Marina Abramović i Ulay (Frank Uwe Laysiepen) - jedni z najważniejszych artystów współczesnych - ogłosili właśnie, że spiszą swoje wspomnienia. Z tej okazji przypominamy tekst poświęcony artystce, który ukazał się w "Wysokich Obcasach".



Marinę Abramović nazywają babcią performance'u. Na scenie potrafi podgrzać ranę, aby bardziej krwawiła, w życiu prywatnym nie znosi niewygodnych butów i boi się przekłuwać uszy. Kiedyś nienawidziła sztuczności, teatru, mody, szpilek i makijażu, teraz uwielbia ubrania od znanych projektantów i z dumą eksponuje swój powiększony biust. Występuje na okładkach kolorowych magazynów i cieszy się sławą, bo uważa, że po 40 latach - podczas których wielokrotnie nazywano ją wariatką - wreszcie na to zapracowała.

Kiedyś myślała, że sztuką jest zadawanie swojemu ciału bólu. Teraz uważa, że najtrudniejsze jest nicnierobienie. W ramach swojego projektu ''Artystka jest obecna'' (2010) przesiedziała na krześle w nowojorskim muzeum sztuki nowoczesnej MoMA trzy miesiące. 786 godzin. Nieruchomo. Naprzeciwko niej ustawiono drugie krzesło, na którym siadali odwiedzający wystawę goście. Odwiedziło ją pół miliona ludzi, którzy niekiedy całą noc czekali przed muzeum, by zająć dobre miejsce w kolejce do jej stołu. Jeśli udało im się do niej dotrzeć, mogli siedzieć, ile chcieli. Siedzieli od trzech minut do kilku godzin. Siedzieli aktorzy z Hollywood i nielegalni emigranci. Mężczyźni w sile wieku, starsze kobiety, dzieci, młode dziewczyny, przystojni studenci, Hindusi, Afroamerykanie, biali - po prostu wszyscy, tak jakby cała ludzkość wybrała się z wizytą do Abramović. Siedział jej były mąż, siedział jej były współpracownik, siedzieli jej fani. Niektórzy płakali. Inni chcieli jej zaimponować. Jeszcze inni się zakochiwali. W Marinie Abramović zakochuje się każdy. Ona w swoim życiu zakochała się tylko raz.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej