Tak naprawdę miał na imię Lee. Niektórzy dowiedzieli się o tym dopiero 11 lutego, gdy światowe media obiegła wiadomość, że Lee McQueen - projektant mody, twórca i współwłaściciel marki Alexander McQueen - nie żyje. Został znaleziony w swoim mieszkaniu w eleganckiej londyńskiej dzielnicy Mayfair. Popełnił samobójstwo.
Wstrząs, ale nie zaskoczenie To miał być zwykły poranek. Może trochę mroźniejszy, ale zima w tym roku, jak na
Londyn, jest wyjątkowo surowa. Około godz. 10 gosposia weszła do
mieszkania McQueena w starym sześciopiętrowym ceglanym budynku, a potem wszystko było już jak w kiepskim filmie: wyjąca karetka i lekarz, który mówi, że nic nie może zrobić,
policja, która zabezpiecza ślady, blondyn, prawdopodobnie nowy chłopak Lee, który płacze przed drzwiami budynku, i przypadkowi przechodnie, którzy wiedzą już, że coś się stało. Kilka godzin później przed firmowym sklepem Alexandra McQueena przy Old Bond Street w centrum miasta zaczęły pojawiać się kwiaty, a w mediach - głosy ze świata mody, oświadczenia przyjaciół i współpracowników projektanta. Mówiono o ogromnej stracie (Anna Wintour) i pustce, jaką po sobie zostawił (Dolce & Gabbana). Wspominano jego 'bezgraniczny talent' (Naomi Campbell) albo nazywano geniuszem (projektantka Katherine Hamnett). Jego odejście dla wielu było wstrząsem (Kate Moss) i szokiem (projektant Matthew Williamson). Ale, jak trzeźwo zauważył 'The Times', o ile samobójcza śmierć zaledwie 40-letniego projektanta była szokująca, o tyle - przynajmniej dla tych, którzy go znali - nie do końca zaskakująca. Bo Lee zawsze był trudny, często nieobliczalny, a ostatnio także nieszczęśliwy.
Chuligan angielskiej mody Że dzieje się coś złego, można było wyczuć już dwa tygodnie wcześniej. Lee spotkał się z fotografem, żeby omówić plany sesji do kampanii najnowszej kolekcji. 'W trakcie rozmowy McQueen powiedział, że nie jest już zainteresowany modą, że jej nienawidzi i ma serdecznie dość' - relacjonuje 'The Times'. Mniej więcej w tym samym czasie Lee pisał w Twitterze: 'Z piekła do nieba i z powrotem. Życie jest zabawne. Czasem piękno pochodzi z najdziwniejszych i najbardziej odrażających miejsc'. Czy takie rzeczy pisze ktoś szczęśliwy? Pewnie nie. Ale Lee rzadko zachowywał się jak inni i mówił to, co ktoś powiedziałby na jego miejscu. W szkole krawieckiej na materiale przeznaczonym na garnitur księcia Karola napisał kredą: 'Jestem cipką'.
Gdy kilka lat później zaczął pracować w paryskim domu mody Givenchy, natychmiast zdyskredytował dokonania jego założyciela, czym zraził do siebie pracodawców i współpracowników. Kpił z Madonny i Cherie Blair, a gazetom opowiadał, że będzie szczęśliwy, jeśli po jego pokazach publiczność będzie wymiotować.
Dzięki takim wypowiedziom szybko zyskał przydomek l'enfant terrible albo chuligana angielskiej mody. Do tego klął jak szewc, mówił niegramatycznie i nigdy się nie pozbył zdradzającego robotnicze pochodzenie akcentu. Przyjaciele bronili go, mówiąc, że szorstkim sposobem bycia maskuje wrażliwość, a agresja jest jego sposobem na kompleksy. Bo choć teoretycznie był dumny z dzieciństwa w East Endzie, wpadał w furię, gdy jego słabości wychodziły na jaw. Wystarczył byle pretekst - jak uwagi kelnera, który pewnego razu dał mu do zrozumienia, że projektant nie zna się na winach. Oficjalnie hardy i stroniący od blichtru był łasy na dowody uznania. Podczas dekoracji Orderem Imperium Brytyjskiego nawiązał kontakt wzrokowy z królową. - To było jak moment zakochania - powiedział później matce. Do prawdziwego zakochiwania się nie miał jednak szczęścia. W 2000 r. podczas ekstrawaganckiej ceremonii na jachcie u wybrzeży Ibizy wszedł w związek cywilny z filmowcem George'em Forsythem. Znajomość przetrwała tylko rok. Kolejny romans zerwał z dnia na dzień. "Po powrocie z Indii wszedłem do biura mojego chłopaka i powiedziałem, że to koniec" - wyznawał potem w wywiadach. Nigdy nie wyjaśnił, dlaczego tak postąpił. Ostatnio spotykał się z gwiazdorem porno, którego tożsamość ukrywał. Nazywał go branżowym pseudonimem 'The Stag' (Rogacz).
Lepiej niż jako partner sprawdzał się jako przyjaciel. Gdy w roku 2005 Kate Moss przyłapana na braniu narkotyków popadła w niełaskę świata mody i zaczęła tracić kontrakty z firmami odzieżowymi, McQueen stanął w jej obronie i na zakończenie pokazu wyszedł na wybieg w koszulce z napisem 'We love you Kate'. Swoją drogą sam Lee znany był z tego, że na imprezie potrafi zjawić się ze sporym zapasem używek. Lata przetrwała jego przyjaźń z Isabellą Blow - stylistką, która odkryła go i wypromowała. Jednak i ta znajomość zakończyła się tragicznie. W 2007 r. Blow popełniła samobójstwo, gdy zdiagnozowano u niej raka jajników. Czuły i kochający Lee był tylko dla matki. Gdy w 2004 r. przeprowadzała z nim wywiad dla 'Guardiana', na pytanie, z czego jest najbardziej dumny, odpowiedział: 'Z ciebie'. 'Czego najbardziej się boisz?' - spytała matka. 'Tego, że umrę przed tobą' - odpowiedział. Tydzień po jej śmierci popełnił samobójstwo.
Różowa owca rodziny Joyce McQueen, nauczycielka, urodziła swoje szóste i najmłodsze dziecko 15 marca 1969 r. Chłopak dostał na imię Lee Alexander. To właśnie pod tym drugim imieniem będzie później znany. O ojcu McQueen opowiadał niechętnie i niewiele. Ronald był taksówkarzem i - najwyraźniej - tyranem, a mały Lee nieraz widział, jak jego starsze siostry dostają w skórę. Na pocieszenie dobierał się potem do ich szaf i przygotowywał im ciekawe zestawy ubrań. Zawsze wolał rysować, niż grać w piłkę, był samotnikiem. Gdy miał sześć lat, odkrył, że jest gejem, ale dopiero 12 lat później powiedział o tym rodzicom. Nie przyjęli wiadomości z entuzjazmem, ale po jakimś czasie to zaakceptowali. 'Byłem różową owcą rodziny' - będzie później żartował. Rodzina żyła w mieszkaniu socjalnym w bloku w robotniczej dzielnicy Londynu - Stratford. Lee nie był dobrym uczniem. W wieku 16 lat rzucił szkołę; maturę zdał tylko z jednego przedmiotu - plastyki.
Swoje powołanie odkrył, siedząc przed telewizorem. Pewnego dnia zobaczył program o malejącym zainteresowaniu młodzieży krawiectwem. Od tej chwili wiedział już, co chce robić w życiu. Dostał się na praktyki do jednego z zakładów przy Savile Row, londyńskiej ulicy skupiającej krawców szyjących ekskluzywne ubrania na miarę. Wśród klientów zakładu byli książę Karol i Michaił Gorbaczow. Potem wyjechał uczyć się krawiectwa w Mediolanie i Japonii, a gdy wrócił do Londynu, złożył podanie o pracę nauczyciela kroju w słynnym Central Saint Martins College of Art and Design. Jego portfolio zrobiło tak duże wrażenie, że dyrekcja namówiła go do ubiegania się o przyjęcie na
studia dla projektantów. W 1995 r. zrobił dyplom i wtedy w jego życiu pojawiła się Isabella Blow - arystokratka, stylistka związana z brytyjską edycją 'Vogue'a'. Zachwycona dyplomowymi projektami McQueena wykupiła całą kolekcję, a potem namówiła Lee do używania (przynajmniej w interesach) drugiego imienia i zaczęła go promować. Skutecznie. Rok później, jako zaledwie 26-latek, Alexander McQueen został następcą Johna Galliano i głównym projektantem paryskiego domu mody Givenchy. Jego pierwsze kolekcje (podobnie jak wypowiedzi) nie były udane, a sam projektant będzie je potem wspominał jako 'dziadostwo'. Nigdy nie polubił Paryża i po pięciu latach z radością wrócił do Londynu, wyjaśniając, że w Givenchy tłumiono jego kreatywność. Jednak wbrew tym słowom dał się wówczas poznać jako oryginalny projektant i autor niezwykłych pokazów.
Po powrocie z Paryża sprzedał 51 proc. udziałów w swej firmie rywalowi Givenchy - Gucciemu - gwarantując sobie jednocześnie pełną swobodę twórczą jako dyrektor. Do 2003 r. czterokrotnie został uznany za najlepszego brytyjskiego projektanta roku. Przed czterdziestką miał na koncie współpracę z MAC i Pumą, butiki w Londynie, Nowym Jorku, Mediolanie, Las Vegas i Los Angeles, a wśród fanek: Rihannę, Cameron Diaz, Sarę Jessicę Parker i Lady Gagę, która w kosmicznych strojach projektanta występowała w teledyskach. Do jednego z nich założyła nawet buty Armadillo, których, jak przewidywała prasa, miała nie odważyć się nosić żadna
kobieta. Gaga podobnie jak McQueen nieustannie budząca kontrowersje oczywiście to zrobiła.
Znać i łamać reguły Alexander McQueen szokował właściwie od początku. Pierwszy raz na wielką skalę zrobił to, pokazując kolekcję na zimę 1996/97. Stroje były inspirowane gotykiem i epoką wiktoriańską, a modelki przyozdobił krzyżami, maskami i wielkimi rogami przyczepionymi do czoła. Potem było już tylko ciekawiej. Także pod względem lokalizacji. McQueena nie bawiły konwencjonalne przestrzenie. Pokazy organizował w opuszczonych fabrykach albo w starych szkołach. Jak np. ten zainspirowany filmami Hitchcocka - 'Ptaki' i 'Zawrót głowy'. Widzów przywitał wówczas pusty wybieg i niepokojący dźwięk obcasów stukających o chodnik. Podczas pokazu 'Conciergerie w Paryżu' zamienił z kolei wybieg w ponury loch, a na środku stanęła zakapturzona postać w fioletowym płaszczu w asyście wilków. Podczas jednego z londyńskich pokazów modelki poruszały się wewnątrz gigantycznego akwarium zbudowanego z luster weneckich - widziały tylko swoje odbicia, ale publiczność mogła je obserwować. Podczas innego prezentowały się na ogromnej szachownicy.
Bywało, że zachwycał, jak choćby wtedy gdy na koniec jednego z pokazów objawił się hologram Kate Moss - trójwymiarowa projekcja postaci modelki. Bywało, że intrygował, jak wtedy gdy do prezentacji kolekcji zatrudnił Aimee Mullins - modelkę i sportsmenkę po amputacji obu nóg, która po wybiegu poruszała się na pięknie rzeźbionych drewnianych protezach. Albo gdy na zakończenie pokazu białe sukienki modelek spryskał kolorowymi farbami.
Bywało wreszcie, że oburzał, choćby tytułując jeden z pokazów 'Szkocki gwałt' i ubierając modelki w podarte sukienki.
Tych, których stać było na ubrania firmowane przez McQueena, zaskakiwało zupełnie co innego - ich dobre kroje i świetne wykończenie. Klientki podkreślały, że 'normalne' ubrania od McQueena nadają kształt ich biodrom, linię ramionom, a talii - smukłość. Kolekcje komercyjne były dowodem, że McQueen jest nie tylko projektantem wizjonerem, ale także - co tu dużo mówić - świetnym krawcem z wieloletnią praktyką. - Musisz znać reguły, żeby móc je potem łamać - wyjaśniał.
McQueenowi zawdzięczamy także 'bumstery' - dżinsy opuszczone do połowy pośladków. Ulica szybko podchwyciła pomysł z wybiegów (w nieco mniej radykalnej wersji) i dżinsy na ponad dekadę ześlizgnęły się z talii w okolice kości łonowej.
Te nisko opuszczone spodnie i niezwykłe pokazy już zagwarantowały mu miejsce w historii mody. Ale czy należy o tym pisać? Lee pewnie wyśmiałby taką opinię, podkreślając swój dystans do świata mody. Tak jak w rozmowie z redaktorem magazynu 'GQ', który podczas wywiadu stwierdził, że McQueen wiedzie wytworne życie. - Wytworne? - odparł Lee. - Mam na sobie stare skarpetki. Kupiłem je w sklepie sportowym, myśląc, że jest na nich napisane 'Nike', a okazało się, że to 'Hike'! Kupiłem parę podrabianych skarpetek.