http://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09googleB.gifhttp://bi.gazeta.pl//i/obrazki/gamecorner/2009/GC09google.gif

Letnia zadyma w środku zimy

Anna Kamińska
05.07.2009 , aktualizacja: 02.07.2009 11:00
A A A Drukuj
Spotkali się w 1987 roku na imprezie ''Letnia zadyma w środku zimy''. Ona nosiła wyciągnięte bure swetry i miała blond tapir na cukier. On koszule nosił zawsze czarne i spodnie w kratkę. Podwinięte. Odnaleźli się w internecie po dwudziestu latach.
Iwona i Andrzej 
poznali się w 1987 roku 
na koncercie. Po dwudziestu latach odnaleźli się w internecie
Fot. Jacek Łagowski
Iwona i Andrzej poznali się w 1987 roku na koncercie. Po dwudziestu latach odnaleźli się w internecie
ZOBACZ TAKŻE
SERWISY
Przysyłajcie swoje historie ze zdjęciami z tamtych lat i obecnymi moja_historia@gazeta.pl

Do dziesiątego ZUS-y. Do dwudziestego dochodowy. Dwudziesty piąty - VAT. Bilanse do czerwca. I jeszcze PIT-11 - tłumaczy Iwona Zielińska (35 lat), księgowa. - Gdy zbliża się któryś z tych terminów, nie wolno jej przeszkadzać. One odmierzają nasze życie - mówi Andrzej Kwaśniewski (40 lat), jej życiowy partner. A początek ich znajomości wyznaczał inny rytm. Zaczęło się punkowo.

Spotkali się w 1987 roku na imprezie 'Letnia zadyma w środku zimy' organizowanej przez Jurka Owsiaka na warszawskim Torwarze. Iwona była w drugiej klasie liceum i to był jej pierwszy duży koncert: - Wyjątkowa impreza, trwała dwa dni. Tysiące ludzi w glanach, w skórach, z irokezami, długimi włosami, łysi, z dredami. Wielki spęd młodzieży zbuntowanej. Andrzej: - Takie koncerty nie odbywały się na co dzień. To było święto muzyki alternatywnej. Reggae czy punka można było wtedy posłuchać w wyjątkowych miejscach. W Jarocinie, czasem w Warszawie czy w Brodnicy.

Iwona miała wtedy blond włosy natapirowane na cukier. Tapirowała je dla nieładu. - Nie czesałam się w tamtym czasie i uwielbiałam rzeczy w brudnych kolorach. Nosiłam wyciągnięte zgniłozielone swetry, wypłowiałe bluzki. Nie wyglądałam ani grzecznie, ani schludnie. Andrzeja zapamiętała jako dobrze zbudowanego bruneta w koszuli w kratkę, choć on tego nie potwierdza. - Koszule nosiłem zawsze czarne. To spodnie miałem w kratkę. Podwinięte. I glany z kolorowymi sznurówkami.

Iwona pamięta jeszcze, że bilet kupił jej znajomy i... została na koncert wniesiona. - Przy wąskich bramkach były takie tłumy, że znalazłam się w powietrzu. Wszyscy napierali do przodu. Psychoza tłumu. Wisząc, przemieszczała się w tłumie w kierunku sceny. Pod sceną spotkała Andrzeja. Tam on, chłopak ze Śląska, zauważył w tłumie drobną blondynkę. Wpadła mu w oko. Zaczepił Iwonę i pół imprezy spędzili razem. I przegadali drogę do dworca. Iwona odprowadziła Andrzeja rano na Centralny. Umówili się na koncert w katowickim Spodku i pożegnali. Z nadzieją, że się jeszcze spotkają.

Andrzej: - Ludzie jeździli na takie imprezy ekipami. Znało się grupę z jednego albo drugiego miasta. Spotykaliśmy się w różnych miejscach w Polsce na koncertach. Myślał, że Iwona przyjedzie do Spodka i spotkają się na niejednym koncercie, nie tylko w Katowicach.

- Ludzie żegnali się wtedy po koncertach tak: spotkamy się w Jarocinie. Spotkamy się w Warszawie. Spotkamy się w Brodnicy - wspomina Andrzej. - Umawiali się na następne koncerty. My nie tylko umówiliśmy się na koncert w Katowicach, ale obiecaliśmy też sobie z Iwoną, że będziemy do siebie pisać. Spotkania w Katowicach nie było, ale były listy. Andrzej zaczynał pracę jako dziennikarz. Przysyłał Iwonie swoje pierwsze teksty dla 'Wieści Górnośląskich' - to gazeta, dla której pracował. Na żadnym koncercie się już nie spotkali. Urwała się też korespondencja. Andrzej zaczął pracować na dobre i rzadko jeździł na koncerty. Iwona miała przed sobą maturę. Kilometry, jakie ich dzieliły, nie sprzyjały temu, by ciągnąć znajomość. W czasach bez Skype'a, komórek i Gadu-Gadu to, co ich zbliżyło na koncercie, umarło śmiercią naturalną. Dezertera i Armii słuchali cały czas, tylko osobno. Andrzej nie wiedział, że Iwona jest zasłuchana w De Press, grupie, którą on zna prywatnie, ona nie wiedziała, że on mimo pracy czasem pojawia się na koncertach, bo to świetna odskocznia od życia w rytmie praca - dom, praca - dom. Pozostali dla siebie fajnym wspomnieniem.

Szalony czas dla obojga trwał długo. W czwartej klasie liceum Iwona ciągle słuchała punka i ogoliła się na łyso. Zaczęła wyjeżdżać w Polskę na imprezy. Kiedyś wylądowała w Bieszczadach na Rainbow. Indianie. Kąpiel w grupie nago. Mycie w rzece błotem. Potem nigdy czegoś takiego już nie przeżyła. Andrzej z kolei bywał w Warszawie, wpadał też do Jarocina i ciągle śpiewał Dezertera: 'Wódka, kurewki, dyskoteka, szkoła. Oto polska młodzież spokojna i wesoła. Brudna i śmierdząca albo czysta i schludna. Wielka żywa masa, tępa i obłudna'. Teksty piosenek pamięta dobrze, tak jak instrukcję, jak zrobić irokeza: ciepłą wodę mocno posłodzić, moczymy palce i stawiamy włosy do góry. Wkrótce irokez i glany przestały go już interesować, a zaczęły nauki polityczne. Iwona też wyrosła z wyciągniętych swetrów. I postanowiła zostać księgową. Iwona: - Wybrałam taki zawód z rozsądku. To nie jest moja pasja. To jest moja praca. Rzucała już księgowość kilka razy. - Przytłacza mnie ciągłość tych samych wydarzeń: do dziesiątego ZUS-y. Do dwudziestego dochodowy... I tak w kółko. To nie jest mój sposób na życie, to jest sposób na utrzymanie się.

W 2006 roku, jak zwykle wieczorem po pracy, Iwona zalogowała się w jednym z internetowych serwisów społecznościowych. Odezwał się do niej mężczyzna. Z Warszawy. Zaintrygował ją sposobem pisania. Wyjątkowym. Po krótkim czasie rozmów za pośrednictwem serwisu przeszli na Gadu-Gadu. - Zaczął mnie fascynować ten trochę zimny drań, z którym coraz dłużej wieczorami rozmawiałam - żartuje Iwona. - Ciągnęło mnie do domu, żeby z nim pogadać, i byłam wściekła, jak go nie było na GG. Toczyliśmy ostre dyskusje. Był złośliwy. Żartował ze mnie, że jestem pewnie sztywną kobietą, funkcjonującą w ramkach praca - dom, praca - dom. Mimo że czuła, że ten mężczyzna traktuje ją jak zgorzkniałą kobietę spędzającą z nudy wieczory przy komputerze, nie przerwała znajomości. Iwona: - Facet napisał, że właśnie rozpadł się jego związek. Zaczęłam go pocieszać. Rozmowy stawały się coraz ciekawsze. Kiedyś mu powiedziała: 'To niemożliwe, że już z nikim ci się nie uda. Jeszcze się w kimś zakochasz. Tego kwiatu to pół światu. Zobaczysz, jeszcze ja cię rozkocham, żebyś to zrozumiał. I potem cię rzucę i zobaczymy, czy też będziesz tak rozpaczał jak teraz'.

