http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Nie po to kupiłam sukienkę, żeby umrzeć

Alina Mrowińska
21.04.2011 , aktualizacja: 14.04.2011 12:42
A A A Drukuj
Metamorfoza Joanny Lipskiej Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta Metamorfoza Joanny Lipskiej
To tytuł projektu fundacji Rak'n'Roll. Wygraj życie - metamorfozy Moniki Jaruzelskiej
JAGA HUPALO, DAGMARA CHARUBIN , METAMORFOZY DLA KOBIET CHORUJACYCH NA RAKA ZORGANIZOWANE PRZEZ FUNDACJE RAK'N'ROLL .
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
JAGA HUPALO, DAGMARA CHARUBIN , METAMORFOZY DLA KOBIET CHORUJACYCH NA RAKA ZORGANIZOWANE PRZEZ FUNDACJE RAK'N'ROLL .
Metamorfoza Anny Malinowskiej
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Metamorfoza Anny Malinowskiej
Metamorfoza Anny Malinowskiej
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Metamorfoza Anny Malinowskiej
Metamorfoza Dagmary Charubin
Fot. Alina Gajdamowicz / Agencja Gazeta
Metamorfoza Dagmary Charubin
ZOBACZ TAKŻE
Joanna, 39 lat

Sześć lat temu karmię mojego półrocznego Tolka i wyczuwam guzek w lewej piersi. Myślę, że to zalegające mleko. Guzek nie znika, kiedy przestaję karmić. Ale nie mam czasu, żeby się nim zajmować. Tyle się dzieje. Studiuję ogrodnictwo, przeprowadzamy się z Warszawy pod las, niedaleko Olsztyna. Kończymy budować dom. Chcemy trochę wolniej żyć, wychowywać Kostka i Tolka spokojniej. Mamy pięć hektarów ziemi, własny staw, biegają sarny i zające, dziki podchodzą pod okna.

Nie zajmuję się guzem trzy lata! I pewnego dnia widzę, że zaczynają mi 'wyskakiwać' węzły chłonne. Idę do ginekologa, który od razu robi biopsję. Okazuje się, że mój guz to tylko 'naciek tkanki gruczołowej'. Dzwonię do mamy. Mówi, że jest najszczęśliwsza na świecie, że tak bardzo się bała, że mogę mieć raka. Idę do naszej małej winnicy, siadam nad stawem. Spokój i kojąca cisza.

Po trzech miesiącach mam w piersi dużego grejpfruta. Pierwszy raz wstukuję w internet 'rak'. Mam wszelkie możliwe objawy. Przyjeżdżam do Warszawy, do Centrum Onkologii. Jestem zdziwiona - mam raka?!? Guz jest za duży, żeby go operować. Dostanę sześć wlewów chemii. W szpitalu czytam ulotki: 'Rak to nie wyrok'. Świetnie znoszę chemię. Nie wymiotuję, nie czuję zmęczenia. Normalnie żyję. Pracuję w ogrodzie, urządzam dom, uczę się do kolokwiów. Wstydliwie palę papierosy.

Wychodzą mi włosy. Widzę, że starszy syn, sześciolatek, bardzo przeżywa moją chorobę. Panie w przedszkolu mówią mi, że Kostek jest nieobecny, nie potrafi się skupić, wychodzi na długo do toalety. Przy mnie staje się pobudzony, łobuzerski, skacze przez okno. Jakby cały czas chciał zwrócić moją uwagę.

Siedzimy przy stole po śniadaniu. Mówię: 'Moja choroba jest trochę poważniejsza niż grypa, ale lekarze mnie leczą. Dostaję bardzo silne leki i na pewno wyjdę z tego. Nic złego mi się nie stanie'.

Spokojna idę na mastektomię. Jestem pewna, że na tym skończę przygodę z rakiem. Luz. Bez piersi da się żyć, dzieci odkarmiłam.

Dwa tygodnie po operacji robię imprezę. Czerwiec, słońce, ognisko. Stoję roześmiana, podchodzi do mnie kolega, który też choruje na raka: 'Pięknie wyglądasz. Ja też tak się cieszyłem, do pierwszego przerzutu'. To zdanie mnie przeraża, ale tylko przez chwilę. Chodzę na wlewy herceptyny i czuję spokój. Przez rok.

W sierpniu na praktykach ogrodniczych pomagam przenosić żeliwną wannę do roślin wodnych. I nagle czuję, że coś mi się stało w okolicach kości łonowej. Robią mi scyntygrafię kości. Jest przerzut. Proszę o dalsze badania. Kiedy idę na tomografię, piszę na karteczce do pana opisującego badanie, żeby spojrzał na to inaczej. Że po prostu przenosiłam ciężką wannę i coś mi się stało. Całą sobą wierzę, że to tylko zwichnięcie. I mam rację. Kość łonowa była pęknięta. Ale za to w biodrach i miednicy jest przerzut! Jeszcze się łudzę: 'Może to jakaś pozostałość z dzieciństwa, kiedy upadłam?'. Płaczę na kolejnym wlewie herceptyny. Przypominam sobie słowa kolegi, którego już nie ma.

Na badaniu PET wychodzi masakra. Czuję kompletny paraliż, kiedy doktor czyta mi wynik przez telefon. Pierwszy raz pytam lekarza, ile mi zostało. I słyszę, że do dziesięciu lat. To strasznie mało. Płaczę, mąż mnie przytula.

Wieczorem mówię dzieciom, że muszę dalej się leczyć. Chyba robię to nieudolnie, bo wszyscy płaczemy. Chłopcy pytają, czy na tę chorobę się umiera. Mówię: 'Wszystko jest możliwe, ale jeszcze nie teraz. Teraz będę się leczyć, są coraz nowsze lekarstwa. A ja jestem silna i bardzo chcę żyć'. Rzucam palenie.

Kilka miesięcy później idziemy całą rodziną do psychologa. I tam widzę, jak Tolek i Kostek wszystko wyparli. Kiedy mówię, że mam raka, moi chłopcy wykrzykują: 'Jak to, mamo, ty masz raka?!'.

Z tyłu głowy czai się lęk. Prześladują mnie myśli: jak się umiera na tego raka? Dlaczego się umiera, skoro czuję się zdrowo? Pytam lekarza: czy TO może się stać nagle? Boże kochany, chłopcy zobaczą martwą mamę. Lekarz mnie uspokaja. Już wiem, jak się umiera. Siada odporność, po prostu. I nie ma już lekarstwa.

Jadę do Romualda, to bioenergoterapeuta, malarz. Mówi: 'Jest dobrze. Śpij spokojnie. Ja się tym zajmę. Będziesz jeszcze babcią'. Wychwalam dzień, w którym do niego trafiłam. Zmienił moje myślenie o raku. Wsparł i nadal wspiera energetycznie. Uwielbiam go!

Nie mogę jeździć konno, nie mogę tańczyć. Muszę uważać na kości. Tak chciałam robić ludziom ogrody. A teraz noszenie donic staje się niemożliwe. Mąż kilka dni w tygodniu pracuje w Warszawie. Jak jadę na badania albo jak źle się czuję, dzieci nie idą do szkoły. Bo nie ma kto ich zawieźć 25 kilometrów. Nie mogę umrzeć, jeszcze nie teraz. Kto zawiezie chłopców do szkoły?

Chciałabym jeszcze zobaczyć siebie w jakiejś pasji. Zobaczyć siebie kobietą. Znikają moje atrybuty kobiecości. Nie mam piersi, zaraz będę miała wycięte jajniki.

Mąż ostatnio mówi: 'Może chcesz jakiś ciuch? Lepiej się poczujesz'.

Brakuje mi z nim rozmowy o śmierci. Jeśli miałabym odchodzić, to chciałabym spokojnie, pogodzona. Ileż jest we mnie sprzeczności. Myślę o sukience i śmierci.

