Nad Zatoką San Francisco nie ma już prawie żadnych śladów. Na początku zeszłego wieku były jeszcze ogromne kopce grzebalne, większe niż kopiec Krakusa i równie stare jak piramidy egipskie. Zrównano je z ziemią w 1924 roku. Teraz jest tu Ikea i centrum handlowe. Gdyby wciąż stały, może nie tak często słyszałoby się zdanie powtarzane jak mantrę - 'Ameryka to kraj imigrantów'. - Nawet Obama ostatnio to powiedział w przemówieniu - mówi Leona. - Ja nie jestem imigrantką. Czy to znaczy, że to nie jest mój kraj? Leona jest szefową małego plemienia. Rozmawiamy w jej biurze na terenie rezerwatu Pinoleville w północnej Kalifornii. Kateri i Casey przyjechały do San Francisco na Festiwal Filmowy Indian Amerykańskich. Spotykam je w hotelu festiwalowym. Cheaunie żyje w wielkiej metropolii, samotna ze swoją osobistą historią, która jej zdaniem 'nikogo nie zainteresuje'.
Stojący Niedźwiedź został człowiekiem
Casey: Pochodzę z plemienia Ponca. Kolebką Ponca jest północna Nebraska, ale moi przodkowie zostali przymusowo przesiedleni do Oklahomy. Musieli zostawić wszystko, stroje ceremonialne, narzędzia rolnicze, ziarno na wysiew, i osiedlić się na terenach, które w ogóle nie nadawały się do rolnictwa. Obszar nowego rezerwatu był mikroskopijny w porównaniu z tym, co mieli poprzednio. Jedna trzecia zginęła w drodze, jedna trzecia nie przetrwała pierwszej zimy na nowym miejscu. Zostało około 400 Ponca. Nie wolno im było uprawiać ziemi, polować, samodzielnie podróżować. Rezerwat to był właściwie obóz jeńców wojennych. Jedzenie dostarczał rząd. Były to wszystko produkty, których nigdy nie było w diecie Indian: biała mąka, cukier, nabiał, smalec. To okazało się równie niszczące dla naszej populacji jak alkohol. Wódz Ponca Stojący Niedźwiedź był pierwszym Indianinem, którego sąd amerykański uznał za człowieka. Jego syn nie przeżył przeprowadzki do Oklahomy. Gdy umierał, poprosił ojca, by go pochował w rodzinnych stronach. Kiedy Stojący Niedźwiedź z ciałem syna wrócił do Nebraski, został uwięziony. Sprawa trafiła do sądu. Przedstawiciel rządu twierdził, że Indianin nie jest osobą i nie chroni go konstytucja. Sąd nie zgodził się z tą opinią. Stojący Niedźwiedź wyszedł na wolność. Resztę życia spędził, starając się naśladować życie białego człowieka. Wielu z naszych przodków, żeby przetrwać, wybrało taką drogę. Upodobnić się do prześladowcy. Założyć krawat. Patrzeć z góry na tego dzikusa z piórami. Pewnych rzeczy nie można jednak zmienić, zapomnieć. Tak jak nie można zmienić swojego koloru oczu. Zwycięstwo, jakie biali odnieśli nad Indianami, jest w dzisiejszym społeczeństwie powodem zakłopotania. Najlepiej, żebyśmy sobie żyli w bajkach. Albo jako maskotki klubów sportowych. To, że są jacyś prawdziwi Indianie, przypomina o przykrej historii i psuje wszystkim dobre samopoczucie.
Obcięte włosy
Kateri: Moi przodkowie pochodzą z plemion Odżibwejów (Czipewejów), Odawa i Potawatomi. Podobnie jak moi rodzice, dziadkowie i pradziadkowie wychowałam się w szkole z internatem. Edukacją Indian w specjalnych szkołach zajmowały się organizacje religijne, moją prowadzili jezuici. Rząd płacił za każde dziecko, które udało się im 'ucywilizować'. Bo oczywiście Indianie to nie była żadna cywilizacja ani kultura, tylko 'problem'. Jeszcze w latach 70. nasza szkoła wydała broszurkę pod tytułem 'Święte dzieciństwo. Problem da się rozwiązać!'. To 'święte dzieciństwo' zaczynało się od zabierania dzieci od rodzin w rezerwacie - albo przemocą, albo groźbą zawieszenia racji żywnościowych. Ścinano włosy. Nie, nie z powodu higieny. To było łamanie ducha. Oni dobrze wiedzieli, że w naszej tradycji włosy mają specjalne znaczenie, obcina się je tylko w wyjątkowych wypadkach, na przykład na znak żałoby po śmierci rodziców. Mówi się też, że włosy zachowują wspomnienia. Więc te postrzyżyny to było pożegnanie z poprzednim światem; dziecko czuło się tak, jakby ojciec, matka dla niego umarli.
Następną rzeczą był zakaz używania własnego języka. Groziło za to bicie, upokarzanie, trzymanie rąk w nafcie. Rodzeństwa były rozdzielane.
Czasem to rozstanie z rodziną trwało od szóstego do 12. roku życia, ale oporni byli trzymani dłużej, do 18 lat. Po powrocie do domu to już byli obcy ludzie. Mam pięciu braci. Z żadnym z nich nie jestem blisko związana. Nie było żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, nie pozwalano nam nawet wyglądać przez okno. Kary fizyczne były na porządku dziennym. Zakonnice, księża stosowali je przy każdej okazji. Zgubiłam skarpetkę - bicie. Kiedy ktoś zmoczył się w nocy, prześcieradłem okręcali mu głowę. Należało się z tego śmiać. Kiedy byłam starsza, moim obowiązkiem było utrzymywanie dyscypliny wśród młodszych uczniów. Udawałam, że daję im klapsy, mówiłam, żeby głośno krzyczeli. Staraliśmy się jakoś nawzajem wspierać, zachować solidarność. Były jeszcze gorsze rzeczy. Niektóre zakonnice brały sobie do łóżka młodych chłopców. To było upokarzające, pozostawiło ślady. Oczywiście w sobotę one wszystkie szły do spowiedzi i już znowu były święte. To my byliśmy grzeszni i wszystkiemu winni. Poczucie beznadziejności, opuszczenia, jakie tam czułam, po prostu trudno opisać.
Szkoła dostawała od rządu pieniądze na ubrania dla nas, ale i tak dawano nam tylko rzeczy używane, z darów. O jedzeniu lepiej nie mówić. Zdarzało się, że myśliwi przywieźli rozjechanego na drodze jelenia. Wiadomo, Indianie wszystko zjedzą.
Najgorszy był brak miłości. Nie tylko w szkole, ale i w domu. Rodzice nie wiedzieli, jak dawać nam, dzieciom, wsparcie, jak nas kochać, bo sami byli produktami tego systemu. Nawet jeśli widzieli, że dzieje się nam krzywda, nie wolno im było zareagować. To wpoiła im szkoła.
Tak wychowywani mieliśmy wejść w życie i funkcjonować jako normalni, zdrowi emocjonalnie amerykańscy obywatele. Ameryka to kraj wielkich możliwości, ale żeby z tych możliwości skorzystać, Indianin musi najpierw dożyć trzydziestki. Wielu załamuje się psychicznie, popada w alkoholizm. Mnie udało się jakoś przetrwać. W szkole poza nauką nic innego nie było do roboty, więc się uczyłam. Poszłam na studia. Najpierw na chemię, ale szybko zrozumiałam, że nie interesuje mnie ulepszanie produktów przemysłu. Ulepszenia potrzebuje społeczeństwo, w którym ludzie tacy jak ja są niewidzialni, ich historie - nieopowiedziane. Przeniosłam się na wydział teatralny Uniwersytetu Michigan. Zaczęłam grać w filmach. W większości produkcji, do których trafiłam, byłam bita, gwałcona i mordowana - tak Hollywood wyobraża sobie Indiankę. Nikomu nie przychodzi do głowy, że Indianin może być prawnikiem, lekarzem, robić coś, co wymaga inteligencji. Jeśli trafia się lepsza rola 'rdzennej Amerykanki', często i tak dostaje ją biała.
