Tytuł Matki Narodu przysługuje w Afryce zwykle żonom pierwszych prezydentów, założycieli państw. Choć jej mąż Walter był tylko jednym z przywódców ruchu wyzwoleńczego, nikt w Południowej Afryce nie kwestionował, że Albertina Sisulu była Matką Narodu. Zmarła w czerwcu, chowano ją z honorami, jakie przysługują tylko państwowym dygnitarzom. Na jej pogrzeb na piłkarski stadion Piratów z Orlando przyszły dziesiątki tysięcy ludzi i niemal cały rząd. Trumnę nieśli generałowie z rządowego wojska, a nad grobem przemawiał prezydent Jacob Zuma. Zabrakło tylko Nelsona Mandeli, pierwszego czarnoskórego prezydenta kraju, przyjaciela Albertiny i jej rówieśnika.
W lipcu Mandela obchodził 93. urodziny. Albertina Sisulu była jedną z ostatnich żyjących spośród jego przyjaciół i towarzyszy broni. Już kiedy w 2003 r. umarł jego najbliższy przyjaciel Walter Sisulu, mąż Albertiny, z którym w 1964 r. został skazany na dożywocie za walkę z apartheidem, Mandela powiedział: 'Oszukałeś mnie, Walterze. Chciałem odejść z tego świata jako pierwszy i jako pierwszy witać cię w zaświatach'. Będąc zbyt słabym, by odprowadzić Albertinę w ostatnią drogę, napisał list, który na cmentarzu odczytała jego żona Graça Machel. 'Z każdym rokiem los zabiera nas jednego po drugim. A strata każdego z towarzyszy boli, jakbym tracił część samego siebie - napisał Mandela. - Ale żadna rana nie bolała tak bardzo, jak ta po stracie ciebie, droga przyjaciółko, ukochana siostro'.
Z jego pokolenia umarli już niemal wszyscy. Przyjaciele, towarzysze walki, współwięźniowie. Kiedy w styczniu Mandela zachorował na płuca, cała Południowa Afryka struchlała. Zamarła z przerażenia też w czerwcu, gdy ogłoszono, że Mandela postanowił przenieść się z Johannesburga do rodzinnej wioski Qunu, gdzie życzył sobie, by go pochowano. Odetchnęła, gdy okazało się, że Mandela odwiedził wioskę, by być przy przenosinach grobów jego trojga dzieci na inny cmentarz. Choć wkrótce minie 20 lat, jak uwolniła się od apartheidu, Południowa Afryka nadal spogląda na swoich starzejących się przywódców, wsłuchuje się w ich słowa, szukając zarówno porady, jak i otuchy. 'Mam do przekazania wyjątkowo smutną wieść' - powiedział łamiącym się głosem w telewizyjnym orędziu prezydent Jacob Zuma w dniu, gdy umarła Albertina Sisulu. 'Umarła nasza matka. Musimy być silni'.
W czasach apartheidu czarnoskórzy w Południowej Afryce nazywali Matką Narodu Winnie Madikizelę-Mandelę, żonę skazanego na dożywocie Nelsona, który stał się na całym świecie symbolem walki z rasową dyskryminacją. Skazana na dożywotnią samotność, nieprzygotowana do walki, w którą miało przemienić się jej całe życie, niegotowa, by w zastępstwie męża przejąć rolę przewodniczki i przywódczyni - Winnie nie podołała tej roli. Przemoc i prześladowania, jakich padała ofiarą, sprawiły, że sama zatracała się w nienawiści do prześladowców i żądzy zemsty. Uderzyła jej też do głowy władza, jaką sprawowała nad tłumem tylko dlatego, że nosiła nazwisko Mandeli.
Na ulicach Soweto kierowane przez nią bojówki paliły żywcem kolaborantów i donosicieli. Młoda, piękna Winnie nie dochowała też wierności uwięzionemu mężowi. Uwolniony w 1990 r. Mandela wkrótce się z nią rozstał, a w 1996 r. oficjalnie rozwiódł. Albertina Sisulu to zaprzeczenie Winnie. Była jeszcze dzieckiem, gdy umarł jej ojciec, górnik z kopalni złota. Chorowita matka nie mogła utrzymać rodziny, więc jako najstarsza z czwórki rodzeństwa musiała wziąć na siebie rolę ich żywicielki i wyjechała do Johannesburga. Aby zarobić, zrezygnowała z marzenia, jakim była praca nauczycielki. Zamiast tego wybrała fach pielęgniarki, który w tamtych czasach dawał czarnoskórym dziewczynom największe szanse znalezienia zatrudnienia.
Tam w szpitalu poznała Evelyn Mase i Barbie Sisulu, które stały się jej najbliższymi przyjaciółkami. Przez Barbie poznała jej brata Waltera. Zakochali się od pierwszego wejrzenia. Na ich ślubie drużbą był przyjaciel Waltera Nelson Mandela, który wkrótce ożenił się z Evelyn. Ale przystojny Nelson okazał się kobieciarzem. W końcu rozwiedli się i wtedy związał się z Winnie. Walter i Albertina Sisulu kochali się i rozumieli bez słów, świata poza sobą nie widzieli. Nic ich nie dzieliło, a wszystko zdawało łączyć. Nawet polityka, którą Albertina wcześnie się nie zajmowała. Dla jej męża, działacza Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC) walczącego z dyskryminacją rasową w Południowej Afryce, polityka była drugim życiem. Razem z przyjaciółmi - Nelsonem Mandelą i Oliverem Tambo - próbował przekonać starych przywódców ANC przywiązanych do nauk Mahatmy Gandhiego i jego wiary w potęgę biernego oporu, że warto sięgnąć po radykalniejsze metody walki. Z walką zbrojną włącznie.
Zarażona polityką Albertina także zaczęła działać w ANC. Była jedną z założycielek Ligi Kobiet ANC, a w 1956 r. kierowała marszem kilkudziesięciu tysięcy czarnych kobiet na siedzibę białego rządu w Pretorii, by domagać się zniesienia rasistowskich praw. Aresztowana przez białą policję tryskała dumą, gdy mąż odbierał ją z więzienia w Johannesburgu, a Mandela bronił jako adwokat podczas procesu. W 1964 r. Walter Sisulu wraz z Mandelą i kierownictwem ANC został skazany na dożywocie. Jedna z johannesburskich gazet nazwała małżeństwo Albertiny i Waltera Sisulu najpiękniejszą historią miłosną, jaka wydarzyła się w Południowej Afryce. Zesłany na wyspę skazańców Robben pod Kapsztadem Walter już pierwszego dnia napisał do Albertiny list, choć wiedział, że następny będzie mógł wysłać dopiero za pół roku. 'Umieram z tęsknoty' - odpisała Albertina.
Nigdy nie ukrywali swoich uczuć. 'Zawsze razem, trzymając się za ręce. Ogromnie się kochaliśmy'. 'Byli sobie tak bardzo oddani, że tak naprawdę nigdy nie czuli się zagrożeni' - powiedział o nich Mandela z nutą zazdrości. Matką Narodu Albertina stała się właśnie wtedy, gdy wzięła na siebie ciężar nie tylko wychowania pięciorga własnych dzieci i czwórki adoptowanych, ale także dzieci Mandeli i innych prześladowanych działaczy ANC. Za swoją drugą matkę uważał ją też Thabo Mbeki, przyszły prezydent kraju. Jej dom stał się azylem, sierocińcem, kasą zapomogowo-pożyczkową, której jedynym źródłem dochodów była jej pensja pielęgniarki, a potem emerytura.
Jej dom był w tamtych czasach jednym z niewielu w Soweto, gdzie był prąd i działał telefon, który założono, ponieważ Albertina pracowała jako pielęgniarka i akuszerka. Światło i telefon sprawiały, że dodatkowo dom pełnił funkcję świetlicy, w której oglądano telewizję, i telefonicznej rozmównicy. Wszyscy w Soweto wiedzieli, że mogą zwrócić się do Albertiny, przyjść do jej domu, którego drzwi zawsze były otwarte. 'Przesiadywaliśmy u niej całymi dniami, była dla nas jak matka, zawsze myślała najpierw o tym, co może zrobić dla innych' - wspominał Aubrey Matshiqi, niegdyś radykalny działacz ANC, a dziś jeden z najbardziej szanowanych politologów i analityków. 'Jej dom był naszym domem i wszyscy czuliśmy się jak jedna rodzina. Dziś straciliśmy to poczucie jedności. Jesteśmy sobie obcy, a obecni przywódcy ANC uważają partię jedynie za wehikuł, który wyniesie ich do władzy i majątków. Albertina Sisulu, jej mąż i Mandela reprezentowali to wspaniałe pokolenie starych przywódców, którzy przedkładali dobro innych nad swoje. Im naprawdę o coś chodziło'.
Była wielokrotnie więziona, osadzana w domowym areszcie, skazywana na banicję. Pilnowała jednak zawsze, by jej dzieci miały odrobione lekcje, czyste ubrania, by sprzątały dom. 'Nigdy nam nie odpuszczała' - przyznawała jej córka Lindiwe.
'Przez te wszystkie lata przywykłam do prześladowań i aresztów, nauczyłam się radzić sobie bez męża - wspominała po latach. - Ale kiedy krzywda spotykała moje dzieci, byłam bliska załamania'. Wszystkie dzieci podjęły walkę z apartheidem, uczestniczyły w rozruchach, strajkach. Jej najstarszy syn Max już jako 17-latek musiał uciekać z kraju. Za granicę uciekła też córka Lindiwe, ale wcześniej była aresztowana i torturowana. Tortury i więzienie spotkały też jej synów Zwelakhego i Mlungisiego. W pewnym momencie w więzieniu siedzieli jednocześnie mąż Albertiny, jej syn i wnuk. 'Wrogowie odebrali jej męża, prześladowali dzieci, dręczyli ją samą. Ale była jak skała. Nic nie było w stanie jej złamać ani pokonać. Miłość, która ją przepełniała, sprawiała, że nienawiść nie miała do niej dostępu' - powiedział o niej arcybiskup Desmond Tutu.
W latach 80. Albertina Sisulu została jedną z przywódczyń Zjednoczonego Frontu Demokratycznego, legalnego ruchu, który w zastępstwie ANC podjął walkę z apartheidem. W tej roli pod koniec lat 80. wyruszyła w podróż po zachodniej Europie i USA, by przekonywać przywódców do nasilenia sankcji i bojkotu rasistowskiej RPA. Podczas audiencji w Białym Domu przekonała do tego nawet George'a Busha seniora, który jak jego poprzednik Ronald Reagan z całych sił starał się nie robić niczego, co by zaszkodziło białemu rządowi z Pretorii. Kiedy wróciła z Ameryki, przeżyła najszczęśliwszą chwilę w życiu. Po ponad ćwierć wieku w kamieniołomach i więzieniu Walter Sisulu został wypuszczony na wolność.
Uliczna rewolucja, kryzys gospodarczy i międzynarodowe sankcje doprowadziły do upadku apartheidu. W lutym 1990 r. uwolniony został też Mandela, który po rozpisaniu pierwszych wolnych wyborów został prezydentem kraju. Albertina i Walter, a także dwoje ich dzieci zostali posłami w nowym parlamencie. Była dumna, że stała się matroną politycznej dynastii. Jej syn Max jest dziś przewodniczącym parlamentu. Zwelakhe szefował państwowej telewizji, a potem zrobił karierę w biznesie. Córka Lindiwe jest ministrem obrony, a adoptowana córka Beryl - ambasadorem RPA w Norwegii. W 1998 r. oboje z mężem odeszli od polityki. W jednym z wywiadów Albertina powiedziała, że to były najszczęśliwsze lata ich życia, czas, który mogli poświęcić tylko dla siebie. Nauczyła się nawet zasad piłki nożnej, by z mężem oglądać mecze.
Szczęście nie trwało długo. W maju 2003 r. w wieku 90 lat umarł Walter Sisulu. Umierał w ramionach Albertiny. Na pogrzebie odczytano jej list. 'Walterze, co bez ciebie pocznę? To dla ciebie budziłam się co rano i dla ciebie żyłam'. Ona nie mogła pogodzić się ze śmiercią męża, straciła wolę życia, zmarła osiem lat później. Pochowano ją obok męża na cmentarzu w Soweto.
Jak zaciągnąć kobietę do łóżka>>