http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Spryskuję się sobą

tekst Dorota Wodecka, współpraca Magdalena Wenzel-Szajny
27.07.2009 , aktualizacja: 03.08.2009 14:10
A A A Drukuj
Sissel Tolaas podziela pogląd George'a Orwella, iż prawdziwe źródło różnic klasowych to wiara, że niższe klasy śmierdzą
Wystarczy piękne opakowanie, 
a zapach się sprzeda - mówi Sissel. - Wiele z nich jesteśmy w stanie zaakceptować, póki nie dowiemy się, skąd pochodzą. 
Na zdjęciu skomponowany 
przez nią zapach Dirty 1
Fot. EK PICTURES
Wystarczy piękne opakowanie, a zapach się sprzeda - mówi Sissel. - Wiele z nich jesteśmy w stanie zaakceptować, póki nie dowiemy się, skąd pochodzą. Na zdjęciu skomponowany przez nią zapach Dirty 1
ZOBACZ TAKŻE
Kiedy rozstawia na stole butelki i fiolki z zapachami, boję się, czy nie zwymiotuję jak dziennikarka z 'International Herald Tribune'. Sissel Tolaas się śmieje: - Nie będzie tak hardcore'owo jak z tamtą. - Co myślisz o tym? - podsuwa mi pod nos nasączoną bibułę. Mogłabym tego używać. - Nasycony piżmem zapach dla Fendi? - pytam. Podoba mi się, cierpko-słodki.

To Fear (Strach). Ma siedem wersji: rosyjską, amerykańską, afrykańską, europejską, indyjską, chińską i grenlandzką. Właśnie przy amerykańskiej w laboratorium Sissel zwymiotowała Szkotka. Ja nie czuję różnicy między nimi. To pot siedmiu mężczyzn cierpiących na fobię przed fizyczną bliskością z innymi ludźmi. Sissel nawiązała z nimi kontakt przez psychologów, u których się leczą. Wystarczy, że staną obok dwóch obcych osób, by oblać się zimnym potem. Gdy strach jest ekstremalny, wkładają pod pachę urządzenie wielkości telefonu komórkowego, które wsysa molekuły potu. Wymienne wkłady wysyłają jej pocztą. Norweżka przeanalizowała ich skład chemiczny i stworzyła syntetyczny zapach o identycznym składzie.

Jak działa, wypróbowała na sobie. Do sali koncertowej berlińskiej Deutsche Staatsoper na Gendarmenmarkt przyszła w wieczorowej kreacji spryskana fobią nr 5. Kobiety krzywiły się i nie podchodziły do niej. Były niepewne, bo zapach nie pasował do kreacji Sissel. - Mężczyźni odwrotnie, byli mną bardzo zainteresowani - opowiada.

Podobny eksperyment przeprowadziła na przyjęciu wydanym przez ambasadora Brazylii. Suknia glamour, a na nadgarstkach i na szyi - Fear. I znów zbulwersowane kobiety i zaciekawieni mężczyźni. Farbą olejną z molekułami fobii pomalowała ściany galerii. Zapach uwalniał się, kiedy widzowie pocierali je palcami. W 2005 r. w Nowym Jorku niektórzy bębnili wściekle rękami w ściany i wychodzili. Podobnie zachowywali się w galerii w Bostonie i w Massachusetts Institute of Technology. W Londynie jedna z kobiet zostawiła na ścianie kilkadziesiąt śladów czerwonej szminki. Przez kilka tygodni przychodziła dzień w dzień, tuliła się do ściany i płakała.

W Seulu do Tolaas podszedł 90-letni Koreańczyk. Zapach wywołał wspomnienie dzieciństwa i wojny koreańsko-japońskiej. Płakał. Prosił, by dała mu litr. Dostał dwa mililitry. Pot wydzielony przez nowojorczyka w węchowym wspomnieniu Koreańczyka był kojącym zapachem. - Przywracam zapomniany zmysł. Pokazuję, że może budzić silne reakcje, tak jak wzrok. I że wzrok nie może być jedynym kryterium oceny rzeczywistości. Jest mylący - wyjaśnia. - Prowokuję i udowadniam, że nie ma dobrego i złego zapachu. Tylko my, zawężając kategorie ich oceny na dobry i zły, staliśmy się węchowymi ślepcami. Powinniśmy się pozbyć tej klasyfikacji, jest za prosta - twierdzi.

Zapach dziewicy

To nie jest historia jak z 'Pachnidła'. Jej bohaterka nie wierzy, że można stworzyć uniwersalny zapach człowieka. Bo w naszej kulturze każdy śmierdzi inaczej. Uważa, że ten indywidualny smród jest przyszłością przemysłu perfumeryjnego. Nie zna książki Patricka Süskinda. Filmu Toma Tykwera też nie, choć na jego światową premierę przygotowała 'zapach dziewicy'.

Kilka fiolek Virgin Limited Edition stoi na regale w jej pracowni. Ale perfumy nie interesują Sissel, mimo że pracowała dla Prady, Calvina Kleina, Ralpha Laurena, Kobako, a na jej laboratorium w Berlinie łoży International Flavour and Fragrances (IFF) w Nowym Jorku, największy w świecie producent zapachów i aromatów. I mimo że skomponowane przez nią perfumy Made in Norway pachnące ropą naftową można kupić w butikach Breathe w Berlinie i Colette w Paryżu.

Na półkach pracowni - butelki opatrzone etykietką. W nich wonie: rzeźni, metra, skoszonej trawy po deszczu, pasa startowego, zwierzęcych ekskrementów, gnijących owoców, rozkładających się ryb, niezanieczyszczonego węgla ze Spitsbergenu. Zleżałej tkaniny, pieniędzy, szczęścia, przemocy, fobii, strachu, komunizmu. Paryża, Montpellier, Berlina, Nowego Jorku. 6763 zapachy zbierane w różnych częściach świata. - Jedni piszą pamiętniki, ja zbieram zapachy - mówi. Każdy z nich opisuje - gdzie, kiedy, jak i dlaczego ją zainteresował.

Służby celne nie wpuszczały jej do samolotów. W przewozie organicznych odpadków zapakowanych w szczelnie zamknięte worki pomógł dopiero glejt z niemieckiego ministerstwa zdrowia.

IFF zatrudnia ją jako agenta-artystę-prowokatora. Uniwersytety w Stanach Zjednoczonych i w Europie - jako naukowca. Harvard nagrodził ją prestiżową nagrodą w dziedzinie Ecologism and Urbanism - urbanistyki ekologicznej. Unia Europejska płaci jej za zajęcia w berlińskich szkołach i przedszkolach. Sony wykłada miliony euro na międzynarodowy projekt Nasalo. Wynajmują ją: Volvo, IKEA, H&M, Procter & Gamble, Adidas i Swiss. Neurolodzy wykorzystują jej zapachy do wybudzania ludzi ze śpiączki. - Ależ ona jest piękna - powiedziałam po polsku do Marka Poźniaka, artysty fotografika, gdy otworzyła nam drzwi swojego mieszkania i laboratorium w mieszczańskiej kamienicy w Charlottenburgu-Wilmersdorfie. Na tle ciemnej opalenizny i blond włosów odcinały się niebieskie oczy i czerwone usta. 48-letnia Sissel wybuchnęła głośnym śmiechem. Polski jest jednym z ośmiu języków, jakie zna.



W poszukiwaniu płonących biblii

Dorastała na zachodnim wybrzeżu Norwegii. Za oknem pokoju surowy widok - ocean i linia horyzontu. Pięć młodszych przyrodnich sióstr wprowadzało nieustający zamęt. Matka kochała je bardziej niż pierworodną. Nie pozwalała córce, którą urodziła jako 18-latka, odwiedzać ojca w Islandii. Żyli dostatnio. W zgodzie z Bogiem i tradycją nakazującą wyjść za mąż za rybaka lub marynarza, urodzić dzieci, które w przyszłości będą pracowały w rodzinnej stoczni. Babka, po której Sissel odziedziczyła imię, urodziła ich dwanaścioro. Ale nie tylko im poświęciła życie. Urządziła dla siebie bibliotekę, w której chowała się przed ortodoksyjnym otoczeniem. Jedynie najstarsza wnuczka miała tam prawo wstępu. Czytała jej na głos. Babka poznała ją osobiście z Bertoltem Brechtem, ale Sissel niewiele z tego spotkania pamięta. Miała wtedy dziesięć lat.

Gdy miała lat 16, przeniosła się do domu z biblioteką. Jej rówieśnicy uczyli się kilka klas niżej, bo ona przeskoczyła parę roczników zafascynowana głównie chemią i matematyką.

Po dwóch latach wyprowadziła się od babki. Mówi z egzaltacją: - Szukałam wiatru od wschodu, czyli miejsc, gdzie nie obowiązują znane mi dogmaty i normy kapitalizmu. Chciałam studiować w kraju, w którym panuje ateizm i płoną biblie. Złożyła papiery o ministerialne stypendium do ZSRR. Dostała do Polski. Wybrała filozofię na Uniwersytecie Warszawskim.

Jeździła po Polsce z Teatrem Ósmego Dnia. Fotografowała spektakle i uliczne demonstracje.

Nie znalazła płonących biblii, za to ulotki polityczne w kościele. - Ludzie zbierali się w kościołach jak na wiecach. Fascynowała mnie ta atmosfera. Na noc rozkładałam na kościelnych ławkach koc, spałam, czekając rana - wspomina. Kilka miesięcy po wprowadzeniu stanu wojennego opublikowała swoje zdjęcia w norweskich mediach. Ale najpierw, przed Bożym Narodzeniem roku 1981, jako zagraniczna studentka została wydalona z Warszawy. Za to dostała wymarzone stypendium do Rosji. W Leningradzie studiowała lingwistykę i literaturę.

Podróżowała - do Moskwy, Kijowa, na Krym i koleją transsyberyjską kilkakrotnie na Syberię. Zakochała się. W połowie lat 80. wróciła do Oslo studiować sztukę i nauki ścisłe. Doktorat z chemii na temat burz zrobiła na Uniwersytecie Princeton. Jest dumna, bo udowodniła rodzinie, że można osiągnąć sukces, nie wychodząc bogato za mąż. I zmienić przewidywalne życie z pomocą gruntownego wykształcenia.

Podziel się