Szefowa wielkiego muzeum, wieloletnia dyrektorka galerii, artystka - a nie ma o niej żadnych informacji.
Bo mało się do tego przykładam. Mam słabą umiejętność nagłaśniania siebie i organizowania własnych jubileuszów. Zaniedbałam wszystkie rocznice. Bo to wszystko wydaje mi się 'pracą do tyłu'. Uważam, że nie powinnam być zbyt widoczna zza tego, co robię. Absurdalne są złośliwości, że tworzę kolekcję, żeby zaistnieć w muzeum. Po prostu kiedyś postanowiłam, że mam to zrobić.
Zrobić dla siebie, dla innych, dlatego że potrafię?
Mam w sobie pewien 'napęd społecznego obligu'. Chyba się tego nabawiłam w dzieciństwie. Wychowałam się w nietypowych warunkach. Mama po powrocie z Syberii studiowała w Krakowie, gdzie spotkała mojego ojca, pokiereszowanego byłego żołnierza AK. W efekcie urodziła czwórkę dzieci swojemu bratu księdzu na ziemiach zachodnich, w przepięknym Paczkowie, z gotyckim kościołem, wieżami, bramami i murami obronnymi
Urodziła dzieci bratu księdzu?
Skrót. Rodzice w biedzie mieszkali w Krakowie, więc mama, kiedy 'przyszedł jej czas', jechała 250 kilometrów do Paczkowa i tam rodziła. Dwójka starszych na jakiś czas tam została. Z przerwami mieszkałam w Paczkowie do trzeciej klasy podstawówki. Głównym członkiem rodziny był kościół, jego historia i piękno. Wszystko się robiło dla tego kościoła: ogrzewanie, dzwon, oświetlenie, malowidła okazjonalne W Gdańsku wuj kupił szopkę z figurami ludzkich wymiarów. Potem wymienił witraże, bo na Paczków spadło w czasie wojny kilka bomb i część okien była dziurawa. Więc kościół istniał jako obiekt, dla którego - a przy okazji dla ludzi - należało coś robić. Może z tego wynikła ta potrzeba gestu społecznego. Chociaż postrzegam siebie raczej jako egoistę niż społecznika. Ale przy tym uważam, że jak kogoś w życiu coś olśni, to powinien próbować to przekazać innym. A mnie się takie olśnienie przydarzyło - sztuka. I w 1972 roku, na trzecim roku studiów polonistycznych, założyłam z Józefem Chrobakiem galerię PI, bodajże pierwszą prywatną instytucję kultury w Polsce komunistycznej. Każdy człowiek potrafi się nakręcić, ja się nakręciłam na muzeum sztuki współczesnej. Długo to trwało, ale nakręcenie było wystarczająco uparte.
Do pewnego czasu występowała pani jako artystka - to też mało znany aspekt biografii Maszy Potockiej.
Moja działalność artystyczna nie miała nic wspólnego z ideą muzeum: nigdy nie wystawiałam w swoich galeriach, nie wykorzystywałam ich do lansowania siebie. Tworzyłam prace postkonceptualne, w których łączyłam tekst z fotografią, rysunkiem i małymi rzeźbkami. Ale w międzyczasie zaczęłam więcej pisać. Pisanie wymaga jasnego i logicznego myślenia. A za tworzeniem sztuki stoi zamglona intuicja. W sztuce nie należy dążyć do tego, żeby wszystko zrozumieć i opisać. Kiedy zaczęłam pisać, zarzuciłam sztukę. W 1997 roku miałam ostatnią indywidualną wystawę w galerii Optica w Montrealu. Potem zrobiłam jeszcze ze dwie prace.
Nie ma pani potrzeby powrotu do tego?
Nie. To, co trzeba było przerobić za pomocą sztuki, zostało przepracowane. Zadanie się skończyło.
Czy to jest coś, co powinni robić artyści? Porzucać sztukę, gdy już wykonała w ich życiu zadanie?
Takiej rady bym nigdy nie dała. Jeżeli artysta stopi się ze swoimi działaniami i w tym odnajduje swoją tożsamość, to nawet kiedy to przestaje mieć szerszy czy głębszy sens, musi to kontynuować, bo inaczej się rozpadnie. Można takie osłabienie sensu własnej twórczości przekształcić w coś innego. Duchamp zamanifestował przerwę w swojej twórczości. Ja przeszłam w pisanie. Poza tym sztukę traktowałam jako narzędzie doraźne. A kiedy ktoś ukonstytuował się jako artysta, to moim zdaniem powinien jak najdłużej trwać w stanie tworzenia. Nie ma nic gorszego niż życie we własnej pustce.
A muzeum? To z potrzeby tworzenia czy pożyteczności?
Robienie sztuki i pisanie to ja, a budowanie muzeum to narzucony sobie obowiązek społeczny. Dwie różne osoby. Czasami nienawidzę tej osoby społecznej, bo w dużym stopniu ogranicza wolność tej prywatnej. Liczba pism, które składałam w urzędach od początku lat 80., to są tomy. Ale jak się człowiek nakręci, to energia go wspiera.
A to nakręcenie daje satysfakcję?
Daje poczucie sensu. A to jest fajne uczucie: być uzasadnionym we własnych oczach. Żeby to doświadczanie siebie zwiększyć, zaczęłam kiedyś prowadzić dziennik. Pierwsze zapiski mam z 1968 roku, a od 1988 zapisuję wszystko. Niektórzy przyjaciele zastanawiają się, co ja tam piszę, zapewne w obawie, że piszę o nich. Obecnie dziennik ma już ponad 50 zeszytów.
Jaka jest rutyna pisania takiego dziennika?
W większości to dziennik z podróży, piszę w samolotach, pociągach. Dziennik jest partnerem do 'gadania': opowiadam mu o swoich zdziwieniach. Jest też miejscem, gdzie można się 'wyżyć na świecie', który nam zrobi taką czy inną krzywdę. Dlatego dzienniki są najczęściej niesprawiedliwe. Prowadzenie dziennika traktuję też jako formę prywatnej emerytury. Kiedy się już wycofam ze sfery publiczno-zawodowej, to zacznę przepisywać dziennik i będę miała 'przeróbkę' życia. Spotkanie ze sobą z przeszłości. Kiedy siebie czytam, często myślę: co to za wredne babsko? Ale walcząca, ale twarda W dzienniku mało się kłamie, ale też spełnia się marzenia o sobie. Jest miejsce na zmyślanie, ale nie na kłamstwo.
"Kobiety do zarządów!" Przeczytaj rozmowę z Viviane Reding>>