Każdy portal, radio i gazeta miały u siebie tę informację: 'Solarium groźne jak azbest! Solarium bardziej niebezpieczne od papierosów! Głównym zagrożeniem jest ryzyko pojawienia się raka skóry'.
Smaczny kąsek w sezonie ogórkowym i urlopowym jednocześnie. Wydawałoby się, że już wszystko zostało powiedziane: solaria osądzone, psy powieszone na producentach sztucznego ultrafioletu, zakaz korzystania z solarium dla niepełnoletnich. Społeczeństwo zostało postraszone. Warto jednak wrócić do tematu.
Pod koniec lipca rzeczywiście szacowny i prestiżowy tygodnik medyczny 'Lancet' opublikował raport przygotowany przez Międzynarodową Agencję Badań nad Rakiem. Zbierał on i aktualizował wszystkie substancje i zjawiska, które mają rakotwórczy wpływ na człowieka. Jedna z jego sekcji była poświęcona promieniowaniu, także słonecznemu. Uczestnicy spotkania doszli do wniosku, że w wyniku przedstawionych im badań trzeba włączyć promieniowanie ultrafioletowe (to emitowane zarówno przez słońce, jak i przez solaria) do czynników wywołujących nowotwory u ludzi. Wcześniej było ono w kategorii 'prawdopodobne'. Decyzję opierali na tym, że według badań promieniowanie UV niszczy materiał genetyczny znajdujący się w komórkach skóry, a to prowadzi do mutacji i może przyczynić się do procesu nowotworzenia.
Z naukowego punktu widzenia to żadne odkrycie. Wiadomo, jak UV działa na nasze DNA, co uszkadza, a także w jaki sposób na poziomie genetycznym to robi. Nie jest dla nas obojętne, co więcej, szkodzi - to fakt. Jak ten, że od 50 lat rośnie liczba osób chorujących na nowotwory skóry. Z powodu chorób wywołanych bezpośrednio przez słońce każdego roku na świecie umiera ok. 60 tys. osób. Najwięcej, bo aż 48 tys. tych zgonów jest spowodowanych przez czerniaka złośliwego (w Polsce z powodu tego nowotworu co roku umiera 1,5 tys. osób). Słońce powoduje również: udary, oparzenia, opryszczkę, skrzydlika (trójkątny fałd spojówki w kształcie skrzydełka owada na rogówce oka) i przyczynia się do rozwoju zaćmy. Patrząc z tej perspektywy, powinniśmy bezwzględnie ograniczyć wychodzenie na słońce, bo nas niszczy. Umiar w opalaniu zalecają wszyscy szanujący się dermatolodzy. I mają rację.
Jest i druga strona medalu
Słońce powoduje wytwarzanie w naszym ciele witaminy D - tajemniczego wciąż związku, którego działanie bynajmniej nie ogranicza się tylko do tworzenia zdrowych kości. Maleńkim dzieciom zaleca się podawanie witaminy D w kroplach, żeby nie miały krzywicy. I nie mają. Ale dorosły też potrzebuje witaminy D. Jak twierdzą specjaliści - mamy jej w sobie za mało. Powód? Zbyt rzadko wychodzimy na słońce. Zbyt rzadko wychodzimy na zewnątrz w ogóle. Pracujemy w zamkniętych pomieszczeniach, do których dostajemy się najczęściej samochodami. Słońce łapiemy w przelocie lub na wakacjach. A i wtedy używamy kremów ochronnych. Słońce też bardzo poprawia nastrój, a dobre samopoczucie to także mniejsze ryzyko chorób.
Po co nam witamina D?
Każda komórka organizmu wyposażona jest w receptor witaminy D. Musi być nam ona zatem potrzebna, i to bardzo. Jej niedobór powoduje, że jesteśmy mniej odporni na infekcje, zwiększa się także ryzyko zachorowania na osteoporozę, cukrzycę, nadciśnienie, zawały serca i inne dolegliwości sercowo-naczyniowe, choroby psychiczne i wszelakie odmiany raka. Jak to raka? - zastanawiam się. - Witamina D bierze udział w prawidłowej pracy układu odpornościowego, jeśli mamy jej za mało, organizm nie umie wykryć i zniszczyć powstających w każdym z nas komórek nowotworowych - uważają specjaliści. I odwracają całą sytuację: wzrost zachorowań na raka skóry nie jest wynikiem nadmiernego opalania się, ale właśnie zbyt małej ekspozycji na promieniowanie UV.
Śmiała teoria, jednak mnie nie przekonuje. Przekonuje mnie za to pogląd, że zbyt mało przebywamy na powietrzu. Ile trzeba smażyć się na słońcu, żeby organizm wytworzył ten cudowny związek?
W okresie wiosny i lata należy kilka razy w tygodniu opalać się 15 minut z odkrytymi nogami i ramionami. Tyle właśnie słońca potrzebujemy do życia. Reszta to już tylko marzenia o brązowej opaleniźnie. Brzmi rozsądnie.
A co ze śmiercionośnymi solariami? Zimą i jesienią kilka minut raz w tygodniu. Frakcja witaminowa uważa, że tyle sztucznego słońca jest nam potrzebne, żeby przez cały rok mieć odpowiedni poziom witaminy D. I wilk będzie syty, i owca cała. Znów brzmi to rozsądnie. Solaria same w sobie nie są zabójcze - ryzykowny jest brak umiaru. Jeśli kilka razy w tygodniu skaczemy sobie na półgodzinną 'solarkę', to straty powodowane przez promieniowanie UV dziesięciokrotnie przewyższą wszelkie jego zalety. Ze sztucznych promieni można, a nawet warto sporadycznie korzystać, ale róbmy to z głową. Najgorzej, że aby zagwarantować sobie skórę strzaskaną na mahoń, młode dziewczyny stosują specjalne 'dopalacze', które przyspieszają opalanie. To już nie jest nieostrożność, tylko głupota, która w najlepszym razie skończy się piekącą skórą, w najgorszym - ciężkimi poparzeniami, które trzeba będzie tygodniami leczyć.
I jeszcze jedno ostrzeżenie: uważajmy na leki. Wiele z nich ma silne właściwości fotouczulające. Na szczęście większość jest wydawana na receptę i często stosowana przewlekle. To daje szansę, że lekarz, który je przepisuje, ostrzeże nas przed wystawianiem się na intensywne słońce. Jednak nie zawsze się tak dzieje. Gorzej wygląda sytuacja, gdy lek zażywa się sporadycznie, okazjonalnie. Dlatego najlepiej zawsze przeczytać ulotkę. Jeśli okaże się, że brany przez nas lek powoduje nadwrażliwość na słońce, powinniśmy stosować filtry o maksymalnych wskaźnikach ochronnych UVA i UVB.
To, jak twierdzą dermatolodzy, mniejsze zło niż niedobór witaminy D. I spór zaczyna się na nowo. Zdecydujcie sami.