http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Identyczni

Urszula Jabłońska
27.07.2009 , aktualizacja: 23.07.2009 19:36
A A A Drukuj
Być jak Elvis, jak Abba, jak Doda. Być jak Michael Jackson
Majkel Dżekson z Warszawy
zdjęcia Monika Bereżecka, Monika Redzisz/Zorka Project
Majkel Dżekson z Warszawy
Elvis z Tarnobrzega
zdjęcia Monika Bereżecka, Monika Redzisz/Zorka Project
Elvis z Tarnobrzega
Dżaga z Ciechanowa
zdjęcia Monika Bereżecka, Monika Redzisz/Zorka Project
Dżaga z Ciechanowa
ZOBACZ TAKŻE
GALERIA ZDJĘĆ
Elvis z Tarnobrzega

Elvis umarł w roku '77, a ja się urodziłem w '78. Tak samo jak ja był nieśmiały i wrażliwy, ludzie na początku też się z niego śmiali. Też pochodził z biednej rodziny. Czuję się, jakbym znał tę osobę. Elvisi amerykańscy mają tak samo. Może to dotyka tylko wybranych, którzy potem stają się Elvisami? Muzykalny byłem od dziecka, uczyłem się grać na fortepianie, chociaż do szkoły muzycznej mnie nie przyjęli, bo na egzaminie wstydziłem się zaśpiewać. Jak miałem 12 lat, po raz pierwszy usłyszałem piosenki Presleya. Nie wiem nawet, co mi się spodobało, ale na tym polega fenomen Elvisa. To jest charyzma. Zacząłem kupować kasety, chociaż trudno było je dostać. Nie miałem wtedy dostępu do filmów ani książek, ale potem, gdy się z nimi zapoznałem, potwierdzało się wszystko, co sobie myślałem o Elvisie. Zacząłem śpiewać razem z nim, chociaż nie rozumiałem słów. Zapisywałem je fonetycznie. Trwało to kilka lat, zanim mój głos zaczął brzmieć jak głos Elvisa. Próbowałem także się ubierać w stylu lat 60., wyszukiwać podobne koszule. Dzieci w szkole odnosiły się do mnie z lekką pogardą, zresztą to trwa do dzisiaj.

Kiedy skończyłem liceum, zapomniałem o Elvisie. Zaczął się okres, kiedy nic nie robiłem. To był trudny czas, mój brat zmarł dziwną śmiercią. Zamknąłem się w domu i zacząłem tworzyć swoją muzykę country blues. Miałem dobre pomysły na melodie. Teksty pisałem po angielsku, bo łatwiej mi było wyrażać emocje. Marzyłem, żeby wydać płytę, żeby coś zostało po mnie. Dzwoniłem do wytwórni, ale nie było żadnego zainteresowania. Teraz piosenki leżą w szufladzie. Zrozumiałem, że dobra melodia jest nieważna, trzeba ją odpowiednio pokazać przez aranż, nagranie w dobrym studiu, a na to trzeba mieć muzyków, pieniądze.

Wyjechałem do Australii, żeby się nauczyć języka. Namówili mnie koledzy, pojechaliśmy we trójkę. Zostałem tam rok i uczyłem się życia. Po raz pierwszy poszedłem do pracy, myłem naczynia w knajpach, malowałem pokoje. Próbowałem grać na ulicy na gitarze, zostawiałem w knajpach wizytówki, spotykałem się na jam session z miejscowymi muzykami, ale miałem na to mało czasu. Myślałem, żeby tam zostać na stałe, ale trudno było pogodzić szkołę językową z pracą. Nie wytrzymałem finansowo. Teraz myślę, że mój błąd polegał na tym, że nie kreowałem się tam na Elvisa.

Wróciłem do Polski i bardzo mi brakowało koncertowania. Postanowiłem założyć zespół i grać bluesa czy country, ale był z tym kłopot. Ludzi nie interesuje granie dla idei. Postanowiłem sam koncertować z gitarą w pubach w kapeluszu jako kowboj. Śpiewałem kilka swoich utworów, reszta to były covery. Wpadłem na pomysł, żeby przebierać się za Elvisa. Miałem gotowe podkłady muzyczne, kupiłem taki śmieszny strój ze Stanów. Ludzie dużo lepiej reagowali na tego Elvisa niż na mnie. Od razu zaczynali szaleć i tańczyć. Chociaż najbardziej lubię występować w stylu lat 70. - ballady, piosenki sentymentalne. Ciągnie mnie do muzyki smutnej, są w tym głębsze emocje. Gospel 'How Great Thou Art.' i 'Bridge Over Troubled Water' to moje ulubione piosenki. Ludzie ich dzisiaj nie znają.

Wyszedłem z założenia, że jeżeli nikt mnie nie chce promować, założę własną firmę, żeby zaistnieć na rynku. Agencja Elvi-Show powstała dwa lata temu, pieniądze na nią pozyskałem ze środków unijnych. Występuję sam, ale promuję też innych sobowtórów oraz Elvisów z zagranicy. Lepszy okres jest w październiku, kiedy firmy robią różne imprezy. Wtedy da się z tego wyżyć. Miałem kiedyś kilka koncertów z rzędu, zrobiłem sobie taką tygodniówkę, i nie dziwię się już, że Elvis brał prochy pobudzające czy rozluźniające. On nie miał słabej psychiki, tylko występował non stop, a tego nikt by nie przeżył. Menedżer go wykończył. Nie chciałbym być gwiazdą, wykreowanym artystą na najwyższym szczeblu. Najważniejsze w życiu jest, żeby człowiek poczuł się szczęśliwy: dom, rodzina, grono przyjaciół. A ja mam tylko jednego przyjaciela w Krakowie. Przez 31 lat w Tarnobrzegu nikogo nie poznałem. Mam kilku kumpli za szkoły, ale to nie są przyjaźnie. Mieszkam z mamą. Kiedyś śpiewała w chórze. To po niej odziedziczyłem talent muzyczny.

Abba ze Szczecina

Björn i Frida, małżeństwo: - Abba jest jak Chopin albo Mozart. Jest i będzie legendą. Niektóre piosenki da się zagrać lepiej niż w oryginale, a z Abbą to się nikomu nie udało. Żeby brało za serce, musi być zagrane identycznie, tu nie ma miejsca na inwencję. Od przedszkola występujemy na scenie. Jak był modny rock, to graliśmy rock, potem było techno modne, to graliśmy techno. Zaczęło się dziesięć lat temu, kiedy występowaliśmy w coverbandzie i wprowadziliśmy do repertuaru kilka piosenek Abby. Okazało się, że odbiór jest bardzo dobry. Założyliśmy własną Abbę. Zauważyliśmy, że im bardziej podrabiamy oryginał, tym jest lepiej. Postanowiliśmy, że będziemy identyczni. Szukaliśmy materiałów z koncertami, żeby zobaczyć, jaką mają choreografię, słuchaliśmy, jak się do siebie zwracają na scenie. Zaczęliśmy ściągać. Teraz wiemy o nich wszystko, gramy prawie cały repertuar. Nasze stroje są dokładnymi odwzorowaniami ich strojów. Szyjemy je na zamówienie. Kiedyś Frida sama szyła, ale teraz nie ma czasu, więc tylko ozdabia. Krawcowe nie czują klimatu sceny, nie wiedzą, że musi być brokat, przesada. Buty przywozimy z zagranicy. Kosztują majątek.

Tadeusz grał na gitarze, więc został Björnem, a dziewczyna, która z nami wtedy występowała, była blondynką, więc została Agnethą. Potem Agnetha i Benny się wymieniali, bo muzycy mieli dosyć życia w trasie. Agnetha jest z nami od trzech lat, Benny od półtora roku. Robimy iluzję, że jesteśmy prawdziwą Abbą. Często prowadzimy koncerty po angielsku, kiedy jest dużo obcokrajowców. Ludzie przychodzą po autografy, zdjęcia i mówią: 'Ja was od 30 lat słucham i wciąż jesteście tacy sami'. Jesteśmy trochę sławni, nie z siebie, tylko z Abby. Taka sława drugiego stopnia. Podpisujemy się imionami członków Abby. Ludzie chcą takiej iluzji. Raz fani wpadli po koncercie do garderoby, a my mieliśmy pozdejmowane peruki. Krzyczeli: 'To pani nie ma blond włosów?! To jest złe!'. Zastanawiamy się, czy organizatorzy nie sprzedają nas czasem jako oryginalnej Abby.

Od czterech lat gramy 200 koncertów w roku. Po filmie 'Mamma mia' jest taki szał, że moglibyśmy zrobić drugi skład i też by jeździł. Od poniedziałku do czwartku jesteśmy w domu. W piątek wsiadamy do samochodu i wyjeżdżamy. Jesteśmy małżeństwem od 15 lat. Na co dzień prowadzimy dom i agencję reklamową, ale w 90 procentach zajmujemy się Abbą. Gramy razem, więc nie przeżywamy rozłąki. Tylko dzieci od małego zawsze w weekendy są z babcią, nawet w wakacje. Czerpiemy wzorce z zagranicy. Byliśmy na koncercie Abby niemiecko-angielskiej. Przyszło kilkanaście tysięcy osób i każdy zapłacił po 180 euro. Ludzie byli poprzebierani w kostiumy Abby, mieli zimne ognie, znali piosenki na pamięć. Zespół w ogóle nie mówił do ludzi. W Polsce trzeba rozruszać publiczność, kazać im śpiewać, tańczyć.

Teraz jest taka nowa Abba z Rosji, robią wielki show, kilka ton sprzętu z nimi jeździ. Mamy kontakt mailowy. W sumie byliśmy na koncertach czterech takich zespołów. Ale nie mamy kompleksów. Tylko jak graliśmy w Szwecji, to był stres, ale Szwedzi pokochali nas chyba bardziej niż oryginał. Prawdziwej Abby nie spotkaliśmy. Boimy się takiego spotkania. Twierdzą, że lubią, jak ich ktoś naśladuje, w końcu pomagamy im tworzyć legendę, jesteśmy jakby ich przedstawicielem na rynku polskim. Mamy plan, żeby się spotkać i zapytać, co o nas myślą, ale jest to trudne. Pewnie dostają miliony takich e-maili. Utożsamiliśmy się z Abbą. Jak ktoś Fridę woła po imieniu: 'Kasia!', to ona nawet nie reaguje. Charaktery też mamy podobne. Agnetha i Benny są spokojni, Frida - ostra, Björn - żywiołowy. Może to na zasadzie: 'Z kim przestajesz, tym się stajesz'? Tylko Björn powinien się ożenić z Agnethą, nie z Fridą, ale wyszło inaczej. Może za dziesięć lat będziemy już całkiem wyglądali jak Abba i przejdziemy na szwedzki?

Majkel Dżekson z Warszawy

Michael jest kopalnią sztuki. Troszkę się śmieję, choć może nie powinnam, że po jego śmierci w końcu go dogonię w tańcu i choreografii. Zawsze miałam ten problem - wydawał album, kręcił teledyski, pojawiały się nowe kroki i zanim się tego nauczyłam, on dawał koncert, pokazywał nowe triki i zostawiał mnie z opadniętą szczęką. Jest wiele materiałów, których jeszcze nie widziałam, i dużo przede mną nauki. Tylko że największym marzeniem, jakie w życiu miałam, było poznać Michaela Jacksona. Pójść z nim na lody, pogadać o życiu i Myszce Miki. Byłam blisko niego kilkanaście razy, wyczekiwałam pod hotelami, w Londynie posłał mi całusa ze sceny, kiedy stałam pod barierką z polską flagą, ale nigdy z nim nie rozmawiałam. A wiem, że był otwarty na fanów, zapraszał ich do hotelu, robił sobie z nimi zdjęcia. Póki żył, była jeszcze nadzieja, teraz się skończyła.

Ludzie, którzy mnie nie znają, myślą, że mam schizofrenię albo że nie akceptuję siebie i myślę, że jestem Jacksonem. A ja nigdy nie chciałam się nim stać, po prostu jestem fanką. Ale to samo spotykało Michaela. Ludzie nie znali go jako człowieka, oceniali po pierwszym wrażeniu. Miałam dużo sytuacji niemiłych. Szła grupa wyrostków i krzyczała: 'Majkel, pokaż cycki!' albo 'Majkel, nos ci odpada!'. Były też sytuacje śmieszne. Raz na zamku w Malborku amerykańska wycieczka wzięła mnie za Michaela. Nocowałam tam w hotelu i szłam pod scenę w pełnej stylizacji, nawet miałam chustkę na twarzy. I nagle usłyszałam: 'Hey, that's Michael Jackson!'. Musiałam uciekać.

Urodziłam się w Warszawie, ale dużo podróżowałam, bo ojciec był dyplomatą. Mieszkaliśmy kilka lat w Belgii, potem znów w Polsce, potem w Meksyku. Kiedy miałam 12 lat, wszystkie nastolatki miały idola - Madonnę czy Kylie Minogue - zazdrościłam im. Mój pierwszy wybór padł na Limahla, ale on szybko przestał być sławny. Wybrałam więc Michaela. Pożyczyłam pirackiego 'Thrillera', przyjrzałam się temu człowiekowi. Był taki kolorowy, fajnie inny. Uznałam, że to dobry materiał na idola - zawsze się coś będzie wokół niego działo. Takie małżeństwo z rozsądku, żeby zabić pustkę, brak pasji. Michael stał się dla mnie substytutem przyjaźni. W każdym kraju miałam przyjaciół, ale każdego traciłam. A Michael był zawsze.

Kolekcjonowałam wszystkie wycinki na jego temat, mam tego całe segregatory. Zbierałam płyty, gadżety, nawet kompletne buble. Do tej pory kolekcjonuję różne rzeczy, ale zmieniłam podejście. To są winyle, kalendarze, mam statuetkę Michaela, która ukazała się w 2 tys. egzemplarzy, z czego tysiąc Michael rozdał przyjaciołom, iPoda limitowanego do 300 egzemplarzy, perfumy Mystery, które Michael stworzył w latach 90.

Tańczenie to był element mojego fanowania. Wracałam ze szkoły, przebierałam się w czarne legginsy i skórzany pas mamy ozdobiony drutami, gwoździami i szeklami i wywijałam Michaela. I tak przez 12 lat. Rodzice zaczęli się o mnie martwić. W końcu znajomy, który prowadził program dla młodych talentów w telewizji, zaproponował mi występ. Zasugerował, żebym nie tylko tańczyła, ale też przebrała się za Michaela. Występ był straszny, bo śpiewałam na żywo, ale dzięki niemu nauczyłam się, co mam poprawić, także w stroju. Okazało się, że co pasuje Michaelowi, mnie nie pasuje. Mam duże biodra, a założyłam wąskie spodnie, wpuściłam w nie koszulę z pagonami i nacisnęłam sobie kapelusz na oczy. Potem wprowadziłam luźny żakiet, kapelusz nosiłam bardziej do tyłu. Teraz mam kilka żakietów i wierną kopię kurtki z 'Thrillera'.

Występ w telewizji otworzył mi drzwi, zaczęłam występować na festynach. Kolejnym zwrotem było poznanie Anety, mojej menedżerki i przyjaciółki, która też jest fanką Michaela. To było na imprezie Radia Kolor, byłam tam w przebraniu. Cały wieczór się na mnie wyżywała: 'Jesteś pewna, że on nosi zegarek na lewym ręku?', ale w końcu uznała, że jestem w porządku. Jeździła na moje występy i stwierdziła, że ludzie mnie wykorzystują, że muszę występować za małe pieniądze w złych warunkach. Były deski, mimo że mówiłam, że muszę mieć śliską podłogę, płyty z muzyką zacinały się po dwóch taktach. A Aneta potrafiła wywalczyć szklankę wody, i to niegazowanej, i parawan, żebym mogła się przebrać. Na początek załatwiła mi serię występów w klubie go-go. Dzieliłam garderobę ze striptizerkami, które nie wstydziły się niczego, więc moje wczuwanie się w Michaela było problematyczne. Przed koncertem muszę 'wejść' w Michaela, skupić się, posłuchać muzyki. Mam w głowie takie przełączniki. Nagle widzę świat z innej perspektywy. Czasem po występie jeszcze mam minę jak Michael, mówię jak on.

Z klubu go-go zrezygnowałyśmy, mimo że wtedy byłam biedna i takie występy mnie ratowały. Wiele z nich było dla kasy, choć starałam się nie przekraczać granic. Kiedyś dostałam ofertę, żeby jako Michael zrobić striptiz do bielizny na pokazie mody. Nie zgodziłam się, mimo że płacili jak za 20 zwykłych występów. Kiedy skończyłam zootechnikę na SGGW, stanęłam przed dylematem: czy chcę być Michaelem zawodowo, czy mieć regularną pracę i robić to jako hobby? Wolałam pierwszą opcję, ale to się wiązało z tańczeniem każdej chałtury i po kilku latach miałabym tego dosyć. Dzięki drugiej opcji mogę wybierać w propozycjach. Teraz nie występuję zbyt dużo, bo wykańczam dom. Od paru lat nie ćwiczę już tańca, mam to opanowane, chyba że chcę użyć nowego kroku. Teraz moja praca nad Michaelem polega głównie na dbaniu, by nie utyć i być w formie. Kiedy się zaniedbam, męczę się i po pierwszej piosence modlę się, żeby już się skończyło. Od sześciu lat jestem menedżerem firmy telekomunikacyjnej, odpowiadam za kontakty z klientami zagranicznymi z całego świata. Moją pasją jest hodowla zwierząt. Hoduję husky - Jagienkę i Żuczka. Chciałabym, żeby miały szczeniaki.

Podziel się