http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Marzy nam się teatr

Dorota Frontczak
18.08.2011 , aktualizacja: 10.08.2011 13:39
A A A Drukuj
Dzieci z rodzinnego domu dziecka Uli i Wojtka Milczarków pozują do zdjęć w teatrze lalkowym Baj
'Wielkomilud'
Wiktoria:
Opaska, buty, H&M, 49,90 zł.
Bluzka, spódnica, 
OKAIDI, 59 zł, 78 zł.
Pasek, ZARA, 19,90 zł
<br>
Mateusz:
Czapka, mucha, 
49,90 zł, 19,90 zł.
Koszula, kurtka, trampki, 
69 zł, 109 zł, 139 zł.
Spodenki, ZARA, 80 zł
Fot. JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA, styl. KATARZYNA ŁASZCZ
'Wielkomilud' Wiktoria: Opaska, buty, H&M, 49,90 zł. Bluzka, spódnica, OKAIDI, 59 zł, 78 zł. Pasek, ZARA, 19,90 zł
Mateusz: Czapka, mucha, 49,90 zł, 19,90 zł. Koszula, kurtka, trampki, 69 zł, 109 zł, 139 zł. Spodenki, ZARA, 80 zł
'Świat Garmanna'
Od lewej: 
Magda i Patrycja:
Bluzka, spodenki, torebka, 
ZARA, 69,90 zł, 79,90 zł, 59 zł.
Pasek, WÓJCIK, 49,90 zł.
Baletki, H&M, 39 zł
Fot. JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA, styl. KATARZYNA ŁASZCZ
'Świat Garmanna' Od lewej: Magda i Patrycja: Bluzka, spodenki, torebka, ZARA, 69,90 zł, 79,90 zł, 59 zł. Pasek, WÓJCIK, 49,90 zł. Baletki, H&M, 39 zł
'Szałaputki'
Kasia (po lewej):
Kapelusz, MARTA RUTA, 180 zł.
Bluzka, OKAIDI, 79,90 zł
Spódnica, ZARA, 59,90 zł.
Buty, H&M, 49,90 zł.
<br>
Patrycja:
Kapelusz, kombinezon, 
OKAIDI, 49,90 zł. 
Szal, ZARA, 19,90 zł.
Buty, H&M, 49,90 zł
Fot. JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA, styl. KATARZYNA ŁASZCZ
'Szałaputki' Kasia (po lewej): Kapelusz, MARTA RUTA, 180 zł. Bluzka, OKAIDI, 79,90 zł Spódnica, ZARA, 59,90 zł. Buty, H&M, 49,90 zł.
Patrycja: Kapelusz, kombinezon, OKAIDI, 49,90 zł. Szal, ZARA, 19,90 zł. Buty, H&M, 49,90 zł
'Prawdziwe - nieprawdziwe'
Paweł:
Kapelusz, OKAIDI, 80 zł.
Kamizelka, koszula, ZARA, 89,90 zł, 99 zł.
Spodnie, H&M, 89 zł
Fot. JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA, styl. KATARZYNA ŁASZCZ
'Prawdziwe - nieprawdziwe' Paweł: Kapelusz, OKAIDI, 80 zł. Kamizelka, koszula, ZARA, 89,90 zł, 99 zł. Spodnie, H&M, 89 zł
RAPORTY
Ula i Wojtek Milczarkowie są rodziną zastępczą od 11 lat. Obecnie mieszka z nimi piątka przyjętych dzieci. Mają też własnego syna - 18-letniego Adama. Mieszkają 24 km do Warszawy w dużym domu w lesie. - Myśl, żeby zaopiekować się osieroconym dzieckiem, pojawiła się wcześnie - wspomina Ula. - Długo nie mogłam zajść w ciążę i myślałam o adopcji. W końcu urodził się Adam, ale pragnienie, by rodzina była większa, zostało. Pierwszy zjawił się u nich romski chłopiec Paweł. Okazało się, że ma kłopoty w szkole, ADHD, i Ula zrezygnowała z dotychczasowej pracy. Zrobiła kurs na rodzinę zastępczą. A potem zamarzył jej się rodzinny dom dziecka.

Ula wylicza: - Bo w rodzinie zastępczej można mieć najwyżej szóstkę dzieci, a my chcieliśmy ósemkę. Bo rodzinne domy dziecka są lepiej finansowane - powiat zwraca koszty remontów, można też zatrudnić kogoś do pomocy, a wtedy ma się więcej czasu dla dzieci, można brać udział w konkursach dla rodzinnych domów dziecka. Jest łatwiej.

Trzy lata temu urzędnicy wydali zgodę i odtąd Ula jest dyrektorem rodzinnego domu dziecka, a jej mąż Wojtek - wychowawcą. Pomaga pani Janeczka. Wcześniej też pomagała, ale Milczarkowie płacili jej sami. Teraz zatrudnia ją rodzinny dom dziecka, czyli powiat. Zgodnie z przepisami w rodzinnej placówce powinno być ośmioro dzieci. Ale kilka tygodni temu trzy siostry - Kasia (6 lat), Magda (8 lat) i Patrycja (10 lat) - zamieszkały ze swoją babcią i u Milczarków jest wakat.