Dobrze zrobiłam, że przyjechałam na te metamorfozy. Usłyszałam, że mam fajne nogi, ładne oczy, że mam kupić czarną, miękką kredkę. Prawie 40 lat chodziłam w spodniach i trampkach, a tu włożyłam piękną sukienkę i szpilki. Czuję w sobie superwiosnę. Nie nurkuję w raku, nie płynę krytą żabką, tylko głęboko oddycham, na powierzchni. Nie wiem, ile będę żyła, ale niech to będzie takie życie. 'Wyrolluj raka, kup sukienkę' - takie hasło dziś wymyśliłam.

Mail od Asi:

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Skomentuj:

Musisz się zalogować, by dodać komentarz. Jeśli nie posiadasz konta zarejestruj się.

Komentarze (22)

  • ammbrozyjka

    0

    Ania - druga z bohaterek Metamorfoz - zmarła w piątek 02.09. Pogrzeb odbędzie się w piątek 9 września 2011 na Cmentarzu Bródnowskim. Od godziny 12:10 trumna wystawiona będzie w domu pogrzebowym Styks, a o godzinie 12:40 rozpocznie się msza w drewnianym kościółku.
    Ani blog: annaem.blog.onet.pl/

  • Gość: cieleglupie

    0

    zycie nie ma sensu, gdyby nie nadawanie go, kazdy, kto by odkryl te prawde, zabilby sie, lub zwariowal z bezradnosci

  • kameleonjedzacy

    0

    dobrze niech korzysta, ale dopiero teraz? Czy dopiero rak sprawia że otwieramy oczy i nagle objawienie.

    to jedno a drugie wiem że człowiek potrzebuje nadziei i czasami to nadzieja zostaje mu ostatnią deską ratunku od rozpaczy. Nadzieja-najbardziej naturalny odruch, proszę jak najbardziej. Kolejny naturalny odruch to dorabianie teorii do wszystkiego. Jak coś nie ma sensu nadajmy mu owy sens żeby nie było głupio. I to na tym polega. W trudnych momentach ( rak śmierc kogoś bliskiego, wypadek samochodowy) każdy szuka jakiegoś zajęcia i usilnie próbuje znaleźć w nim sens. Kolejny naturalny odruch: Każdy z was bedzie zaprzeczać, pisać że pieprzę. Ok! To jest troche tak jak z najlepszymi koleżankami. Jedną rzucił chłopak , rozpacza, więc reszta koleżanek opowiada jaki z faceta gnojek że glupi i brzydki , że nie jest jej wart, że ona jest piekna inteligentna i cudowna. bowiem do każdej z tych koleżanek nie dochodzi okrutny fakt że i one mogą któregoś dnia być porzucone. Dlatego nagle ich koleżanka to miss universe. Nie będe was przekonywać do moich racjii bo to jest bez sensu. Będziecie zawsze zaprzeczać.

    pozdrawiam kameleon

  • Gość: bez pojecia

    0

    wiecej niz ojcu
    gdyby byly umierajace, ta metamofroza nie bylaby fizycznie mozliwa, zastanow sie co piszesz i czasami lepiej schowac palce w dupie, niz napisac slowa glupie

  • Gość: bez pojecia

    0

    wiecej niz ojcu
    gdyby byly umierajace, ta metamofroza nie bylaby fizycznie mozliwa, zastanow sie co piszesz i czasami lepiej schowac palce w dupie, niz napisac slowa glupie

  • Gość: bez pojecia

    0

    Pieprzysz dalej, człowieku one nie umieraja! One walcza z choroba, nie beda sie klasc w pizamie do lozka, nikt umierajacy nie mialby na to sily, chyba nigdy nie miales doczynienia stricte z rakiem i innymi chorobami, takie podejscie daje milion razy wieksza szanse niz zdolowanie sie, przyklad moich rodzicow, ojciec ktory walczyl i ktoremu dawano kilka ms zycia przezyl z choroba 16 lat, mama ktora sie zalamala a dawali jej wiecej niz ojcowi, zmarla w kilka ms, zastanow sie co piszesz! Mam wrazenie ze w ogole nie pojmujesz idei tych metamorfoz, wszystko ma sens, a juz podwosjny w czasie chorowania, czlowiek zagrozony powinien wykorzystac jak najlepiej swoje dni, sama chcialabym przejsc taka metamorfoze!

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX