać. Matsuda, burikko idealna, stworzyła infantylny i strywializowany wizerunek kobiecości, który w Japonii ery kawaii trafił na podatny grunt. Tak narodziła się japońska wersja lolitki. Wkrótce ulice miast zaludniły grupy rozchichotanych istot, które ubierały się i zachowywały jak dwunastolatki, mając niekiedy lat co najmniej dwa razy więcej. Ubrane w za małe pastelowe sweterki, szkolne spódniczki, opadające skarpetki i płaskie buciki, ozdabiały pluszowymi zwierzątkami swoje dziecinne torebki, a wkrótce różowe telefony komórkowe, przez które rozmawiały wysoko postawionymi głosami, zniekształcając słowa tak, jak robią to dzieci. Pojawiły się w reklamach i w programach telewizyjnych, komentując infantylnymi okrzykami i chichotem bardziej sensowne wypowiedzi męskich uczestników. Dorosła kobieta w rozmyślnie za luźnych skarpetkach zrolowanych wokół dziewczęcych sandałków na pasek, z torebką, do której doczepiła pęk pluszowych maskotek, może być troszkę niedojrzała, ale jakże jest przy tym słodka i milusia! Kerr pisze, że dawne kategorie estetyczne, za które Zachód tak podziwiał Japonię, zastąpione zostały nową wszechwładną kategorią kawaii. Niedawno jedna z linii lotniczych w ramach akcji przyciągania klientów pomalowała swoje boeingi w zwierzątka, a dziewczyny z Krainy mydła ciągle przebierają się za uczennice. Co sprawia, że w Japonii szkolny mundurek jest najbardziej erotycznym kostiumem?
Mamo, ja nie chcę być duży!
Kerr nie pisze o tym, że japońscy dorośli nieprzygotowani do dorosłego życia bardzo chcą być dziećmi. W Japonii dorosłość utożsamiana jest ze społeczeństwem, społeczeństwo zaś z opresją, koniecznością kompromisów, rezygnacją, a nie z emancypacją, sukcesem i władzą charakterystycznymi dla modelu zachodniego. Badania wykazują, że mieszkańcy USA i Europy największą nostalgię żywią wobec szaleństw wczesnej młodości, podczas gdy Japończycy w ogóle nie posługują się taką kategorią i powszechnie tęsknią za czasem, gdy byli małymi dziećmi. Nie jest łatwo bowiem być kobietą w Japonii, ale kto wie, czy nie trudniej być mężczyzną. Kult lolitek jako jeden z elementów zdziecinniałej kultury kawaii to jedna z reakcji przeciw systemowi, w którym gender oznacza opresję, konieczność wpasowania się w sztywną hierarchię płciowych ról. Wizerunek japońskiej lolitki reprezentuje właśnie bezpieczny świat dzieciństwa, gdy wszystko było wolno, gdy nie było się jeszcze ani mężczyzną, ani kobietą. Kostium małej dziewczynki jest strojem ochronnym, maskującym dojrzałość, pozwalającym kobiecie zatrzymać się na progu dorosłości, odrzucić gender. Dla mężczyzny reprezentuje seksualność bez konsekwencji i odpowiedzialności, kontrolę i władzę, jaką mały chłopiec ma nad swoimi zabawkami. Grzeczna wersja japońskiej lolitki jest po prostu "fajną", milutką i niezbyt rozgarniętą kobietką, a niegrzeczna - nieletnią bohaterką pornograficznych manga dla mężczyzn. Dziecięce pragnienia nie znają cenzury ani wstydu. Dlatego publikacje, które mężczyzna na Zachodzie trzymałby dobrze schowane, Japończyk czyta w metrze. W japońskich dyskusjach często pojawia się argument, że dotąd, dokąd swoje dewiacje ograniczasz do fantazjowania o nich, nie czynią one z ciebie perwerta. W końcu ten pan koło mnie może być odpowiedzialnym pracownikiem, dobrym mężem, ojcem i dziadkiem, a że lubi pooglądać sobie obrazki z małymi dziewczynkami - to osobna sprawa, reszta pasażerów będzie udawała, że nie widzi.
Ja tego nie oglądam!
Od początku byłam ciekawa, co Japonki sądzą o wszechobecności pornografii, ale w Japonii nie wyskakuje się z takim pytaniem. Okazja nadarzyła się w pralni, gdzie towarzyszyła mi japońska koleżanka, sekretarka z mojego uniwersytetu. Na półce leżały tam tomy manga, na samym wierzchu przyciągał oczy jaskrawymi kolorami obrazek z wielkooką dziewczynką przywiązaną do płotu. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak: Ja: "Hm, znów ero manga...", Japonka: "To dla mężczyzn", Ja: "Kobiety są w niej przedstawiane w raczej nieprzyjemny sposób, zobacz, czasem nawet małe dziewczynki, gwałcone, torturowane, zabijane...", Japonka: "O tak, to okropne. Naprawdę okropne!", Ja: "A co ty o tym myślisz?", Japonka: "Ja tego nie oglądam". Pornografia traktowana jest w Japonii jako wentyl bezpieczeństwa dla męskich pragnień i - co najbardziej zaskakujące - miasto, w którym sadomasochistyczne i pedofilskie obrazki mężczyźni oglądają, jadąc pociągiem albo jedząc kluski w barze, jest najbezpieczniejszym miejscem, w jakim kiedykolwiek mieszkałam. Akty pedofilii i gwałty zdarzają się kilkadziesiąt razy rzadziej niż na Zachodzie i ani nocą w ciemnej bocznej uliczce mojej dzielnicy, ani uprawiając jogging w pustym parku nie mam uczucia zagrożenia, które pojawiłoby się natychmiast w Nowym Jorku lub Warszawie. Niezależnie od tego, co dzieje się za szczelnie zasłoniętymi oknami mieszkań i w ludzkich głowach, ulice Tokio są bezpieczne dla kobiet, które mogą zapomnieć o godzinie policyjnej i bez wielkiego ryzyka pójść wszędzie i o każdej porze. Nawet Kabuki-cho, tokijska dzielnica czerwonych latarni o złej reputacji, to w porównaniu z niektórymi okolicami Warszawy przedszkole. Patrząc na mężczyzn czytających manga i młode dziewczyny w kwiecistych szerokich spódniczkach założonych na dżinsy, w falbaniastych wielowarstwowych bluzeczkach, w plastikowych kiczowatych pantofelkach, myślę o cenie tego bezpieczeństwa i o tym, jak długo jest ono możliwe. Myślę o dorosłych mężczyznach i kobietach, którzy większość czasu spędzają w Japonii osobno. O poczuciu pustki, jaka musi temu towarzyszyć, skoro ludzie szukają ratunku w pełnej przemocy pornografii, kupują sobie różowe tostery w kształcie Hello Kitty, a do telefonów komórkowych doczepiają pluszowe maskotki. Myślę o tych lolitkach, które nie chcą wyglądać jak kobiety. O wspaniałej wielowiekowej kulturze Japonii, która staje się kawaii, "fajną kulturką". Kerr porównuje obecny kryzys Japonii do syndromu powoli gotującej się żaby, która wrzucona do wrzątku wyskoczyłaby i uratowała się, a tak nawet nie zauważy, kiedy woda zawrze. Gdyby tak te dziewczynki zmieniły buty na wygodniejsze i znów wymyśliły jakąś rewolucję...
Raj dla Humberta Humberta
Michiko dziś jest działaczką ruchu na rzecz obrony praw kobiet zatrudnionych w seks biznesie; filigranowa istota o delikatnych rysach, która mając lat 26, wygląda na nastolatkę. Jakże dziecinne wrażenie musiała więc sprawiać dziesięć lat temu, gdy pracowała w Krainie mydła, czyli w jednym z setek tokijskich "salonów masażu", które tak naprawdę są domami publicznymi. Michiko ma jakieś 150 cm, waży pewnie około 40 kg i idąc z nią, czuję się wielka, jak Brigit Nielsen. Mężczyźni w Japonii kochają jednak lolitki, i to właśnie one królują w ich erotycznym imaginarium. Panowie o takich preferencjach mogą spotkać się w fan clubach lolitek, poczytać o nich w męskich wydawnictwach, popatrzeć na nie na ulicach Tokio, gdzie licealistki noszą niebezpiecznie krótkie spódnice od mundurków, które muszą nieustannie przytrzymywać sobie na pupie, by nie podwiał ich wiatr. W Kabuki-cho, tokijskiej dzielnicy czerwonych latarni, w której Michiko pracowała, przed wejściem do domów publicznych wywieszone są zdjęcia zatrudnionych w nich prostytutek. I nie zobaczy się tu znanych z Zachodu wampów w czarnych koronkach, czerwonym lateksie i wysokich butach. Michiko mówi, że do pracy ubierała się w najpopularniejszy szkolny mundurek z krótką granatową spódniczką i białą bluzą z żeglarskim kołnierzem. Dziewczyny z Kabuki-cho, na których zdjęcia patrzę, spacerując z Michiko od jednego przybytku do drugiego, nadal wyglądają tak, że aż chce się zapytać, czemu nie są w szkole i gdzie podziewają się ich rodzice. Humbert Humbert, bohater "Lolity" Nabokova, oszalałby z radości.
Przepraszam, mogę pana podglądnąć?
W tokijskim metrze wszyscy albo śpią, albo coś czytają. A jak czytają, to najczęściej komiksy manga, rysunkowe opowieści popularniejsze w Japonii niż książki, kupowane przez dorosłych i dzieci obojga płci. Bardzo lubię zaglądać współpasażerom przez ramię tak, by widzieć obrazki w ich manga. "Pokaż mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś", zasada, w którą zawsze wierzyłam, a na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, iż robię to z tak zwanej ciekawości poznawczej i dyskretnie. Oto starszy pan w drogim garniturze i krawacie nieco bardziej fantazyjnym niż przeciętny, a więc ktoś, kto zajmuje na tyle wysokie stanowisko, że może sobie pozwolić na tę odrobinę ekstrawagancji w zuniformizowanej Japonii. Wsiadł na stacji Shinjuku, dzielnicy biurowców i siedziby władz miasta, zajął wolne miejsce koło mnie i wyjął gruby kolorowy komiks z teczki Luisa Vuttona. Co może czytać? Coś o uprawie ogródka? Grze w golfa? Nic z tego. Zezując w bok, obserwuję przygody nieletniej bohaterki, w które zagłębił się mój współpasażer, dorosły poważny mężczyzna, pewnie ma już wnuki. Na pierwszym obrazku jego manga ubrana w mundurek dziewczynka wybiega ze szkoły, na drugim - odwija z papierka lizaka, na trzecim - mamy zbliżenie jej rozchylonych ust, wysuniętego języka i wielkich oczu przypominających puste oczy zwierzątka. Tak patrzy mój kot, gdy udaje, że rozumie, co do niego mówię. Na kolejnych obrazkach historia się rozwija: dziewczynka spostrzega przyglądającego jej się mężczyznę w garniturze (klona tego, co siedzi koło mnie) i jej oczy powiększają się do wielkości spodków, zrywa się, biegnie, wpada w pustą uliczkę, na końcu której jest wysoki mur. Mężczyzna rusza za nią. Dobiegłszy do końca dziewczynka przewraca się, gubi tornister, tłucze sobie kolano. Siada, opierając się o mur tak, że spod króciutkiej spódniczki widać jej majtki. Białe dziecinne gatki i stłuczone kolano. I łza zbierająca się w kąciku jednego z wielkich przerażonych oczu. Obrazek pokazany jest z perspektywy ścigającego dziewczynkę mężczyzny, który zastygł wpatrzony w swoją ofiarę wzrokiem tak samo pełnym fascynacji jak czytający manga mężczyzna w metrze. To może być koniec jednej z historii, jakie zawiera gruby tom, ale jeśli komiks należy do gatunku pornograficznej ero manga, bohaterowi nie wystarczy patrzenie na bezbronną dziewczynkę, która na kolejnych stronach może być gwałcona, torturowana i zabita z okrucieństwem, o jakim nie śnił Hannibal Lecter. Japońskie prawo przeciw obsceniczności zabrania realistycznego przedstawiania genitaliów i przede wszystkim pokazywania włosów łonowych (jeszcze dziś można znaleźć w japońskiej księgarni przykład pracy cenzorów, którzy wydrapali włosy łonowe z zachodniej publikacji, a na pchlich targach stare numery Playboya z białą plamą na podbrzuszu modelek). Japońskie prawo nie zabrania jednak przedstawiania seksu z dziećmi ani żadnej innej dewiacji kiedykolwiek wymyślonej przez ludzkość. Pedofilia jest oczywiście karana, podobnie jak we wszystkich innych cywilizowanych krajach świata, ale w krainie wyobraźni, jaką jest manga, wszystko wolno. Fakt, iż małe dziewczynki jeszcze nie mają włosów łonowych ułatwia sprawę i rzecz dzieje się w majestacie prawa. Lolitka, której spod króciutkiej spódniczki widać bieliznę, stanowi jeden z ikonicznych wizerunków nie tylko w stricte pornograficznych publikacjach, ale również w komiksach skierowanych na przykład do dorastających chłopców. W fabułę dotyczącą takich "męskich" spraw jak baseball czy wyścigi samochodowe wpleciony jest wątek erotyczny, a jego kulminację stanowi scena, w której bohater/czytelnik podgląda roznegliżowaną koleżankę. Zaambarasowana lolitka, nieświadoma, że jakiś przypadek wyeksponował jej dziewczęcą bieliznę, i męskie oczy wpatrzone między jej nogi to obrazek, jaki widzę niemal codziennie, zaglądając przez ramię mężczyznom w metrze.