- Mamy chwilę na oddech, ale wkrótce pojawią się nowe dzieci. - mówi Ula. I wzdycha: - Te zmiany są trudne, bardzo przeżywamy odejście dziewczynek. Były z nami przez trzy lata.

Rozmawiamy w kuchni, wokół kręcą się dzieciaki. Mateusz wydaje komendę: 'Idziemy pływać!', i wszyscy biegną przebrać się w kostiumy. W ogrodzie stoi wielki dmuchany basen. Mija pół godziny i mokre dzieci stają w drzwiach, a wokół nich rosną kałuże. Teraz pomysł rzuca Patrycja: 'Chodźcie na wrotki!', i zaraz cała ferajna już wytarta i przebrana siedzi na schodach i wiąże sznurówki. Z ogrodu dochodzą ich radosne pokrzykiwania.

Patrycja (nazywana w domu Pati) jest u Milczarków, odkąd skończyła pół roku. Dziś ma pięć lat. - To taka nasza córcia - mówi Ula. W wieku Pati jest też Ania, romska dziewczynka, która trafiła do Milczarków trzy lata temu z domu małego dziecka przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. - Nie wiadomo, czyje to dziecko - mówi Ula. - Została odebrana handlarzom żywym towarem. Miała żebrać. Paweł bardzo się ucieszył, gdy dowiedział się, że weźmiemy Anię. Chciał mieć siostrę, która będzie do niego podobna. Paweł ma 14 lat. Kiedy rozmawiamy, on akurat asystuje panom budowlańcom, którzy z boku domu wylewają taras. Drobniutka szatynka z grzywką to Wiktoria. Jest w rodzinie Uli i Wojtka od roku. Gdy przyszła, miała pięć lat i ważyła 11 kg. Jej rodzice nie radzą sobie z jej wychowaniem. Wiktoria mówi 'mamo' do Uli. Mateusz ma osiem lat. Dwaj jego starsi bracia są w domu dziecka. Ma słaby wzrok (-8 dioptrii), ale nosi okulary dopiero od roku, kiedy Milczarkowie wpadli na to, że jego szkolne kłopoty z pisaniem i czytaniem mogą się wiązać z wadą wzroku.

Dzieci wróciły z wrotek i zasiadają z dorosłymi przy kuchennym stole. Koniec poważnych rozmów. Pytam zatem, jak spędzają wakacje. Mateusz: - Mieliśmy jechać nad morze, ale padało. Byliśmy za to wczoraj wszyscy razem w kinie na 'Epoce lodowcowej'. Wojtek Milczarek dopowiada: - To kino ma promocję dla rodzinnych domów dziecka i wpuściło dzieci za darmo. W Koalicji na rzecz Rodzicielstwa Zastępczego wymieniamy się z innymi rodzinami zastępczymi informacjami o takich promocjach.

Tydzień temu Wojtek wpadł na pomysł, by zabrać dzieci do term w Mszczonowie. Z głupia frant zadzwonił i spytał, czy nie daliby zniżki. I okazało się, że tak - zamiast 200 zł zapłacili za trzygodzinny pobyt 32 zł. Ula podkreśla, że kłopotem nie są nawet ceny biletów - bo instytucje kulturalne są zwykle życzliwe rodzinnym domom dziecka - kłopot jest z transportem. - Nas w sumie bywa 11 osób - tłumaczy. - I kiedy jedziemy dwoma autami, ktoś musi zostać w domu. A jeszcze płacimy podwójnie za benzynę, podwójnie za parkomat. I ta logistyka... My do Warszawy mamy jednak spory kawałek.

Do kina pojechali busem pożyczonym z pobliskiego domu pomocy społecznej, ale to w drodze wyjątku - zwykle jeżdżą nim pensjonariusze na badania i rehabilitację. - Czasem zazdroszczę rodzinnym domom dziecka z Warszawy, że dostają od Centrum Pomocy Rodzinie busa, mają wolontariuszy - mówi Ula. - Nam też przydałby się ktoś, kto by się z dziećmi pobawił, pomógł odrabiać lekcje, zabrał je gdzieś. Oczywiście najlepiej, gdyby miał busa i mógł nas zabrać np. do teatru. Marzy nam się teatr. Tu na wieś przyjeżdża czasem teatr objazdowy, ale nie ma tej atmosfery, tego zapachu...

- Podobało wam się w teatrze? - pytam dzieci. Kilka tygodni wcześniej wystąpiły w sesji zdjęciowej z aktorami i kukiełkami teatru lalkowego Baj z warszawskiej Pragi (zdjęcia obok).

Wiktoria: - Tak. Najbardziej ta kokarda, którą miałam we włosach. Pati: - A mnie najbardziej się podobało malowanie buzi. Mateusz: - A mnie aktorzy. To była świetna zabawa!

Dzieci na pewno by tam chętnie wróciły. Tylko kto je zawiezie?

Zobacz więcej na temat:

Podziel się