O 'Czarnym mleku' usłyszałam kilka lat temu, kiedy pani książka ukazała się w Turcji. Reklamowano ją jako autobiograficzną 'opowieść o depresji poporodowej'. Sądziłam że będzie mroczna, przygnębiająca i trudna. Ale okazało się, że nie. To wbrew pozorom bardzo budująca lektura!
Chciałam, żeby tak było. Ta książka jest również o tym, że depresja może być twórczym momentem w życiu. Bo z jednej strony nasza osobowość rozpada się na tysiące małych fragmentów, ale z drugiej - możemy je wtedy wszystkie dokładnie obejrzeć i przyjrzeć się, z czego tak naprawdę jesteśmy zbudowane. Możemy też je potem poukładać na nowo. I to, co uda nam się ulepić, jest zwykle dużo lepsze od tego, co było przedtem.
Czy według pani macierzyństwo jest takim momentem przełomowym, kiedy udaje nam się odkryć niezauważone dotąd aspekty naszej osobowości?
Macierzyństwo jest tylko jednym z wielu takich przełomowych momentów. Mnie zawsze zadziwia to, jaką my, kobiety, mamy zdolność do stwarzania siebie na nowo na różnych etapach życia. Nie chcę powiedzieć, że mężczyźni się nie zmieniają, ale u kobiet te zmiany są częstsze i mają bardziej gwałtowny przebieg. Tę zdolność do zmiany i do adaptacji do nowych warunków mamy zakodowaną w sobie - kiedy z dziewczyny stajemy się kobietą, a potem matką i żoną, a potem kobietą dojrzałą. Każda z tych metamorfoz jest małą rewolucją i nawet jeśli rozpadamy się na drobne kawałki, to wiemy, jak je potem poskładać.
To jest instynkt?
Czasem instynkt, a czasem musimy się tego nauczyć.
Co myślała pani o innych matkach, zanim sama urodziła dziecko? Przez wiele lat publicznie zaklinała się pani, że małżeństwo, macierzyństwo nie są dla pani.
Przez większość mojego życia wartością nadrzędną było pisanie. Uważałam, że już mam męża - moim mężem była literatura. Role matki i żony - tradycyjnie pojmowane - nie leżały w sferze moich zainteresowań. Chciałam być niezależna, a te role wydawały mi się potwornie ograniczające. Widziałam też zbyt wiele kobiet z różnych środowisk i pokoleń, świetnie wykształconych, inteligentnych, niezwykle utalentowanych, które poświęciły swoje zainteresowania i pasje po to, żeby się do tych ról dopasować. Kobiety dokonują znacznie większych poświęceń w małżeństwie niż mężczyźni i jest to reguła niezależna od kultury. Chciałam tego uniknąć. No i nie byłam fanką burżuazyjnej instytucji małżeństwa. Szczerze mówiąc, dzisiaj też nie jestem.
Wychowała się pani w rodzinie, która była zaprzeczeniem tradycyjnego modelu.
Jak na wczesne lata 70., na Ankarę i środowisko klasy średniej to był rzeczywiście wyjątek. Wychowała mnie mama z babcią. Mama była rozwódką, samotną mamą i nowoczesną kobietą, która dużo pracowała, żeby nas utrzymać. Przez pierwsze lata mojego życia była nauczycielką. Wychodziła o świcie i wracała późno, więc zajmowała się mną babcia, która była bardzo tradycyjna - nigdy nie pracowała, zajmowała się domem, wierzyła w czary i duchy, miała przesądy, zdarzało się, że leczyła ludzi niekonwencjonalnymi metodami. Kiedy miałam osiem lat, mama została dyplomatką i wyjechałyśmy do Hiszpanii, a nasza rodzina skurczyła się do dwóch osób. Przez całe dzieciństwo większość czasu spędzałam sama. Byłam zamkniętym dzieckiem. Wcześnie zaczęłam czytać i pisać. Bez przerwy wymyślałam jakieś historie - na temat ludzi i przedmiotów, bo moje życie wydawało mi się nudne.
Jest pani bardziej podobna do mamy czy do babci?
Jestem syntezą obu. Wykształconej, nowoczesnej, silnej feministki oraz tradycyjnej, duchowej, mądrej kobiety, która przekazała mi w spadku piękne opowieści i bajki, które z kolei sama usłyszała od starszych kobiet ze swojej rodziny. To bezcenny prezent. Takie "babcie" istnieją w każdej kulturze: żydowskiej, muzułmańskiej, chrześcijańskiej, są kopalnią wiedzy na temat życia i świata - i kiedy spotykam taką starszą panią gdzieś na świecie, np. w Rosji, mam poczucie, że ją dobrze znam. Dzięki babci czuję związek z przeszłością. Lubię wprowadzać do swojego pisarstwa elementy ustnego przekazu, bo sztuka opowiadania historii jest bardzo stara i warto o tym pamiętać. To kobiety uprawiały tę sztukę: babcie wnuczkom, a potem dorosłe wnuczki swoim wnukom opowiadały te same historie - to jest esencja literatury. Chcę kontynuować tę tradycję.
Wychowała się pani w domu kobiet. Nie brakowało pani męskiego wzorca?
Był jeszcze mój dziadek, ale nie przypominam sobie, żeby brał jakiś istotny udział w moim wychowaniu. Czasem mi oczywiście tego brakowało, dlatego lubiłam spędzać czas na podglądaniu innych rodzin.
I co pani wyszło z tego podglądania?
Z jednej strony zazdrościłam rówieśnikom gęstego życia rodzinnego, a z drugiej, w miarę jak byłam coraz starsza, zobaczyłam, że ludzie potrafią się również bardzo ranić, że wiele kobiet jest nieszczęśliwych, niektóre doświadczają przemocy, że mężczyźni odchodzą. Jako postronny obserwator widziałam więcej niż inni i to sprawiło, że zaczęłam bardziej krytycznie przyglądać się roli kobiety w rodzinie. I nie podobało mi się to, co zobaczyłam. Widziałam też, że wiele kobiet decyduje się trwać w tych związkach tylko z miłości do dzieci.
Jako dziecko samotnej mamy nie była pani obiektem drwin?
Nie przypominam sobie. Później, w Hiszpanii - tak, ale z innego powodu. Chodziłam do bardzo elitarnej międzynarodowej szkoły i byłam tam jedyną Turczynką. Ponieważ jako jedyna reprezentowałam swój kraj, cokolwiek się w nim działo, byłam za to odpowiedzialna. Kiedy Turek dokonał zamachu na papieża albo kiedy Turcja dostała zero punktów w konkursie Eurowizji, inne dzieci wyśmiewały się ze mnie. Dla dziewczynki świadomość, że jest obarczona odpowiedzialnością za coś znacznie większego od siebie, była przytłaczająca. Czułam się wyalienowana, ale ta alienacja bardzo sprzyjała mojej pasji do czytania i pisania. To był świat, w którym czułam się bezpiecznie. Szczerze mówiąc - to była najlepsza rzecz, którą miałam w życiu. I mogłam ją zabrać ze sobą wszędzie, niezależnie od kraju i kultury, a potem przeprowadzałyśmy się jeszcze kilkakrotnie.
Jako 18-latka zrzekła się pani nazwiska ojca i przyjęła drugie imię mamy - Safak. Dlaczego?
Z nazwiskiem ojca nie czułam się komfortowo. Wydawało mi się absurdalne, że noszę nazwisko kogoś, kogo nie znam. Kiedy miałam 18 lat, nie byłam jeszcze pisarką, ale już pisałam i chciałam stworzyć siebie na nowo, zanim zacznę publikować. Z imieniem mamy czułam bliski związek. Była w nim dobra energia.