Fajna kulturka
W odważnej obrazoburczej książce "Dogs and Demons" Alex Kerr pisze, że kultura japońska zdziecinniała, winiąc za to powojenny system edukacyjny. Autor twierdzi, że torturując dziecięce umysły nakazami, zakazami, ostrzeżeniami i pamięciowym wkuwaniem wyprodukował on dorosłych niedojrzałych do dorosłego życia. Kerr nie wspomina o genderowym aspekcie tej historii, ale nie przez przypadek ten nieprawdopodobnie restrykcyjny system szkolny ubiera uczennice w stroje, które z dzieci, jakimi są, czyni erotyczne obiekty. Do zdziecinniałych dorosłych nie trafi bowiem wizerunek dojrzałej, świadomej swojej seksualności kobiety. Japońskie nastolatki wcale nie chcą wyglądać na dorosłe i takie właśnie się podobają; lolitki zatrzymane w raju dzieciństwa. Michiko mówi, że nawet te nastolatki, które chodzą do szkół nie wymagających mundurków, chętnie je kupują i przebierają się w nie, aby
wyglądać kawaii. "Kawaii", słowo najczęściej chyba słyszane na ulicach Japonii, a już na pewno wtedy, gdy rozmawiają dziewczynki, jest kluczem do zrozumienia fenomenu japońskich lolitek. Kawaii zwykle tłumaczy się na angielski jako "cute", ale termin ten ma nieco inny zakres znaczeniowy. Służy bowiem do opisywania rzeczy i zjawisk, które są nie tylko miłe, słodkie, wdzięczne, niewinne i "fajne", lecz także słabe, bezbronne, maleńkie, troszkę żałosne. Kawaii jest na przykład kocię, które spadło z tapczanu, pluszowe zwierzątko doczepione do damskiej torebki, miękka wielkooka maskotka bez ust, różowy toster, włochata ramka na wewnętrzne lusterko w samochodzie. Przede wszystkim jednak kawaii powinna być dziewczyna. Kerr nie wspomina też w swojej książce o genezie kultury kawaii, która jednak jest bardzo istotna dla tego, co stało się w Japonii w ciągu ostatnich trzydziestu lat.
Rewolucja dziewczynek
Na początku lat 70. japońskie dziewczęta zainicjowały lokalną odmianę obyczajowej rewolucji, która w tym czasie szalała w Europie i Ameryce. Aby wytłumaczyć, na czym ona polegała, należy poświęcić kilka zdań uwagi jednemu z najważniejszych aspektów japońskiej kultury, a mianowicie językowi. Nawet niedługi pobyt w Japonii wystarczy, by się przekonać, jakim szacunkiem otoczony jest tu język, skarbnica wartości, oznaka tożsamości narodowej. Japończycy często podkreślają z duma, że posługują się najbardziej skomplikowanym systemem językowym świata. Bunt dziewcząt wobec obowiązujących reguł zaczął się więc od ataku na bastion świętości. W nauce kolejnych japońskich alfabetów obowiązuje system koszarowy: każdy uczeń musi opanować znak w tym samym czasie i zapisywać go dokładnie według ustalonych reguł, nie mając prawa do najmniejszej zmiany. W Japonii pisze się od prawej strony z góry kartki w dół, używając pędzelka. Dziewczynki zaczęły pisać na sposób zachodni, czyli horyzontalnie, a pędzelki zastąpiły kolorowymi długopisami. Następnie zmieniły kształt znaków nie tylko nadając im krągły, wystylizowany charakter, lecz także ozdabiając je serduszkami, gwiazdkami lub małymi postaciami. W nowym języku zaczęły pisać listy i pamiętniki, a szkolne autorytety nie mogły poradzić sobie z rozprzestrzeniającym się szaleństwem dziewczynek, których ilość dwukrotnie przewyższała liczbę chłopców posługujących się nowym pismem. W ciągu kilku lat liczba używających go buntowniczek osiągnęła 5 milionów. Jak pisze Sharon Kinsella, socjolożka z Cambridge, szybko doceniono powagę sprawy i zaczęto zastanawiać się, jak poradzić sobie z buntem, bo w Japonii nikt nie lubi takich ekstrawaganckich pomysłów naruszających porządek. Autorytety podniosły alarm. Zaczęły powstawać publikacje, których autorzy przerażeni buntem dziewczynek wymyślali kolejne terminy mające oddać specyfikę zjawiska. I tak pismo dziewczynek nazywano pismem "komiksowym", "okrągłym", "nieprawidłowym", "zdeprawowanym", "zdegenerowanym", podczas gdy jego twórczynie określały je po prostu mianem "kawaii". Zanim jednak opracowano środki zaradcze, rewolucja dziewczynek została pożarta przez prawa kapitalistycznego rynku. Dostrzeżono bowiem, że nowa moda na milusie pismo, której hołduje ponad połowa japońskich uczennic, jest żyłą złota, a pismo buntu stało się jeszcze jednym towarem i utraciło swój rewolucyjny potencjał.
W królestwie kiczu
Na początku firma Sanrio wypuściła na rynek papeterie, pocztówki i zeszyty przeznaczone specjalnie do pisania kawaii, a potem posypała się cała lawina "fanshi guzzu", czyli w japońskiej wersji angielskiego "fancy goods". Tak zaczęła się era kawaii. Język dziewczynek przyjął się w manga i filmach animowanych, czasopismach, a nawet w oprogramowaniu komputerowym. Kawaii, estetyka możliwie najdalsza od wyrafinowanej elegancji i umiaru, z jakimi kojarzymy Japonię, stała się dominującym nurtem. Postaci z manga zaczęły pojawiać się na wszystkim, od prezerwatyw po samoloty, miejscowi architekci stylizowali posterunki policji na piernikowe domki z bohaterami kreskówek na drzwiach, przemalowywano dźwigi na żyrafy albo dinozaury, a każda z japońskich prefektur wybrała na swoje logo jednego z milusich dziecinnych bohaterów. Mimo iż apogeum kultury kawaii przypadało na lata 80., jest to nadal jeden z dominujących trendów i trudno kupić jakikolwiek produkt, który nie miałby gdzieś narysowanej wielkookiej buzi. Niedaleko mojego domu w dzielnicy Dene'n Chofu jest sklep Sanrio w kształcie ogromnej truskawki, która podczas jakiegoś spaceru wyrosła mi przed oczami jak narkotyczna wizja, a gdy zakładałam konto w japońskim banku Mizuho dostałam kartę z wizerunkiem kotka Hello Kitty i takąż torebkę w prezencie. "Kawaii!", powiedziała towarzysząca mi japońska sekretarka. "Kawaii!!!", rozlega się co chwila na tokijskich ulicach. Co roku na milusie rzeczy wydaje się w Japonii miliardy jenów. Rynek nie tylko wyszedł na przeciw wszystkim potrzebom, ale wykreował nowe. W ten sposób dziewczynki z buntowniczek stały się konsumentkami milusich rzeczy i najdoskonalszymi obiektami pragnienia.
Być lolitką w Japonii
Ideałem milusiej dziewczynki jest burikko, japońska odmiana Lolity, kobieta-dziecko, która ideę bycia kawaii doprowadziła do perfekcji. Na początku lat 80. trend ten zapoczątkowała Seiko Matsuda, japońska piosenkarka pop, którą bez przesady porównać można do tutejszej wersji Madonny. Matsuda uosabiała ideał japońskiej dziewczyny z sąsiedztwa, stając się obiektem męskich pragnień i niedoścignionym wzorem do naśladowania dla młodych Japonek. Pozbawiona talentu wokalnego i scenicznych warunków, obdarzona za to w nadmiarze umiejętnością sprzedawania tego, czego akurat potrzebuje widownia, szczebiocząc i chichocząc, wspięła się na szczyt popularności, a jej kolejne 24 single stały się hitami. Ubrana w rzeczy odpowiednie dla wybierającej się na szkolny bal dwunastolatki, pozbawiona wyraźnych cech dojrzałej kobiecości, chodziła, szurając stopami, a w wywiadach posługiwała się afektowanym dziewczęcym językiem, sepleniła i przekręcała słowa. Gdy tego było mało, jak na zawołanie zaczynała szlochać. Matsuda, burikko idealna, stworzyła infantylny i strywializowany wizerunek kobiecości, który w Japonii ery kawaii trafił na podatny grunt. Tak narodziła się japońska wersja lolitki. Wkrótce ulice miast zaludniły grupy rozchichotanych istot, które ubierały się i zachowywały jak dwunastolatki, mając niekiedy lat co najmniej dwa razy więcej. Ubrane w za małe pastelowe sweterki, szkolne spódniczki, opadające skarpetki i płaskie buciki, ozdabiały pluszowymi zwierzątkami swoje dziecinne torebki, a wkrótce różowe telefony komórkowe, przez które rozmawiały wysoko postawionymi głosami, zniekształcając słowa tak, jak robią to dzieci. Pojawiły się w reklamach i w programach telewizyjnych, komentując infantylnymi okrzykami i chichotem bardziej sensowne wypowiedzi męskich uczestników. Dorosła kobieta w rozmyślnie za luźnych skarpetkach zrolowanych wokół dziewczęcych sandałków na pasek, z torebką, do której doczepiła pęk pluszowych maskotek, może być troszkę niedojrzała, ale jakże jest przy tym słodka i milusia! Kerr pisze, że dawne kategorie estetyczne, za które Zachód tak podziwiał Japonię, zastąpione zostały nową wszechwładną kategorią kawaii. Niedawno jedna z linii lotniczych w ramach akcji przyciągania klientów pomalowała swoje boeingi w zwierzątka, a dziewczyny z Krainy mydła ciągle przebierają się za uczennice. Co sprawia, że w Japonii szkolny mundurek jest najbardziej erotycznym kostiumem?
Mamo, ja nie chcę być duży!
Kerr nie pisze o tym, że japońscy dorośli nieprzygotowani do dorosłego życia bardzo chcą być dziećmi. W Japonii dorosłość utożsamiana jest ze społeczeństwem, społeczeństwo zaś z opresją, koniecznością kompromisów, rezygnacją, a nie z emancypacją, sukcesem i władzą charakterystycznymi dla modelu zachodniego. Badania wykazują, że mieszkańcy USA i Europy największą nostalgię żywią wobec szaleństw wczesnej młodości, podczas gdy Japończycy w ogóle nie posługują się taką kategorią i powszechnie tęsknią za czasem, gdy byli małymi dziećmi. Nie jest łatwo bowiem być kobietą w Japonii, ale kto wie, czy nie trudniej być mężczyzną. Kult lolitek jako jeden z elementów zdziecinniałej kultury kawaii to jedna z reakcji przeciw systemowi, w którym gender oznacza opresję, konieczność wpasowania się w sztywną hierarchię płciowych ról. Wizerunek japońskiej lolitki reprezentuje właśnie bezpieczny świat dzieciństwa, gdy wszystko było wolno, gdy nie było się jeszcze ani mężczyzną, ani kobietą. Kostium małej dziewczynki jest strojem ochronnym, maskującym dojrzałość, pozwalającym kobiecie zatrzymać się na progu dorosłości, odrzucić gender. Dla mężczyzny reprezentuje seksualność bez konsekwencji i odpowiedzialności, kontrolę i władzę, jaką mały chłopiec ma nad swoimi zabawkami. Grzeczna wersja japońskiej lolitki jest po prostu "fajną", milutką i niezbyt rozgarniętą kobietką, a niegrzeczna - nieletnią bohaterką pornograficznych manga dla mężczyzn. Dziecięce pragnienia nie znają cenzury ani wstydu. Dlatego publikacje, które mężczyzna na Zachodzie trzymałby dobrze schowane, Japończyk czyta w metrze. W japońskich dyskusjach często pojawia się argument, że dotąd, dokąd swoje dewiacje ograniczasz do fantazjowania o nich, nie czynią one z ciebie perwerta. W końcu ten pan koło mnie może być odpowiedzialnym pracownikiem, dobrym mężem, ojcem i dziadkiem, a że lubi pooglądać sobie obrazki z małymi dziewczynkami - to osobna sprawa, reszta pasażerów będzie udawała, że nie widzi.
Ja tego nie oglądam!
Od początku byłam ciekawa, co Japonki sądzą o wszechobecności pornografii, ale w Japonii nie wyskakuje się z takim pytaniem. Okazja nadarzyła się w pralni, gdzie towarzyszyła mi japońska koleżanka, sekretarka z mojego uniwersytetu. Na półce leżały tam tomy manga, na samym wierzchu przyciągał oczy jaskrawymi kolorami obrazek z wielkooką dziewczynką przywiązaną do płotu. Nasza rozmowa wyglądała mniej więcej tak: Ja: "Hm, znów ero manga...", Japonka: "To dla mężczyzn", Ja: "Kobiety są w niej przedstawiane w raczej nieprzyjemny sposób, zobacz, czasem nawet małe dziewczynki, gwałcone, torturowane, zabijane...", Japonka: "O tak, to okropne. Naprawdę okropne!", Ja: "A co ty o tym myślisz?", Japonka: "Ja tego nie oglądam". Pornografia traktowana jest w Japonii jako wentyl bezpieczeństwa dla męskich pragnień i - co najbardziej zaskakujące - miasto, w którym sadomasochistyczne i pedofilskie obrazki mężczyźni oglądają, jadąc pociągiem albo jedząc kluski w barze, jest najbezpieczniejszym miejscem, w jakim kiedykolwiek mieszkałam. Akty pedofilii i gwałty zdarzają się kilkadziesiąt razy rzadziej niż na Zachodzie i ani nocą w ciemnej bocznej uliczce mojej dzielnicy, ani uprawiając jogging w pustym parku nie mam uczucia zagrożenia, które pojawiłoby się natychmiast w Nowym Jorku lub Warszawie. Niezależnie od tego, co dzieje się za szczelnie zasłoniętymi oknami mieszkań i w ludzkich głowach, ulice Tokio są bezpieczne dla kobiet, które mogą zapomnieć o godzinie policyjnej i bez wielkiego ryzyka pójść wszędzie i o każdej porze. Nawet Kabuki-cho, tokijska dzielnica czerwonych latarni o złej reputacji, to w porównaniu z niektórymi okolicami Warszawy przedszkole. Patrząc na mężczyzn czytających manga i młode dziewczyny w kwiecistych szerokich spódniczkach założonych na dżinsy, w falbaniastych wielowarstwowych bluzeczkach, w plastikowych kiczowatych pantofelkach, myślę o cenie tego bezpieczeństwa i o tym, jak długo jest ono możliwe. Myślę o dorosłych mężczyznach i kobietach, którzy większość czasu spędzają w Japonii osobno. O poczuciu pustki, jaka musi temu towarzyszyć, skoro ludzie szukają ratunku w pełnej przemocy pornografii, kupują sobie różowe tostery w kształcie Hello Kitty, a do telefonów komórkowych doczepiają pluszowe maskotki. Myślę o tych lolitkach, które nie chcą wyglądać jak kobiety. O wspaniałej wielowiekowej kulturze Japonii, która staje się kawaii, "fajną kulturką". Kerr porównuje obecny kryzys Japonii do syndromu powoli gotującej się żaby, która wrzucona do wrzątku wyskoczyłaby i uratowała się, a tak nawet nie zauważy, kiedy woda zawrze. Gdyby tak te dziewczynki zmieniły buty na wygodniejsze i znów wymyśliły jakąś rewolucję...
Przeczytaj 420 komentarzy na Forum
-
Re: Kompleks lolity po japońsku
jackie.brown
09.08.03, 21:05
w stanach czyta sie komiksy, pijac niedzielna kawe. polacy majac kompleksy na temat ameryki, uwazaja amerykanow za przyglupow ale japonska mange trzeba bronic, bo jakzez kobieta moze »
-
Kompleksa malego czlonka
jackie.brown
11.08.03, 18:28
dlatego japonczycy wola dziewczynki.»
W numerze z 31 lipca
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień







