Björk
Robert Sankowski
2003-07-12, ostatnia aktualizacja 2003-07-08 15:38
Puszczałam dziadkom Jimiego Hendriksa, a mamie muzykę klasyczną - wspomina. W wieku pięciu lat rozpoczęła poważną edukację muzyczną. Miała pobierać lekcje gry na oboju, ale nikogo w rodzinie nie było stać na zakup tak drogiego instrumentu. Musiała zadowolić się nauką gry na flecie. - W szkole muzycznej nieustannie słyszałam od nauczycieli, że jestem bardzo zdolna. Szybko zrozumiałam, co to oznacza. Mogłam robić, co tylko mi się podobało, a oni i tak nie zamierzali mnie wyrzucać, bo nie chcieli tracić takiej uczennicy. - Najsłynniejsza Islandka zaśpiewa dziś w Sopocie
ZOBACZ TAKŻE
- Identyczni (27-07-09, 01:00)
- Ksiądz, który wierzy w materializm (20-07-09, 01:00)
Był październikowy poranek 1993 roku. W londyńskim mieszkaniu Björk zadzwonił telefon. Zaspana podniosła słuchawkę. Usłyszała głos telefonistki obsługującej centralę w Reykjaviku. - Minister spraw zagranicznych Islandii dzwoni, żeby ci pogratulować sukcesu płyty. A przy okazji - może przekazać coś twojemu dziadkowi? Codziennie spotykam go na basenie, mogę mu coś powtórzyć.
- Tacy właśnie są Islandczycy. - kilka dni później Björk opowiedziała o tej rozmowie dziennikarzowi brytyjskiego miesięcznika "The Face". - Pytają na przykład, czy zarabiam dużo pieniędzy, czy jestem bardzo sławna. I czy poznałam już Michaela Jacksona.
Nie poznała Michaela Jacksona. Ani w 1993 r., ani później. Ale już wtedy miała prawo mówić, że jest sławna. Wydana kilka miesięcy wcześniej płyta "Debut" okazała się jednym z najważniejszych albumów roku. Po obu stronach Atlantyku sprzedano go ponad trzy miliony.
Björk w wywiadach mówiła głównie o Islandii. - Jestem dumna, że jestem Islandką. To przepiękny kraj: góry, wodospady, cudowne kolory. Tam jest mój dom, tam wrócę, gdy przestanę nagrywać płyty. Islandia to też niesamowici ludzie. Pełni rezerwy. To bardzo mała wyspa i bardzo zamknięta społeczność. Przez wieki nie można się było stamtąd wyrwać. Jeszcze w czasach, gdy byłam dzieckiem, bilet na samolot dokądkolwiek kosztował fortunę.
Dziennikarze, a zwłaszcza zawsze skorzy do przypinania etykietek dziennikarze brytyjscy, natychmiast okrzyknęli ją główną reprezentantką skandynawskiej sceny muzycznej. Irytowała się: - Ja jestem wyjątkowa nawet dla Islandczyków. Często słyszę od nich, że moja muzyka jest dziwna, że moje piosenki brzmią obco. W Anglii znów słyszę: "Jesteś taka dziwna. To pewnie dlatego, że pochodzisz z Islandii". Dokądkolwiek pojadę, zawsze jestem inna.
Jest inna. Inna pod względem fizycznym. Drobna (162 cm wzrostu), ciemnowłosa, z małym nosem i skośnymi oczami, przypomina bardziej grenlandzką Eskimoskę niż potomkinię wikingów, którzy skolonizowali Islandię tysiąc lat temu. Dzieci dokuczały jej, nazywały "Chinagirl".
Björk Gunmundsdóttir, przez przyjaciół zwana Bebsi, urodziła się 21 listopada 1965 roku w Reykjaviku. Jej imię oznacza brzozę. Nazwisko, zgodnie z islandzką tradycją, jest informacją, że jest córką Gunmundura. Jej ojciec Gunmundur Gunnarsson był elektrykiem. Matka Hildur Runa Hauksdóttir była, jak twierdzi Björk, hippiską, która tuż po urodzeniu córki odkryła feminizm, rzuciła męża i zamieszkała z dzieckiem w komunie pełnej bosonogich i długowłosych artystów. Hildur śmieje się z opowieści córki i prosi, aby nie traktować ich zbyt poważnie. Ale faktem jest, że rodzice Björk rozwiedli się, gdy dziewczynka nie miała nawet roku. Mała Bebsi wychowywała się trochę pod opieką ojca, trochę matki, a trochę dziadków.
W każdym z tych domów słuchała innej muzyki. - Puszczałam dziadkom Jimiego Hendriksa, a mamie muzykę klasyczną - wspomina. W wieku pięciu lat rozpoczęła poważną edukację muzyczną. Miała pobierać lekcje gry na oboju, ale nikogo w rodzinie nie było stać na zakup tak drogiego instrumentu. Musiała zadowolić się nauką gry na flecie. - W szkole muzycznej nieustannie słyszałam od nauczycieli, że jestem bardzo zdolna. Szybko zrozumiałam, co to oznacza. Mogłam robić, co tylko mi się podobało, a oni i tak nie zamierzali mnie wyrzucać, bo nie chcieli tracić takiej uczennicy.
Podczas lekcji pianina nauczycielka potajemnie nagrała, jak 11-letnia Björk, akompaniując sobie, śpiewa przebój Tiny Charles "I Love To Love". Zaniosła taśmę do islandzkiego Radia 1. Amatorska jakość? Nowa wersja przeboju disco? Mała dziewczynka w roli wokalistki? W normalnym kraju każda rozgłośnia odrzuciłaby takie nagranie. Ale to jest opowieść o Islandii. Stacja radiowa kilka razy wyemitowała piosenkę. Do Björk zgłosili się przedstawiciele lokalnej firmy płytowej Falkkin i zaproponowali wydanie płyty.
Album zatytułowany "Björk" był przedsięwzięciem rodzinnym. Projekt graficzny okładki zrobiła Hildur, jej mąż zagrał na gitarze. Na płytę złożyły się światowe przeboje (między innymi "Fool On The Hill" Beatlesów), parę piosenek islandzkich i utwór skomponowany przez Björk. Album rozszedł się w siedmiu tysiącach egzemplarzy. Nie brzmi to imponująco, ale w Islandii mieszka 250 tysięcy osób - longplay został platynową płytą, a Björk stała się sławna. Ale stanowczo odmówiła nagrania kolejnej podobnej płyty. - Nie chciałam być dziecięcą gwiazdą. - wspominała później. - Miałam 11 lat i głowę pełną zupełnie innych pomysłów niż nagrywanie piosenek z zespołem, który składał się z 30-letnich facetów. Oni chcieli zarabiać pieniądze. Ja chciałam szaleć.
Był rok 1979 i na Islandię z Wielkiej Brytanii przywędrował punk rock. Björk założyła grupę Exodus. Rok później Bebsi śpiewała już w Jam 80. Potem w Tappi Tikkarrass. Następnie w KUKL. - Byliśmy pozytywnymi punkami. Chcieliśmy coś tworzyć. Zakładaliśmy kolejne zespoły albo grupy artystyczne. Zapraszaliśmy poetów z Europy i Ameryki. Urządzaliśmy niesamowite imprezy. Bawiliśmy się.
Pod koniec 1995 r. 30-letnia Björk zorientowała się, że jest w ciąży. Ojcem dziecka był or Eldon, gitarzysta grupy KUKL. Wynajęli mieszkanie, do którego natychmiast wprowadzili się ich przyjaciele. Było jak u jej mamy. Tyle że jej znajomi nie byli długowłosymi hippisami, ale nastroszonymi punkowcami.
Sindri urodził się 8 czerwca 1986 roku. Björk uczciła narodziny syna w szczególny sposób. Razem z orem i paroma przyjaciółmi założyła grupę artystyczną Bad Taste, czyli Zły Smak, "by walczyć z dobrym smakiem, który jest największym wrogiem artystów" (Bad Taste działa do dziś jako wytwórnia muzyczna skupiająca najlepsze islandzkie zespoły). Ich pierwszym przedsięwzięciem była pocztówka wydana z okazji zorganizowanego w Reykjaviku szczytu Reagan - Gorbaczow. Świetnie się sprzedała. Za zarobione pieniądze nagrali singiel i wydali go pod nazwą Sykurmolarnir. To miał być bardziej happening niż poważny zespół. Ale w Wielkiej Brytanii krytycy oszaleli na punkcie Sykurmolarnir. Przedstawiciele wielkich firm płytowych oferowali im kontrakty i wielkie pieniądze. Zespół wybrał małą niezależną wytwórnię One Little Indian. I zmienił nazwę, a ściślej, przetłumaczył ją na angielski - po islandzku Sykurmolarnir oznacza kostki cukru. Po angielsku - The Sugarcubes.
Dziennikarze i fani w Wielkiej Brytanii i w Stanach zachwycali się ich pierwszą płytą "Life's Too Good" - zaskakujące, czasem mroczne, niepokojące gotyckim klimatem, czasem jazgotliwe, a czasem wręcz popowe piosenki. Przede wszystkim zachwycali się głosem Björk. Równocześnie drapieżnym i słodkim, bardzo dziewczęcym i bardzo silnym. Hipnotyzującym.
Album rozszedł się w ponadmilionowym nakładzie. Wspaniały wstęp do światowej kariery. Ale The Sugarcubes taka kariera nie interesowała. Nie byli przecież zwykłym zespołem. Byli grupą artystów. Ich drugi album "Here Today, Tomorrow Next Week" na przekór fanom i krytykom niewiele przypominał "Life's Too Good". Wkrótce po jego wydaniu w The Sugarcubes coś zaczęło się psuć. Psuć zaczęło się także między Björk a orem. Rozstali się, a w 1992 roku, po wydaniu jeszcze dwóch płyt, przestała istnieć grupa.
Björk zaczęła komponować piosenki na album solowy. - W The Sugarcubes wszystko było wypadkową kilku osobowości. Pomyślałam: OK, dostatecznie długo starałam się dostosowywać. To było fajne, ale już dość! Granie w The Sugarcubes było trochę jak wychowywanie cudzego dziecka. Czas, abym zajęła się własnym.
Z okna londyńskiego mieszkania, do którego Björk wprowadziła się z Sindrim na początku 1993 roku, widać kanał i kolorowe barki. To fragment modnej dzielnicy Maida Vale, nazywany Małą Wenecją. Jej trochę przypominał Islandię. - Mój dom w Islandii położony jest tuż nad brzegiem. Gdy jest sztorm, fale nieomal rozbijają się o szyby. Gdy czuję się źle, staję blisko okna i patrzę na morze. To mnie uspokaja.
Potrzebowała spokoju, aby doszlifować materiał, który miał trafić na "Debut". Potem, gdy płyta odniosła oszałamiający sukces, aby odciąć się od szumu, jaki nagle zrobił się wokół niej. W Anglii album doszedł do trzeciego miejsca na liście przebojów, a single: "Human Behaviour", "Venus As A Boy", "Big Time Sensuality" i "Violently Happy", stały się hitami. - Wyobraź sobie, że dopiero co otworzyłeś restaurację, a tu już drzwiami i oknami pchają się klienci, bo ktoś powiedział, że prowadzisz świetną kuchnię - żaliła się w jednym z wywiadów. - Ja na razie potrafię co najwyżej ugotować jajka.
Kokieteria. Trudno to nazwać inaczej. Bebsi musiała wiedzieć, że stworzyła wyjątkowy album. W 1993 roku trudno było znaleźć artystę, który tak odważnie przełamywałby bariery między stylami muzyki. I który tak chętnie sięgałby po brzmienia i rytmy znane z awangardowych klubów tanecznych, aby wplatać je w przebojowe piosenki.
1
2
następne »
W numerze z 28 sierpnia
- Wysokie Obcasy to sobotni dodatek Gazety Wyborczej
- Galeria okładek
- Kup E-wydanie
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć




