Przeczytaj artykuł Joanny Szczepkowskiej
Please, please, please.
Mam depresję od kilku lat. Nie jest tak 'zaawansowana' jak Magdy, nie jest więc tak oczywista, dlatego do czasu, aż nałykałam się prochów z nadzieją, że się nie obudzę, rodzice niczego nie zauważyli. Nie tnę się, nie barykaduję w pokoju, jestem smutna i bez energii, małe stany lękowe i ciche 'pragnienie śmierci'. Po tamtym wydarzeniu też posłano mnie na terapię, na którą chodziłam na zasadzie odrobienia lekcji. Przychodziłam, mówiłam terapeutce, że już jest OK, i wychodziłam. Ale czy tak naprawdę można ją za to winić? Nie bronię lekarzy, którzy niestety jak większość państwowej służby zdrowia odbębniają obowiązki, byle do końca zmiany, ale prawda jest też taka, że dopóki ktoś sam nie chce, to na siłę nic się nie wskóra. Im bardziej się zmusza, naciska, tym bardziej człowiek z depresją się wycofuje. A chorobie towarzyszy cały czas przekonanie: 'Sam sobie poradzę'. Każdy tak myśli i każdy jest w błędzie, bo nikt sam siebie z depresji nie wyleczy. Ale dopiero gdy człowiek to sobie uświadomi, to jest pierwszy krok długiej i żmudnej pracy. Bez tego, choćby ktoś na oddziale zamkniętym był latami, nie będzie postępów, a każda przepustka będzie pokusą do tego, żeby sobie ulżyć raz na zawsze. Tytuł waszego innego artykułu 'Kiedy umrzeć znaczy zasnąć' świetnie oddaje to, czym jest śmierć dla ludzi z depresją. To upragniony sen po długim i ciężkim dniu. Wyczekiwany odpoczynek.
Do tego dochodzą szepty otoczenia, że depresja to fanaberia. Lenistwo. Że wystarczy wziąć się w garść... Od pół roku chodzę na terapię, na której co tydzień, płacząc, robię postępy. Ja sama. Nikt za mnie się nie wyleczy. Lekarze, nawet ci wspaniali, nie pomogą bez współpracy tej drugiej strony, niestety.
agtk Dziewczyna, w moim wieku. Pukała do różnych drzwi, próbowała znaleźć odpowiedź ufna w siebie, w swoją przyszłość, w to, że jest nadzieja. Ona była zbyt inteligentna, by móc uwierzyć w powodzenie. Najgorzej, gdy człowieka bardzo świadomego siebie spotka jakaś tragedia. Nie pocieszają wtedy frazesy: 'będzie dobrze', nie pomaga wyjście na zakupy, pisanie blogu czy pamiętnika. To nie jest terapia.
Niestety, mogę odnieść jej sytuację do sytuacji bliskich mi osób. Pukanie do wielu ludzi, którzy wydadzą się zainteresowani dziwnym przypadkiem, ale odeślą dalej, bo... Mają pacjenta za nic? Nie traktują pracy poważnie? Nie jest to ich powołanie? Nie mają takiej wiedzy? To może chociaż wskażą wyższą instancję, gdzie pomogą? Od 16 lat widzę zmagania rodziców i mojego brata z lekarzami, nie zauważyłam nikogo takiego. I nieważne, czy to doktor z dziesięcioma certyfikatami z zagranicy, czy z wieloletnim doświadczeniem. Jesteśmy sami.
P. Małgorzata 'To będę już mogła zniknąć w spokoju. Bez obaw, że coś. Że nie tak'. Tak znikała moja Mama. Nikt nie zauważał, że stawała się coraz bardziej przezroczysta. Ani mój odległy Ojciec. Ani moja wrażliwa Babcia. Ani ja, studentka psychologii, z opinią na temat stanu emocjonalnego każdej osoby w otoczeniu. Przez całe moje dzieciństwo normalne było, że Mama przychodzi zmęczona z pracy i natychmiast kładzie się do łóżka. Że nie zajmuje się domem, oprócz kilkutygodniowych zrywów, kiedy piekła ciasta i kupowała nowe zasłony. Normalne było, że nie jest towarzyska. Naturalne było, że Mama nie dba o siebie, że nie lubi makijażu, a na fryzjera jej nie stać. Że nie chodzi do lekarzy, bo te wizyty i tak nic nie dają. Z taką Mamą dorastałam i nie widziałam, że coś. Że nie tak. Aż do momentu, kiedy zaczęła pluć krwią i zmusiliśmy ją do pójścia do lekarza. Diagnoza: rak piersi z przerzutami do płuc. Płacząc, roztrząsałam, jak to możliwe, że ta wykształcona kobieta doprowadziła się do takiego stanu.
Dwa lata Mama znikała w spokoju. Poddawała się zabiegom, dzielnie znosiła chemioterapię, nie narzekała. Nikt nie zaproponował jej wizyty u psychologa lub psychiatry. W międzyczasie wyszłam za mąż. Mogła zniknąć bez obaw. Dopiero kilka lat po jej śmierci dotarło do mnie, że moja kochana Mama umarła tak naprawdę na nigdy niezdiagnozowaną depresję. Bo depresja nie zawsze zabija, podcinając żyły. Ona bywa skrytobójcą, który podtruwa ofiarę przez wiele lat, by w końcu zatrudnić innego mordercę i zrzucić na niego odpowiedzialność. Uważajmy na skrytobójców w naszych rodzinach.
Katarzyna z Krakowa Rozumiem Magdę - przeżyłam (!) to, co ona, i rozumiem, jak cierpienie psychiczne może stać się bólem fizycznym, nieznośnym i obezwładniającym. Osoby z zaburzeniami osobowości, zespołem depresyjnym lub rozpoznaną depresją potrzebują pomocy osób bliskich, ale przede wszystkim potrzebują porady specjalisty. I długiego, mozolnego leczenia (psychoterapią czy też farmaceutykami). Wołanie o pomoc często bywa niesłyszane, ale w przypadku Magdy jej Matka okazała się lwicą walczącą o córkę każdym możliwym sposobem. Nie zawiodła jej. Zawiódł system i ludzie go tworzący - nie każdy psychiatra postąpiłby tak jak ten opisany w tekście, który Magdę wypuścił. Znam psychiatrów, którzy walczą latami o każdego pacjenta. To walka nierówna, ciężka. Ale często się udaje. Trzeba uświadamiać społeczeństwo na temat depresji - jej objawów i leczenia. Pani Aniu, życzę Pani powodzenia i sił.
Kasia z Gdańska