Grałam ofiary przemocy, doświadczałam jej, niestety, także w życiu. Nie potrafiłam stawiać barier; kiedy partner źle mnie traktował, nadstawiałam drugi policzek i starałam się po chrześcijańsku 'zbawić' go swoją dobrocią. Znajdowałam dla niego wymówki, na przykład że tak jak ja miał trudne dzieciństwo. Miałam też na karku prześladowcę - stalkera, który ponad 20 razy łamał zakaz zbliżania się do mnie. Nie miałam już siły użerać się z nim w sądach, męczyły mnie migreny, depresja. Moja kariera się załamała. W tym czasie zmarła też moja mama, na raka wątroby. Była alkoholiczką. Trafiłam na terapię. Przypomniałam tam sobie zdarzenia z czasów szkolnych, z internatu. Miałam wtedy może sześć lat. Wieczorami zakonnice rozsypywały mąkę dookoła naszych łóżek i mówiły, że przez ten proszek obserwuje nas diabeł. Jeśli zobaczy choćby jednego Indianina, porwie go do piekła. Bo wszystko, co indiańskie, było złe, grzeszne. Okazało się, że lęk, który wtedy czułam, do dziś mnie paraliżuje. Żeby się z niego wyzwolić, musiałam odbyć długą wędrówkę do własnych korzeni.
Jedną z najtragiczniejszych konsekwencji przymusowego 'cywilizowania' całych pokoleń Indian jest utrata wiedzy o leczniczych właściwościach roślin. Ta wiedza była ściśle powiązana z religią i razem z nią i z językiem, którym mówiliśmy, została utracona. Jedynym miejscem, gdzie jeszcze istnieje, jest Ameryka Południowa, ale nie wiadomo, jak długo to potrwa. Tamtejsze rządy robią dokładnie to samo co rząd amerykański z nami - oddają 'dzikich' w ręce misjonarzy i jezuitów!
Widziałam to wszystko w Peru, gdzie pojechałam wziąć udział w szamańskim obrzędzie oczyszczenia. Byłam członkiem większej grupy ze Stanów. To było wielkie przeżycie. Skończyły się migreny, przeszła depresja. Odblokowały się emocje.
Wróciłam do pracy. Zagrałam malarkę w kanadyjskim filmie 'Kissed by Lightning'. Pracuję teraz nad filmem dokumentalnym. To będzie opowieść o szkołach dla Indian, takich jak ta, w której sama się uczyłam. Ostatnią z nich zamknięto dopiero w 1996 roku.
Mimo tych wszystkich doświadczeń nadal chodzę na niedzielną mszę. Wiem, to absurd! Chociaż nie wierzę w katolickie nauki, ten rytuał jest mi bliski. Przy tej wariackiej pracy, życiu pełnym niepewności pomaga myśl, że choć raz w tygodniu na jedną godzinę wszystko jest przewidywalne - że pojawią się te same słowa, dźwięki, gesty. To ostatnia rzecz, która mi została z dzieciństwa. Jedyna, do której wracam.
Nigdy im nie ufaj
Leona: Jestem przykładem tak zwanej udanej asymilacji. Mój ojciec i dziadek byli przywódcami plemienia i mówili jeszcze w narzeczu północnych Pomo. Ja już nie. W latach 50. rząd zabrał się do likwidowania rezerwatów, tak zwanej terminacji. Członkom plemienia przydzielano indywidualne posesje, kończyła się pomoc socjalna, stawaliśmy się 'normalnymi' Amerykanami. Mój ojciec był przeciwny terminacji. Uważał, że trzeba chronić ziemię i status wspólnoty. Ale wiedział, że i bez jego zgody to przeprowadzą. Byłam wtedy nastolatką. Ojciec mówił: 'Idź do szkoły, poznaj świat nie-Indian, naucz się z nimi żyć. Ale nigdy im nie ufaj'. Terminacja okazała się fatalnym pomysłem. Ludzie po prostu przejadali swoje działki i zostawali z niczym. Nawet całkiem nieźle funkcjonujące wspólnoty szybko popadły w nędzę.
W latach 80. klimat polityczny się zmienił i można było wystąpić o anulowanie terminacji. Uzyskaliśmy to na drodze sądowej w 1983 roku. W międzyczasie przepadła połowa powierzchni rezerwatu. Dzisiaj procesujemy się z rządem federalnym nawet nie o zwrot, ale prawo wykupu przejętych wtedy terenów, w tym dawnego cmentarza. 50 akrów władze sprzedały wielkiej korporacji leśnej. To jest już nie do odzyskania. O tym, co to znaczy być produktem asymilacji, przekonałam się, kiedy zaczęłam pracę w indiańskim biurze doradczym. Spotkałam tam członków plemienia Seneca. Wszyscy znali doskonale swój język, swoją kulturę. Wyglądaliśmy dokładnie tak samo, ale oni mieli wszystko, swoją tradycję, pieśni, obrzędy, a ja nic. Ta cała asymilacja była robiona w dobrej wierze, ojciec sądził, że bez balastu przeszłości będzie nam łatwiej. Ale wcale nie było łatwiej. Wróciłam wtedy do rezerwatu, zaczęłam działać społecznie, starać się dać nowemu pokoleniu to, czego nas pozbawiono. Jest to trudne. Już prawie nikt nie mówi w naszym języku. Kilka starszych osób.
W roku 1994 wybrano mnie na przewodniczącą naszego plemienia. No dobrze, na wodza. Tak się to dawniej nazywało.
Zaczęłam od generalnych porządków. Na biurku znalazłam stos papierów, spraw, których od lat nikt nie załatwiał. Zaległe podatki, 40 tys. dol. długu. Jak się przez to przekopałam, zajęliśmy się problemami naszej wspólnoty, zdobyliśmy grant na program wychodzenia z bezrobocia. Jesteśmy małym plemieniem, tylko 250 członków, i nie mamy zbyt wiele pieniędzy, ale pomagamy innym miejscowym grupom, którym nie udało się unieważnić terminacji. Budujemy dobre relacje z lokalnym szeryfem, strażą pożarną, przedstawicielami agencji rządowych. Mamy przedszkole, w którym dzieci uczą się tradycyjnych tańców, pieśni, przygotowują do życia w grupie szkolnej. Jest ogródek ekologiczny i szklarnia. Pracujemy nad zmianą nawyków żywieniowych, bo cukrzyca jest prawdziwą plagą. Niestety, całe pokolenia wychowały się na żywności z magazynów rządowych. Za tradycyjną indiańską potrawę uchodzą dziś racuchy z białej mąki. A nazwa naszego rezerwatu - Pinoleville - pochodzi od nasion traw pinole, które były podstawą naszej diety. Robiono z nich placki o tej samej nazwie. Naukowcy próbują odtworzyć ich recepturę.
Najpilniejsza jest dla nas budowa ośrodka odwykowego. Ja nie piję, ale niektóre osoby z mojej rodziny - tak. To picie jest po prostu wszędzie, zresztą nie tylko wśród Indian, ale w ogóle wśród ludzi o najniższych dochodach. Dotyczy to w równym stopniu mężczyzn i kobiet. Z tego też biorą się inne patologie, przemoc domowa. Moja mama była ofiarą takiej przemocy, dlatego odeszła z domu. Na szczęście ojciec nie był brutalny w stosunku do mnie i siostry. Skuteczna rehabilitacja patologii nie jest możliwa bez odbudowy duchowej. Wracamy więc do naszych tradycji - zbudowaliśmy sweat lodge [szałas potu] do ceremonii oczyszczania. Prowadzi je szaman z innego plemienia. Ten, który był ostatnio, jest kapelanem Indian w więzieniu San Quentin. Może kiedyś ceremonię będzie prowadził mój syn. Na razie się uczy.
Miałam może cztery lata, kiedy zobaczyłam, jak ojciec w stodole oporządza jelenia. Zaczęłam potem strasznie krzyczeć w nocy i tracić na wadze. Mama zabierała mnie do różnych lekarzy, nie mogli znaleźć przyczyny, a ze mną było coraz gorzej. Wtedy wezwano kobietę, która odśpiewała nade mną jakieś pieśni, pamiętam to jak przez mgłę. Rodzicom powiedziała: 'To nie jeleń, to duch białego konia ją wystraszył'. Nie wiem, czy to prawda, w każdym razie po jej zabiegach uspokoiłam się i wróciłam do zdrowia. Dzisiaj tak sobie myślę: może to przez te śpiewy nie mogłam się nigdy zmusić do chodzenia na katechezę. Moja siostra próbowała siłą mnie zaciągnąć do kościoła, ale bezskutecznie. Nie poszłam nawet do komunii. Próbowałam się odnaleźć w innych wspólnotach religijnych, ale nic z tego nie wyszło. Pochodziłam trochę na nauki, posłuchałam ich historii i stwierdziłam, że jest mi to zupełnie obce. Kiedyś władzę w naszym plemieniu sprawowali mężczyźni. W tej chwili w radzie plemiennej jest tylko jeden, reszta to panie. Takie czasy.
Łapacz snów
Cheaunie: Moja mama pochodzi z plemienia Kri. Kri zawarli kiedyś z Szaunisami traktat pokojowy i mama upamiętniła ten fakt, nadając mi to imię. Pisownia francuska, bo mamy też francuskie korzenie. Mama nigdy nie zarejestrowała się jako członek wspólnoty. Babcia w ogóle nie chciała się przyznać do tego dziedzictwa, podkreślała francuskość. Mieliśmy być normalnymi katolikami, ludźmi z towarzystwa. Odcięła się od indiańskiej części rodziny. Jeden z jej braci twierdzi, że jesteśmy Włochami. Pozmieniali sobie imiona. Miałam trochę do czynienia z rasizmem, ale nie do tego stopnia jak mama. Szkoła była najtrudniejsza, rzucali za mną przezwiska 'mieszaniec'. Dzisiaj ludzie przeważnie myślą, że jestem biała, tylko ładnie opalona.
Mama ma znacznie ciemniejszą karnację. Wyrosła w czasach, kiedy segregacja była na porządku dziennym. Biali z przodu autobusu, kolorowi z tyłu. Osobne krany z wodą do picia. Pewnego razu przechodziła przez park. Było źródełko z wodą tylko dla białych. Myślała, że nikt nie widzi, pochyliła się, żeby trochę zaczerpnąć. Podbiegł jakiś facet i rozbił jej głowę o to urządzenie. Rzucali też za nią kamieniami.
Może to ten strach przed rasizmem kazał babci tak kompletnie się przemalować. Ona sama była jednym z jedenaściorga dzieci, wyrosła w biedzie. Dziadek też pochodził z nizin, ale jakimś cudem udało mu się zdobyć wykształcenie i został architektem. On jednak zachował poczucie tożsamości. Mama potajemnie spotykała się z nim po szkole, wtedy opowiadał jej stare historie. Nie poznałam go, bo odkąd pamiętam, babcia i mama żyły w konflikcie, latami nie rozmawiały ze sobą. Pewnego dnia mamie przyśnił się jej ojciec - że przychodzi i przeprasza, że ją zaniedbywał. Natychmiast zadzwoniła do rodziców. Okazało się, że poprzedniej nocy zmarł. Mama wyłamała się z planów babci. Podkreślała swoje pochodzenie i pracowała w poradni dla rdzennych Amerykanów. Tak się teraz poprawnie mówi. Po angielsku 'Indian' oznacza przecież także Hindusa. To trochę dziwne, kiedy twoja grupa etniczna nie ma nawet swojej własnej nazwy. U mamy w pracy bawiłam się czasem z dziećmi, których rodzice przychodzili na terapię. Widziałam z bliska straszną nędzę, problemy psychiczne, alkoholizm. Potem mama pracowała jako psycholog szkolny. Ja też studiuję zaocznie psychologię, pracuję w przedszkolu.
Mama, chociaż sama kończyła katolickie szkoły, nie posyłała mnie do kościoła. Mówiła, że duchy są wszędzie. Żeby cię usłyszano, nie musisz się znajdować w konkretnym budynku. W jej religii nie ma karzącego Boga, są raczej przodkowie, którzy czuwają nad człowiekiem i opiekują się nim. Zamiast grzechu jest świadomość konsekwencji - jeśli zrobimy coś złego, destruktywnego, zwierzęta i rośliny przestaną nam pomagać, po prostu ich nie będzie. Kiedyś wierzenia mojej mamy wydawały mi się dziwaczne, ale dzisiaj widzę ich sens. To samo przekazuję swoim synom. Kiedy będą więksi, sami zadecydują, w co chcą wierzyć.
Rdzenni Amerykanie nie otwierają się łatwo na ludzi spoza swojej wspólnoty. Ja już tam właściwie nie przynależę. Nie mam swojego miejsca, kultury. Te piosenki, których uczę przedszkolaki, znalazła nasza dyrektorka, Irlandka. Nigdy nie tańczyłam przy tradycyjnej muzyce. Mama zrobiła to raz. Poszła na pow-wow (zgromadzenie) i organizatorzy zapytali, czy jest ktoś z plemienia Kri. Została zaproszona do kręgu. Mnie by to krępowało. Jedyne, co mi przekazano, to opowieści. Przeważnie o zwierzętach - że są to istoty duchowe, które były tu przed nami i dlatego mogą nas wiele nauczyć. No i łapacz snów. Mama zrobiła go dla mnie, kiedy byłam mała. Podobno zatrzymuje złe sny, a przepuszcza te dobre. Kiedy wstaje świt, złapane koszmary palą się w promieniach słońca. To taka bajka. Folklor.