Rozmowy o miłości i przyjaźni wydłużały się z wieczoru na wieczór. Po GG przenieśli się na Skype'a. I tu też nie żałowali złośliwości. - Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o muzyce - wspomina Iwona - on powiedział trochę ironicznie: 'Ty to pewnie słuchasz Krzysztofa Krawczyka...'. Odpowiedziałam, że nie, a kiedyś słuchałam nawet ostrej muzyki: Armii, Dezertera... I okazało się, że on też słuchał tych zespołów. Jeździł na ich koncerty po całej Polsce. Kiedyś na jednym - 'Letnia zadyma w środku zimy' - poznał nawet fajną blondynkę z Warszawy... 'Andrzej? To ty?' - spytała Iwona. 'Iwona? Niemożliwe!' - odpowiedział Andrzej. Odnaleźli się w internecie po dwudziestu latach.

Andrzej: - Nie wiedziałem, jak ma na imię kobieta, z którą spędzam wieczory na Skypie. Nie chciała się ujawniać. Dlatego wpadliśmy na to, że się znamy, dopiero po wielu przegadanych wieczorach.

W internecie zaczęło się od dyskusji na temat telewizji. - W serwisie społecznościowym oboje mieliśmy wpisane, że pracujemy w mediach - wspomina Andrzej. - Iwona pracowała przy produkcjach telewizyjnych, ja w prasie, i szukałem jakiegoś kontaktu. Tak doszło do naszej 'znajomości reaktywacji'. Iwona: - Andrzej odzywał się do mnie wtedy, jak o coś chciał zapytać. Ostrzył sobie na mnie zęby, bo on strasznie nie lubi ludzi pracujących w telewizji. On mnie tym potwornie wkurzał, ale inteligentnymi ripostami przyciągał też moją uwagę. Odpierałam jego ataki.

Andrzej: - Myślałem, że kobieta, z którą rozmawiam, to jest taka klasyczna księgowa, która tylko siedzi w domu i mnożą się jej cyferki w oczach. Funkcjonuje od godziny do godziny. Okazało się jednak, że można z nią porozmawiać nie tylko o cyferkach. Mimo miłego zaskoczenia Andrzej nie chciał się spotkać z księgową z internetu. Odwlekał ten moment. - Nie chciałem się spotykać z jakąś kobietą poznaną w sieci. Nie miałem wtedy ochoty z nikim się wiązać. Bałem się kolejnego rozczarowania. Zastanawiałem się: może jak się spotkamy face to face, nie będzie o czym rozmawiać?

Kiedy się okazało, że to "ta" Iwona, przeżył szok. I zapragnął spotkania. - Pomyślałem: to będzie ciekawa przygoda. Zastanawiałem się, kogo zobaczę po dwudziestu latach. Nie myślałem wtedy, że się do siebie zbliżymy. Poza tym Iwona była z kimś związana.

Umówili się na Starówce. - Zobaczyłem już nie drobną roztrzepaną blondynkę, tylko elegancką kobietę. W płaszczu, z ładną torebką. Poznaliśmy się bez problemu - wspomina Andrzej. - Okazało się, że odpowiedzialna księgowa to tylko część natury kobiety, którą poznałem przez internet. Na ich pierwszym spotkaniu Iwona odebrała telefon od swojego szefa. - Siedzieliśmy w knajpie przy piwie. Kiedy zadzwonił jej telefon i powiedziała: 'Przepraszam, dzwoni mój szef', nie zerwała się na równe nogi - opowiada Andrzej. - Okazało się, że Iwona zapomniała tego dnia w pracy czegoś wysłać.

Iwona: - Powiedziałam wtedy: 'Szefie, jestem teraz w knajpie, a miałam coś wysłać? To jak nie wysłałam, to dziś tego na pewno nie zrobię'... Mam wyrozumiałego przełożonego. To było naturalne i spontaniczne. Widziałam, że Andrzejowi obraz sztywnej księgowej burzy się w oczach.

Andrzej: - Okazało się, że Iwona jest spontaniczna, a podczas spotkania w realu rozmawia się nam jeszcze lepiej niż przez internet. Mieliśmy spotkać się na godzinkę, zobaczyć się po latach, skoro już odnaleźliśmy się w sieci, i wracać do domu. Z godzinki zrobiło się parę godzin, a potem rozmawialiśmy jeszcze w nocy przez telefon. Iwona: - Nie mogliśmy się nagadać. To były rozmowy o wszystkim. O tym, co się wydarzyło w naszym życiu od czasów licealnych, o naszych pasjach. Poczucia, że jest mi w czyimś towarzystwie tak dobrze, nie miałam od dawna. Było tak naturalnie jak dwadzieścia lat temu na koncercie. Po latach znów zagrało.

Iwona wkrótce rozstała się z mężczyzną, z którym była związana. - To nie była dla mnie łatwa sytuacja. Zaczęliśmy się z Andrzejem coraz częściej widywać, bo oboje mieliśmy taką potrzebę. To, co nas zaczęło łączyć, okazało się silniejsze od tego, co łączyło mnie z kimkolwiek do tej pory. To, że mają szansę, że im się uda, wiedzieli już przed spotkaniem na Starówce. Z tarota. Okazało się, że oboje się nim fascynują. Iwona, rozmawiając kiedyś z Andrzejem przez telefon, ułożyła karty. Okazało się, że w tarocie jest cesarzową i pasuje do niej cesarz. Andrzejowi w kartach wychodziło, że jest cesarzem.

Szybko zamieszkali razem. Ona realistka i on... trochę od ziemi oderwany. Księgowa i dziennikarz, wolny strzelec. Spotkały się dwa żywioły. - Byliśmy zupełnie różni. Ja miałam ustabilizowane życie w Warszawie, Andrzej mieszkał raz tu, raz tam - mówi Iwona. Andrzej: - Kiedy zaczynaliśmy się spotykać, zamieszkałem w Drwalewie, u znajomego, w pięknym pałacu pod Warszawą. Miałem dosyć miasta. Żyjąc w pałacu, co rano wychodziłem do parku, jadłem jajecznicę z wiejskich jaj i spacerowałem po pałacowych lochach. Taki miałem wtedy pomysł na życie. Nie było ono tak poukładane jak w przypadku Iwony. Iwona: - Mimo że byliśmy różni, coś nas do siebie przyciągało, przyciągało i już zostaliśmy razem. Andrzej jest pomysłowy. Ja też mam poza pracą mnóstwo pasji i pomysłów na życie, ale na co dzień stąpam mocno po ziemi. Zdecydowaliśmy się w pewnym momencie połączyć siły: mój rozsądek oraz Andrzeja fantazję.

Zaczęli razem pracować. Założyli portal internetowy Modowo.pl. Oboje realizują się twórczo, budując portal. - Andrzej jest bardzo kreatywny, tu może wszystkie swoje pomysły realizować - mówi Iwona. - Ja dbam o wszystkie rzeczy związane ze stroną prawną i finansową. Andrzej: - Chcieliśmy razem robić coś z pasją. Coś, co się kocha. To nas łączy. Ten portal to takie nasze dziecko. Nazwaliśmy je Modowo.pl, bo tęsknimy za czasami, kiedy moda była modą, a nie szmatą, literatura literaturą, a nie rzucaniem mięsem. Propagujemy modę na rzeczy dobre, trwałe i z klasą.

- Czy taki jest też nasz związek? On jest jak w piosence Bajora - mówi Iwona. - 'Trochę chmur, trochę słońca, coś z początku, coś z końca, trochę pieprzu, ciut mięty, część dróg prostych, część krętych... trochę plew, trochę ziarna, taka miłość, taka miłość w sam raz idealna'.

Iwona mówi, że tworzą z Andrzejem wyjątkową parę. - To trudny związek. Kłócimy się. Mamy kryzysy - burze, po których wychodzi słońce. Nie jest łatwo. Andrzej wstaje rano, ja siedzę do późna.

Andrzej: - Iwona w każdym widzi anioła, ja najpierw widzę diabła. Iwona: - Jak mamy gdzieś wyjść, Andrzej wychodzi wcześniej, zawsze musi być przed czasem, ja lubię być na czas albo chwilę po, bo nie znoszę czekać... Andrzej: - Jesteśmy pod wieloma względami zupełnie innymi ludźmi, ale mimo konfliktów nie jest nudno. Odnaleźliśmy w sobie coś, czego oboje potrzebowaliśmy. To było między innymi odkrycie, że w głębi duszy pozostaliśmy zbuntowanymi ludźmi. Takimi jak wtedy, gdy spotkaliśmy się na koncercie. Mówią, że dlatego to zagrało. I gra cały czas. W rytmie punk.



Podziel się