Przed położonym w uniwersyteckim Berkeley w Kalifornii domem Ayelet Waldman stoi plakat z kampanii wyborczej Baracka Obamy. Wewnątrz pełno książek i rzeczy czwórki dzieci. Bez przerwy przerywają nam rozmowę niezmiernie ważnymi pytaniami do Ayelet. Zamieszkali tu, 'bo to jedyne miejsce w Stanach, gdzie rada miejska przyznaje miejsca parkingowe organizacji pacyfistycznej, by ułatwić jej protesty przed punktem rekrutacji do marines'. Położony w ogródku domek gościnny został przerobiony na pracownię - pisarka i jej mąż, pisarz Michael Chabon, właśnie odcinają tam internet. - Nic nie pisaliśmy - ja twittowałam, a Michael grał w internetowe scrabble - opowiada. Gdy już odłączą internet, będą wspólnie pisać scenariusz serialu dla HBO o grupie brytyjskich szpiegów - magików cyrkowych podczas II wojny światowej. Nie przywiązują się do myśli, że projekt zostanie zrealizowany. - Kiedyś państwo dawało pisarzom stypendia, teraz mamy HBO. Każdy pisarz, którego znam, pisze dla nich scenariusz pilota - ironizuje Ayelet.
Cała Ameryka usłyszała o niej, kiedy w 2005 roku na łamach 'New York Timesa' opublikowała artykuł 'Prawdziwie, szaleńczo, z poczuciem winy', w którym zaprezentowała swój - mało popularny w Stanach - stosunek do macierzyństwa. Rozwinięciem tamtego tekstu jest wspomnieniowo-eseistyczna książka 'Zła matka', która niedawno ukazała się w Polsce.
Pewnego późnego wieczoru dostałam maila. Dotyczył wycieczki szkolnej mojego syna. Było w nim napisane, że przekąski muszą być zapakowane w brązowe papierowe torebki. Nie znalazłam takiej torebki i wybuchnęłam szlochem
Znam tego maila: 'Zakaz pakowania przekąsek w pudełka i plastikowe torebki'. Podpisano: klasowa idealna matka. Nieraz przeszłam przez 'kryzys papierowej torebki'. Raz w środku nocy pojechałam szukać ich w 24-godzinnym sklepie, zamiast włożyć dziecku jedzenie w to, co akurat miałam w domu.
Dzięki twojej książce odkryłam, że nie tylko ja tracę w takich sytuacjach zdrowy rozsądek. Zrozumiałam, że istnieje podziemie niedoskonałych matek, i to mnie uspokoiło.
Nieważne, jak dobrze wykształconą, inteligentną kobietą jesteś i jaki sukces zawodowy odniosłaś - większość z nas potrafi doprowadzić się do płaczu z powodu braku papierowej torebki na lunch dziecka, bo wszystkie odczuwamy presję bycia idealną matką. Pocieszę cię: teraz jestem w kryzysie skarpetkowym - w sklepie internetowym zamówiłam fury skarpet dla swojej młodszej córki i okazało się, że żadne nie są w jej rozmiarze.
Przywołaj moment, gdy postanowiłaś opisać swoje macierzyńskie porażki.
Miałam trzydzieści parę lat. Sophie, która teraz ma 16 lat, była malutka, a ja byłam w drugiej ciąży - z Zekem. Pracowałam jako obrońca z urzędu w sprawach kryminalnych w Los Angeles. To była najbardziej ekscytująca praca, jaką mogłam sobie wymarzyć. Prowadziłam wielkie sprawy, m.in. głośny na całe Stany proces meksykańskiej mafii. Pewnego dnia uświadomiłam sobie, że nie mam siły na jedno i drugie. Spakowałam rzeczy z biurka i zostałam pełnoetatową matką. Z wyżyn adrenaliny, którą dawała mi praca w sądzie, spadłam gwałtownie do świata placu zabaw, gdzie cały dzień widzisz monotonnie bujającą się huśtawkę. Myślałam, że umrę. Nie w przenośni. Przysięgam, miałam wrażenie, że umrę. Zaczęłam zaczepiać inne matki: 'Nie nudzisz się?'. Wszystkie odpowiadały z uśmiechem: 'Ależ nie. Czuję się taka spełniona'. Spotkałam lekarkę pediatrę onkolog ze Stanford, która rzuciła praktykę, żeby zajmować się dzieckiem i prowadzić lokalną dziewczęcą drużynę skautów. Żadna z kobiet, z którymi rozmawiałam, nie powiedziała choćby raz, że nienawidzi życia kury domowej i że czasem zastanawia się, czy dokonała słusznego wyboru. Nie mając bratniej duszy do rozmowy, zaczęłam pisać. Nie potrafiłam jeszcze wprost opowiedzieć o swoim doświadczeniu macierzyństwa, więc uciekłam w fikcję.
Tak powstał cykl powieści kryminalnych 'Mama na tropie'.
To lekkie książki, dla rozrywki. Reklamowałam je znajomym, że wymagają takiego skupienia, jakie możesz osiągnąć, karmiąc w tym samym czasie piersią. Nikt przy piaskownicy ze mną nie gadał, więc wymyśliłam sobie przyjaciółkę, kogoś takiego jak ja - obrończynię z urzędu, nudzącą się na urlopie macierzyńskim Juliet Applebaum - i uczyniłam z niej bohaterkę cyklu. Gdy książka się ukazała, kobiety zaczęły pisać do mnie, jak bardzo utożsamiają się z bohaterką - znudzoną matką.
Nie zaskoczyło cię to, że kobiety z placu zabaw nie chciały mówić o tym? W końcu mamy XXI wiek i trzy fale feminizmu za sobą, chyba nikt nam już nie broni mówić szczerze, co czujemy.
Moim zdaniem każda generacja zaczyna poniekąd od nowa. Feminizm ma zdobycze nieodwracalne, jak prawa wyborcze kobiet, i te bardziej prywatne, które łatwo stracić, i ciągle trzeba o nich przypominać. Kiedy kobiety z pokolenia mojej matki zorientowały się, że czują się nieszczęśliwe, uwięzione w domu, założyły ruch feministyczny. Moje pokolenie, choć wychowane przez matki, które wpajały nam równość płci, popełniło wiele ich błędów. Dopiero kiedy zorientowałyśmy się, że coś jest nie tak, zaczęłyśmy się znowu jednoczyć.
Kiedy kilka lat temu napisałam dla 'New York Timesa' esej, w którym przyznałam się, że szczęście jako kobiety jest dla mnie ważniejsze od bycia doskonałą matką, ludzie zostawiali na moich drzwiach kartki: 'Powinno ci się odebrać dzieci'. Reakcja była taka, jakbym co najmniej obwieściła światu, że wysyłałam dzieci na herbatkę do pedofila. Jednak w czasie, który dzielił publikację eseju od wydania książki 'Zła matka', przewartościował się wizerunek matki. I ci sami, którzy chcieli mnie wtedy ukamienować, dziś mówią: 'Amen, amen'. Mam nadzieję, że jestem współautorką tej małej rewolucji.
Naprawdę czujesz, że była rewolucja? Ja mam wrażenie, że amerykańskie media to jedna wielka reklama macierzyństwa. Niby kobiety są obecne w życiu publicznym, zajmują ważne stanowiska, ale z gazet i telewizji wylewa się propaganda siedzenia w domu i produkowania idealnych dzieci.
Chłopcy, którzy na studiach chodzili z tobą na demonstracje proaborcyjne, teraz się ożenili, zasiedli na kanapie i zamienili się w swoich ojców. Nie opiekują się dziećmi, nie wiedzą, gdzie stoi lodówka. Różnica polega na tym, że kobietom z naszego pokolenia trudniej jest pogodzić się z więzieniem domowym, bo widziały inny świat - skończyły elitarne uczelnie, pracowały na eksponowanych stanowiskach - a potem urodziły dzieci i wylądowały w kapciach swoich matek. Amerykańska rzeczywistość spycha je do domu. Mam nawet w tej sprawie teorię spiskową. Kiedy byłam dziewczynką, dorośli kończyli pracę o 17. Teraz pracuje się do 20 albo 21. Jeśli dwie osoby pracują w biurze do 21, właściwie mogą zapomnieć o posiadaniu rodziny. Niby masz wybór, ale jest on silnie zdeterminowany przez wygórowane żądania rynku pracy. A jak już jesteś matką, nie możesz tak po prostu być matką. Amerykański standard to kompulsywna perfekcyjna matka. Nie da się być w biurze do późnego wieczoru i równocześnie codziennie być wolontariuszem w innej pilnej sprawie w szkole, piec ciastek na posiedzenie rodziców i wozić dziecka na 20 zajęć dodatkowych. Promuje się więc dwa standardy, którym nie masz szans sprostać - zaharowanego pracownika i nadaktywnej matki. Obraz wykreowany w mediach to takie grożenie palcem amerykańskim kobietom: nie poradzicie sobie z byciem równymi mężczyznom, ledwo radzicie sobie z byciem matką! Zaraz zagonimy was batem do domu!
Nie wierzę, że większość amerykańskich kobiet daje się zagonić do domu.
Nie mówmy o tych, które mają więcej służących niż dzieci. Mówmy o zwykłej rodzinie inteligentów z przyzwoitymi dochodami, ale bez luksusów. Nie promuje się wzorca aktywnej kobiety, która może i być matką, i robić karierę - promuje się macierzyństwo jako substytut kariery, czyli nadaktywną działaczkę szkolnego koła rodziców. Paradoksalnie, kobiety same wspierają wymierzoną przeciwko nim akcję. Przecież jak porzucasz ambicje i marzenia zawodowe, to chcesz być przekonana, że było warto. Traktujesz opiekę nad potomstwem jak zawody. Zauważyłaś, że dzisiejsze dzieci nie bawią się same? Są ciągle monitorowane przez matkę. Nikt już nie biega po podwórku, wszyscy mają miliony dodatkowych zajęć. Pięć minut bezczynności myli im się z nudą. Matka i dziecko pracują na dwa etaty, by zaspokoić społeczne oczekiwania wobec nich. Zła ocena dziecka w szkole nie jest odzwierciedleniem jego poziomu nauki - jest dowodem w procesie przeciwko rodzicowi.
Nadal nie rozumiem, dlaczego w to wchodzimy. Nie można, jak za dobrych czasów, powiedzieć dziecku: 'Idź się pobaw' - a samemu popracować?
Z horyzontu debaty publicznej w Stanach zniknęły kobiety, które próbują te sprawy łączyć. Nasze żądania znów wróciły na poziom prywatnych roszczeń.
Ty nie tylko przenosisz dyskusję o sprawach kobiet na poziom publiczny. Walczysz też przeciwko łamaniu praw kobiet. Przygotowujesz książkę o kobiecych więzieniach.