Kiedy poukładała pani swoje życie po swojemu?
Są kobiety, które bardzo łatwo werbalizują swoje żądania. Ja nie potrafię. Mogę się zezłościć, nakrzyczeć, ale nie potrafię wyrazić swoich potrzeb w słowach. I mam jeszcze pretensję do bliskich, że się nie domyślają, czego chcę.
Pani należy do kobiet, które kumulują swoje pretensje?
Tak. I co jakiś czas, jak już się nie mieszczą, to je z siebie wylewam. Każda taka faza wnosi do mojego życia coś dobrego. A że młoda już nie jestem, to faz takich mam już dużo za sobą i życie moje jest dziś znośne. Coraz więcej mam spokoju.
Kiedy była ostatnia taka faza?
Błądziłam przez ostatnie parę lat, w sensie zawodowym, artystycznym. Faza przyszła pod koniec zeszłego roku. Poczułam się naprawdę przyciśnięta do muru. Brakowało mi powietrza. Straciłam chęć do życia. Wylałam to z siebie i znów jest lepiej.
Z takim charakterem chyba trudno być gwiazdą. Od gwiazdy ciągle ktoś czegoś chce.
To prawda. Ale dziś ta eksploatacja jest na moje życzenie. To ja wzięłam na siebie zobowiązania, przyjęłam propozycję Polsatu - 'Must Be the Music' - nagrałam płytę 'Ping Pong', której premiera odbyła się w listopadzie, również wtedy rozpoczęła się promocyjna trasa koncertowa. Kilkanaście koncertów. Wydałam książkę. To są moje decyzje.
Wcześniej tak nie było?
Nie. Po pierwsze, z powodów finansowych. Maanam był sukcesem artystycznym, byliśmy bardzo znani, ale nie czuliśmy tego w portfelach. Pieniędzy ciągle brakowało, graliśmy więc, ile tylko się dało. Po drugie, nie potrafiłam jeszcze wtedy odmawiać, a jak już coś podpiszę, do czegoś się zobowiążę, to nie ma przebacz. Jestem patologicznie subordynowana. I tak w ciągu pięciu lat daliśmy kilka tysięcy koncertów. Był taki rok, że zagraliśmy ponad pięćset razy! To był wyzysk. Nie miałam w ogóle prywatnego życia. Mieszkałam w Krakowie, gdzie mam dziesiątki przyjaciół, i przez pięć lat nie widziałam się z nikim. Ciągle w trasie. Do pewnego momentu dzieci jeździły z nami, ale poszły do szkoły, nie mogłam znaleźć dla nich odpowiedniej opiekunki, której mogłabym zaufać. Dopiero pod koniec tamtego Maanamu pojawiła się ta właściwa - pani Lusia. Anioł. Była dla mnie jak matka. Ale nie patrzę na tamten czas z żalem, niczego bym nie zmieniła. Byłam bardzo zmęczona, wskutek czego rozwiązałam zespół. Ale z drugiej strony my w PRL-u mieliśmy inne życie niż przeciętni obywatele. Nie musiałam chodzić codziennie do biura z goździkiem, papierosami, ciasteczkami, 'o siedmiu zbójach rozmowa'. Obracałam się w ekskluzywnym kulturowo towarzystwie - światowym. Graliśmy z Maanamem na większości wielkich europejskich festiwali. W latach 70. i 80. dużo ciekawych osób przyjeżdżało do Polski.
Nigdy nie myślała pani o tym, żeby zostać za granicą?
Odpowiedziałam na to pytanie piosenką 'Tu jest mój dom'. Kinga Dunin, moja ukochana była felietonistka 'Wysokich Obcasów', naśmiewała się trochę z tej piosenki. Tam jest taka fraza: 'Tu nawet jak mnie kopią, to kopią mnie swoi, a jak swoi kopią, to przecież mniej boli'. Czyżby ona nie miała doświadczeń kopania swojego i obcego? Proszę mi wierzyć, to jest różnica. W PRL byliśmy poniżani, naruszano naszą godność, ale byliśmy na to jakoś przygotowani, znaliśmy mniej więcej reguły tej gry. Poniżanie w świecie zachodnim, w demokracji z prawdziwego zdarzenia, było poniżeniem w sensie dosłownym. Bo tam czasami Polaków poniżano jako trochę dzikich podludzi. I co można w takiej sytuacji zrobić?! Nic! My to znaliśmy. W latach 80. dostaliśmy propozycję, aby zostać w Niemczech. Odnosiliśmy tam wtedy jako Maanam spektakularne sukcesy. Nagraliśmy trzy płyty po angielsku, w tym dwie studyjne bardzo dobrze wyprodukowane - 'Night Patrol' i 'Wet Cat'. Kto wie, czy gdyby ta propozycja padła na początku naszej kariery, a nie wtedy, kiedy byłam już śmiertelnie zmęczona i myślałam już o tym, aby zawiesić działalność - może wcześniej bym ją przyjęła?
Ale rozwiązała pani Maanam i zajęła się dziećmi. Trudno było wrócić do normalnego życia?
Wpadłam w ciężką depresję. To było jak odstawienie narkotyku. Z jednej strony byłam szczęśliwa, bo wreszcie w domu, z dziećmi, ale z drugiej strony ten głód adrenaliny. Nie umiałam odpoczywać, zrelaksować się, a nawet spać. Długo się tego uczyłam.
Wiedziała pani, na co się decyduje, przyjmując propozycję sędziowania w 'Must Be the Music'?
Tak mi się wydawało. Zanim przyjęłam tę propozycję, obejrzałam brytyjską wersję tego programu. Wysoki poziom, realna konkurencja, bez majdrowania, troje jurorów - sami muzycy z prawdziwego zdarzenia reprezentujący trzy gatunki muzyki. Spodobało mi się. I miałam dużo czasu - właśnie uporządkowałam swoje życie.
Co to znaczy?
Uznałam, że czasy są nowe, dla mnie raczej trudne do opisania, nie miałam propozycji koncertów, czyli nie mogłam utrzymać muzyków - mój gitarzysta rozwoził pizzę! Jak mogę w takiej sytuacji stawiać zespołowi jakieś wymagania odnośnie do prób, nagrań - kiedy oni walczą o życie?! I zrezygnowałam z pracy. Zawiesiłam umowę z wytwórnią Kamiling Publishing, czyli de facto z Kamilem, i powiedziałam sobie 'pas'. Świetnie się wtedy poczułam. Odzyskałam spokój. Dokonałam zmian i wtedy też pojawiła się Nina Terentiew i jej propozycja. Pomyślałam: dlaczego nie?
Mia Wasikowska. Za młoda na sztywne ramy">>