http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Wójt. Co to za kobieta?

Monika Redzisz
25.08.2011 , aktualizacja: 25.08.2011 12:16
A A A Drukuj
Gmina kupiła nowy wóz strażacki - radni rzucili się, żeby oglądać nowe autko, w sali obrad zostałyśmy tylko my
Od lewej: Joanna Szczepańska, Edyta Klasa, Alicja Wąsik, Jolanta Kwiatkowska, Dorota Chałat
Od lewej: Joanna Szczepańska, Edyta Klasa, Alicja Wąsik, Jolanta Kwiatkowska, Dorota Chałat
ZOBACZ TAKŻE
Rozwiodłam się i zaczęłam żyć

Dorota Chałat, radna Koszalina. Skończyła zarządzanie, studia podyplomowe z rachunkowości, doradztwo podatkowe i podatki w Wyższej Szkole Bankowej. Pracuje jako księgowa w dziale rachunkowości zakładu gazowniczego w Koszalinie. Ma 45 lat i dwójkę dzieci.

- Jak zostałam wybrana na radną, koleżanki mówiły: 'Dorota, mamy nadzieję, że ty się teraz nie zmienisz!'. Zawsze udzielałam się społecznie: byłam w zuchach, harcerzach, w Lidze Kobiet Polskich mam członkostwo od 15. roku życia. Działałam w szkole córki i przedszkolu syna. Sympatykiem lewicy byłam zawsze, ale nie udzielałam się, bo moja druga połówka mówiła zdecydowanie 'nie'. Mama należała do partii, była bardzo aktywna. Młodo wyszłam za mąż, miałam 19 lat. Pracowałam, studiowałam zaocznie i wychowywałam dziecko. Mama zawsze mnie mobilizowała, powtarzała, że jestem bardzo dobra, że skończę studia. O mężu nie chcę opowiadać, rozwiedliśmy się. Następny związek trwał 14 lat. Po drugim rozstaniu przeżyłam przełom. Pełnią życia zaczęłam żyć, kiedy się rozeszłam z mężczyzną. Wiadomo, mężczyźni raczej nie aprobują większych działań kobiety, bo nie ma jej w domu. Są oczywiście tacy, którzy wspierają, ale ja na takiego nie trafiłam. Piąty już rok mieszkam sama z synem i czuję się spełnioną, wyzwoloną kobietą.

Wstąpiłam do SLD i powolutku zaczęłam szukać dla siebie miejsca w partii. Postanowiłam się zająć sprawami kobiet. W roku 2005 założyłam Forum Kobiet w Koszalinie i zostałam jego przewodniczącą. Intuicyjnie czułam, że kobiety powinny się grupować. Kiedy jest ich więcej - są zauważane. Trzy lata później, w 2009 roku, wspólnie z koleżankami stworzyłam Erę Kobiet - stowarzyszenie zupełnie apolityczne, żeby współpracować także z kobietami z innych ugrupowań. W wyborach startowałam z pierwszego miejsca. Prowadziłam kampanię 'face to face'. 'O, jaka ładna pani! Dobrze, że pani przyszła, bo nie wiedziałam, na kogo głosować'. Rozdałam 2,5 tys. ulotek.

W radzie jest siedem kobiet i 18 mężczyzn. Jestem za parytetem co najmniej przez kilka kadencji; ustalenia kwotowe 35 proc. to za mało. Jestem w komisji do spraw społecznych i w komisji rewizyjnej, której przewodniczę. Kontrolujemy działania prezydenta, opiniujemy wykonanie budżetu. Koszalin jest w niezłej kondycji finansowej. Jesteśmy zadłużeni, ale nie da się robić inwestycji bez zadłużenia, a budujemy filharmonię i aquapark. Myślę, że politycy ze wszystkich partii chcą dobrze, ale najważniejszy jest efekt. Dawać ludziom? Wspaniale, ale skąd brać na to pieniądze? Z pustego i Salomon nie naleje. W komisji społecznej jest nas pięć, ja z SLD i cztery koleżanki z PO. Będziemy walczyć ramię w ramię, żeby było więcej żłobków, przedszkoli, placów zabaw. Mamy więcej tego wyczulenia społecznego, takiego ciepła. Więc musi być więcej kobiet w polityce.

Chciałabym zmienić życie kobiet, zmienić ich myślenie. Nie chodzi mi o to, żeby w domu nie sprzątały czy nie zajmowały się dziećmi, ale żeby się też udzielały na zewnątrz. Najważniejsze, żeby miały wybór. Chcą iść do pracy, a dziecko posłać do żłobka - mają prawo. Chcą mieć dziecko in vitro - mogą, bo przecież urodzić dziecko to coś pięknego, to skarb. Chcą zrobić aborcję - też powinny mieć do tego prawo. Polki czują się uzależnione od mężów. Boją się, że same nie poradzą sobie finansowo, bo też państwo polskie nie pomaga samotnym matkom. Co to jest 200 zł alimentów miesięcznie? W zakładach pracy zawsze wybiorą mężczyznę, a na tym samym stanowisku mężczyzna zarabia więcej. Czy młodym ojcom zadaje się pytanie, jak godzą pracę zawodową i wychowanie dziecka? Nie. Mój były potrafi mi powiedzieć: 'Powinnaś siedzieć w domu i opiekować się synem'. A syn ma 13 lat i staram się go tak wychowywać, żeby był samodzielny. Oczywiście częściowo same jesteśmy sobie winne. Mamy taką mentalność, że my najlepiej wychowamy swoje dzieci, że nikt nas nie zastąpi - ani żłobek, ani opiekunka, ani ojciec. Młode dziewczyny są już inne. Córka przyszła z chłopakiem na obiad, mówię: 'Magda, nałóż mu, bo on tak po troszeczku bierze, nie naje się chłopak'. 'Niech sobie sam nabiera' - mówi moja córka.

Moja truskawka

Edyta Klasa, radna drugą kadencję w gminie Stężyca na Kaszubach. Skończyła prawo. Pracuje w urzędzie marszałkowskim w departamencie rolnictwa, środowiska i zasobów naturalnych. Ma 33 lata, męża i trójkę dzieci.

- Piąty rok jestem radną. Śmieję się, że udział w wyborach to kolejne dziecko mojego urlopu wychowawczego. Mam troje dzieci: po urodzeniu pierwszego skończyłam studia podyplomowe z zarządzania. A po urodzeniu dziewczynek postanowiłam się spełniać w pracy w samorządzie. Wystartowałam w roku 2006, kiedy najmłodsza miała cztery miesiące. Oczywiście wiedziałam, że mogę liczyć na pomoc teściów, z którymi mieszkamy, i rodziców, którzy mieszkają po drodze do gminy. U nas to normalne - żyjemy w rodzinach wielopokoleniowych, mamy dużo dzieci. Pomorskie jest województwem o najwyższym przyroście naturalnym w Polsce, a moja gmina w niektórych latach ma najwyższy przyrost w województwie!

Wystartowałam jako niezależna kandydatka. Moja kampania była znikoma - krótka informacja na ulotkach, które zostawiłam w kilku punktach. Ludzie mnie znali, wiedzieli, co robię. Już na studiach współtworzyłam stowarzyszenie zrzeszające plantatorów truskawek na Kaszubach. Był '98 rok, w Polsce dopiero trwały prace nad przepisami dotyczącymi tworzenia i funkcjonowania grup producentów rolnych, byliśmy pionierami. Tam, gdzie mieszkam, to jedno z podstawowych źródeł dochodów rolniczych - truskawki uprawiali moi rodzice, teściowie i mąż, mimo że jest nauczycielem. W zeszłym roku doprowadziłam zresztą do rejestracji truskawki kaszubskiej w Unii Europejskiej. Udowodniłam, że nasze kaszubskie truskawki są wyjątkowo słodkie i aromatyczne. Myślę, że niedługo przełoży się to na promocję i produktu, i regionu.

Zainicjowałam powstanie stowarzyszenia dla kobiet Kaszubianki, z mężem tworzyłam klub dla młodzieży, organizowałam bale dla seniorów. Kiedyś kobiety były zamknięte w sprawach swoich gospodarstw. Panowie zawsze mieli ochotnicze straże pożarne; dla kobiet była pustka. Stowarzyszenia, których teraz jest w naszej gminie sporo, spowodowały, że ludzie wyszli z domów. Ostatnio podpowiadam paniom, że skoro już potrafią działać w stowarzyszeniach, to niech pomyślą o wspólnym biznesie. Jestem w komisji budżetowej już drugą kadencję. Jesteśmy dwie wśród radnych. Pamiętam, jak gmina zakupiła nowy wóz strażacki - radni rzucili się, żeby oglądać nowe autko, w sali obrad zostałyśmy tylko my.

Jak on ze mną wytrzymuje?

Jolanta Kwiatkowska, wójt gminy Stegna. Studiuje administrację w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej. Ma 40 lat i trójkę dzieci. Prowadzi z mężem gospodarstwo agroturystyczne.

- Jestem w Stegnie pierwszym wójtem kobietą. Pochodzę z Jantaru. To mała wioska nad morzem, tysiąc mieszkańców. Mama była fryzjerką, ojciec pracował w stoczni, dziadkowie uprawiali pole. Mój mąż jest cichym, anielskim człowiekiem. Wszyscy się dziwią, jak on ze mną wytrzymuje, bo mnie ciągle nie ma - w tygodniu do pracy, w weekendy do szkoły. Nadrabiam teraz wykształcenie, niedawno zrobiłam licencjat z zarządzania, teraz robię magisterkę z młodzieżą w wieku moich synów i uczestniczę w zajęciach Szkoły Liderów pod Warszawą.

Kiedy dzieci były małe, pracowałam w przedszkolu, ale przedszkole zlikwidowali, a ja zaszłam w ciążę. Chłopcy poszli do szkoły, a my z mężem zaczęliśmy udzielać się w szkole - a to jakieś spotkanie choinkowe, a to festyny. Ludzie wtedy niechętnie działali, po przemianach w kraju pozamykali się w sobie, w swoich domach. Potem festyny przestały mi wystarczać. Turystyka to powszechny u nas sposób zarabiania, choć niestety, tylko przez dwa miesiące w roku. My też z mężem prowadzimy latem gospodarstwo agroturystyczne. Chciałam móc zaproponować coś swoim gościom, kiedy mają już dość leżenia na plaży. Zrobiłam więc stronę internetową Jantaru i zorganizowałam warsztaty na temat walorów naszych okolic.

W 2006 roku koleżanki wmówiły mi, że powinnam wystartować w wyborach samorządowych. Mówiły, że jak się uprę, to nie da się mnie zbyć. Sama uważałam, że się nie nadaję, ale przypomniałam sobie, jak wielokrotnie chodziłam do gminy, pytając, czy możemy coś razem zrobić, i słyszałam: nie. Dlaczego? Bo nie. Dostałam największą ilość głosów, nie prowadząc kampanii wyborczej! Nie wyprodukowałam nawet pół ulotki. Zebrałam tylko 25 koniecznych podpisów pod kandydaturą u znajomych i sąsiadów. Dostałam 126 głosów, miałam 58 głosów przewagi nad innymi! Okazało się, że wszyscy mnie znają. Wystartowałam z PO, ale żaden ze mnie polityk. Wielka polityka nas w małych wioskach nie dotyczy. Ja lubię coś robić, a nie marnować czas na politykowanie.

Tym razem przeprowadziłam kampanię porządnie. Chodziłam od drzwi do drzwi. Ludzie docenili to, że spotykałam się z nimi osobiście, zamiast wysłać ulotkę pocztą jak poprzedni wójt. Pomagał mi nosić te ulotki syn. Wręczył jakiejś pani ulotkę, a ona spytała: 'Ale co to za kobieta?'. A mój syn na to: 'To nie jakaś kobieta, to moja mama!'. Dla wielu to moje zwycięstwo to był taki prztyczek w nos. Mówiono, że gosposia domowa kandyduje na wójta. I trochę w tym było prawdy. W końcu każda z nas jest po trosze gospodynią domową.

Kobiety już sobie tę władzę wywalczają. Dziś jestem pierwszą kobietą wójtem, a w nowej radzie na 15 osób jest siedem kobiet. Bez parytetów mamy niemalże połowę! Przewodniczącą też jest kobieta. Wiadomo, że kobiety są bardziej gospodarne i zorganizowane. Uczymy się tego, prowadząc dom. Jesteśmy też bardziej stonowane. Sami panowie przyznają, że odkąd kobiety weszły do rady, posiedzenia są bardziej merytoryczne. Bo my bardzo szanujemy swój czas. Codziennie odbywam kilka spotkań z mieszkańcami. Ludzie mają mnóstwo pomysłów. Jak przedłużyć sezon turystyczny: organizować zimą na plaży zawody psich zaprzęgów i trasy do nart biegowych. A podczas jesiennych sztormów - ekstremalne połowy bursztynów. Czy to nie fajne?

Robię bilans otwarcia, żeby było wiadomo, od czego zaczynam. Trafiłam na trudną sytuację, bo gmina jest zadłużona - modernizujemy szkoły, robimy kanalizację, spłacamy kredyty po drogach - i kryzys. Problem polega na tym, żeby ludzie zostali u nas na cały rok i tu chcieli inwestować. A kto się chce osiedlać w miejscu, gdzie nie ma pracy? To teren parku krajobrazowego, tu nie ma fabryk ani dużych zakładów pracy. Naszą szansą jest turystyka, agroturystyka i mały rodzinny biznes. Namawiano mnie, żebym startowała do rady powiatu, ale mnie wystarczy nasza gmina. Wydaje mi się, że na większym obszarze rozmywają się najważniejsze rzeczy.

W gminie polityki się nie uprawia

Zobacz więcej na temat:

Podziel się